Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”, wspomnienia. Jan Otałęga: Musicie to drukować?!2026-06-11 01:14:00

Do „Tempa” trafiłem w 1981 roku w trakcie pewnego przełomu w redakcji. Odchodzili na emeryturę starsi dziennikarze, redaktor naczelny Edward Gretschel zatrudniał młodych. Pojawili się wtedy Jurek Cierpiatka, Rysiek Kołtun, Marek Latasiewicz, Krzysiek Mrówka i inni koledzy.


Pewnego razu wyjeżdżałem na mistrzostwa Europy koszykarzy do Francji, żegnał mnie naczelny Gretschel. Kiedy wróciłem, powitał mnie Ryszard Niemiec, właśnie mianowany nowym szefem redakcji. Stawiał on mocno na publicystykę, na reportaże…


Zastanawiając się nad wyborem tematyki, wpadłem na pomysł napisania czegoś o papieżu-sportowcu. To było kilka lat po wyborze Karola Wojtyły; pojawiały się wprawdzie wzmianki o jego sportowych pasjach, ale lakoniczne, parozdaniowe. Warto więc byłoby przedstawić szerszy obraz sportowej aktywności tego wtedy najbardziej znanego Polaka na świecie.

Przedstawiłem pomysł naczelnemu i otrzymawszy jego błogosławieństwo, mogłem przystąpić do działania. Sprawa jednak nie była łatwa. Dziś wydaje się banalna, o papieżu powstają tony tekstów. O księżach można pisać, ile kto chce, w rozmaitych kontekstach, dobrych czy złych. Wtedy jednak żyliśmy w czasach mrocznego PRL-u. Jakikolwiek ksiądz w prasie państwowej nie występował, to był temat tabu. Dlatego o sportowej pasji Wojtyły bardziej mówiono prywatnie, a nie pisano. Czy więc cenzura PRL przełknie taki tekst?


Była też inna obawa. Aby napisać o papieżu, należało porozmawiać z jego przed laty znajomymi, oczywiście też z duchownymi. Udałem się więc do krakowskiej kurii i do jednego z klasztorów, zastanawiając się, czy przyjmą obcego w końcu przybysza, bez polecenia, który zadaje nietypowe pytania o papieża i sport… Może uznają za prowokatora, odmówią rozmowy?


Tymczasem poszło dobrze, nikt nie stawiał problemów. Księża, wieloletni przyjaciele Karola Wojtyły, mówili chętnie i dużo. Wspominali wyprawy Wojtyły na kajaki lub w góry. Opowiadali o pływackich wyczynach. Kiedy był we Włoszech, w wolnych chwilach urywał się nad morze i wypływał daleko od brzegu. Raz, kilka miesięcy przed pamiętnym konklawe, był w Rzymie, gdzie panował ogromny upał. Rzucił wtedy do współpracowników: znajdźcie mi jakąś pływalnię… Sprawa nie była prosta, kardynałom zakazywano wyjścia poza swe mury, bo w mieście grasowały wtedy osławione Czerwone Brygady. Ale znaleziono dogodny basen w klasztorze werbistów. Tam przyszły papież pływał stylem raczej nietypowym, bo na boku, non stop trzy kwadranse.


Następnie trzeba było przystąpić do drugiego etapu tekstu, czyli porozmawiać ze stroną świecką, kolegami Karola Wojtyły z lat szkolnych. Udałem się do Wadowic, przekonany, że sprawa jest prosta, jego koledzy chętnie podzielą się wspomnieniami… Nic z tego, w odróżnieniu od księży nie chciano mówić, usłyszałem tam, że papież to zbyt wielki człowiek, by pisać o jego sportowych pasjach…! Musiałem tłumaczyć, że uprawianie sportu nie uwłacza nikomu, raczej ubogaca jego sylwetkę…


Ostatecznie doszło do rozmowy. Popłynęły więc wspomnienia o piłkarskich grach ucznia Wojtyły, gdy z kolegami złożył się na zakup piłki. Zajmował pozycję bramkarza, a po meczach zwykle analizował swą grę, czy dobrze się ustawiał przy strzałach rywali. Następnie pierwszy opuszczał boisko i pędził do swych książek. Pewien działacz Cracovii opowiadał, że gdy raz w Wadowicach zobaczył na boisku w akcji młodego bramkarza, nakazał mu, gdy przyjedzie na studia do Krakowa, zgłosić się do klubu „pasów". Ten Wojtyła ma talent – stwierdził.


Tekst o papieżu sportowcu był gotowy, w zecerni złożono go do druku. Pozostał ostatni szczebel, czyli zgoda cenzury, bo w PRL bez odpowiedniej pieczątki niczego nie można było wydrukować. W prasie sportowej ingerencje cenzorskie zdarzały się rzadko, była więc nadzieja. Poszła zatem odbitka kolumny z papieżem do cenzora i… nastała cisza. Czekaliśmy nietypowo długo, dzień, dwa, trzy. Z przecieku cenzorskiego dowiedziałem się, że tekst z Krakowa wysłano do Warszawy. To źle wróżyło, wysyłane teksty nigdy nie dostawały w stolicy zgody na publikację. I rzeczywiście, po paru dniach naczelny „Tempa” otrzymał telefon od ważnego czynnika: - wicie, rozumicie, czy musicie to drukować? I tekst powędrował do szuflady.


A ja do swoich rozmówców, by przekazać, że robotę wykonałem, tylko siła wyższa… Kiwano ze zrozumieniem głową. Pokazałem odbitkę z gotowym tekstem do druku. Wtedy kanclerz kurii powiedział: - Niech mi pan da tę odbitkę. Jutro lecę do Rzymu, to pokażę papieżowi ten tekst.


Minęły trzy lata. Zapowiedziano trzecią pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski. Wtedy kolega redakcyjny Irek Pawlik przypomniał: - Mamy gotowy tekst o papieżu, wydrukujmy! Tak się stało, a zgoda z cenzury nadeszła bardzo szybko. Wiały już inne wiatry, na wschodzie rządził Gorbaczow… A  nieco później, gdy ustrój PRL trzeszczał, runęła tama zakazów i teksty o wielu aspektach życia papieża, w tym sportowym, zaczęły się w krajowej prasie ukazywać masowo.

 

To już był rok 1989. Zgłosiłem szefowi redakcji pewne zamierzenie. Do tej pory często pisano o sportowcach, którzy oddali życie na wojnie. Niestety, nie dotyczyło to tych, których zabito na wschodzie w Katyniu czy innych miejscach kaźni. Jeśli pojawiały się gdzieś ich nazwiska, cenzura pilnowała, aby nie podano, kto był sprawcą mordu, albo fałszowano datę śmierci, by zrzucić winę na Niemców. Tak więc o tych sportowcach panowało ponure milczenie. Czas było to przerwać. Z gronach poległych na wschodzie pierwszego opisałem hokeistę z Warszawy Aleksandra Kowalskiego. Jedno  było pewne: w tekście musiało być podane, kto był mordercą! Tekst o życiu śmierci i zbrodni NKWD powędrował do cenzury i… wrócił ze zgodą. Władze PRL zaczęły odpuszczać.


Do pisania tekstów o poległych na wschodzie polskich sportowcach włączyli się koledzy z ”Tempa”. Wyzwaniem było dotarcie do źródeł. Najpierw trzeba było odszukać świadków historii, rodziny, znajomych, rozsianych po całym kraju. Nie było łatwo, wszak to jeszcze był świat przedinternetowy. Bardzo zdziwił więc mnie taki przypadek, gdy szukając rodzinę poległego sportowca, ustaliłem, że wdowa po nim mieszka przy tej samej ulicy co redakcja „Tempa” – na Wielopolu!


Z kolei o sportowcach z Katynia zaczęły pisać także inne redakcje krajowe.


JAN OTAŁĘGA





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty