Mam prawo do porównań i ocen! Upoważnia mnie do tego osiemdziesiąt lat życia, z czego ponad pięćdziesiąt przeżytych jako dziennikarz sportowy. W trakcie tego półwiecza zebrałem doświadczenia, pracując w redakcjach sportowych TVP (tej w Warszawie na Woronicza i na krakowskich Krzemionkach), w Canal+ i Eurosporcie, coś swego czasu robiłem dla radia, ale lwią część mojej kariery spędziłem w gazetach: katowickim „Sporcie” (tam debiutowałem jeszcze jako student dziennikarstwa na UW, już w lutym 1972 r.), „Przeglądzie Sportowym” i oczywiście w moim kochanym „Tempie”. Gazecie, w której dotrwałem do emerytury. Nie skłamię jeśli stwierdzę, że to właśnie „Tempo” zadecydowało o moim dorosłym życiu! A było tak…
Jak wielu moich rówieśników z lat dziecięcych i młodości, większość zainteresowań zwróciłem w kierunku sportu. Nie było wtedy telewizji, w kinach na okrągło szły jakieś filmy wojenne o ruskich „gierojach” - Czapajewie, Kotowskim i im podobnych, a o komputerach, smartfonach i laptopach nie pisali jeszcze nawet Stanisław Lem, Isaac Asimov, Ray Bradbury, bracia Strugaccy czy Kurt Vonnegut. Ja i moi rówieśnicy pasjonowaliśmy się więc majowymi relacjami z Wyścigu Pokoju oraz lekkoatletycznymi meczami naszego Wunderteamu. W niemym zachwycie słuchaliśmy transmisji radiowej, kiedy Stanisław Królak wygrywał etap do Karl-Marx-Stadt (dzisiaj Chemnitz) i zdobywał żółtą koszulkę lidera wyścigu. Moimi idolami ze sportowych fal eteru byli redaktorzy: Dobrowolski, Tuszyński i Oszast, mistrzowie dwóch kółek: wspomniany Królak, Wilczewski, Gazda, Kudra, tytani bieżni, skoczni i rzutni: Krzyszkowiak, Chromik, Sidło, Piątkowski, a wśród pań „Złota Ela” czyli Elżbieta Duńska-Krzesińska, a później młodziutka Irena Kirszenstein (po mężu Szewińska). Osobny rozdział w mojej wyobraźni zajmowali fantastyczni bokserzy, mistrzowie Europy i Igrzysk Olimpijskich: Pietrzykowski, Walasek, Paździor oraz Grudzień, Kulej i Kasprzyk, by nie wspomnieć dziesiątek innych gwiazd tamtych lat, bo przytoczenie tylko ich imion i nazwisk wymagałoby kilku stron maszynopisu. Samych piłkarzy uzbierałoby się parę tuzinów, bowiem: Brychczy, Pohl, Lentner, Szymkowiak, Hachorek, Zientara i Grzegorczyk, choć nie zawojowali Europy – dla mojego pokolenia - byli równi… mistrzom świata.
Te radiowe transmisje z wielkich imprez, to były takie świąteczne rodzynki. Chlebem powszednim były za to gazety sportowe. Ich poniedziałkowe wydania, począwszy od protoplastów „Tempa” („Piłkarza” i „Głosu Sportowca”) skrupulatnie czytałem od „dechy do dechy”. Pospiesznie, na pierwszych lekcjach w „podstawówce”, a później w liceum. Za tę „tajną”, sportową edukację pod szkolną ławką, kiedy przyłapywano mnie na wertowaniu wtedy już „Tempa”, oberwałem niejedną „pałę” w II Liceum im. króla Jana III Sobieskiego. To wtedy w 1960 roku, gdy byłem w drugiej klasie tego liceum – zrodziła się także w mojej głowie życiowa decyzja. Dałem jej zresztą materialny wyraz, kiedy w jednym z wypracowań z języka polskiego - na pytanie: - Kim chciałbyś zostać w życiu i dlaczego? - odpowiedziałem stanowczo i jednoznacznie
- CHCĘ ZOSTAĆ DZIENNIKARZEM SPORTOWYM, BO KOCHAM SPORT!
Słowa dotrzymałem i w tym chłopięcym postanowieniu dotrwałem do dzisiaj. Bo choć od wielu lat jestem już na emeryturze, to nie przestaję być „żurnalistą”. I to nie tylko dlatego, że jeszcze od czasu do czasu „chwytam za pióro”. Jestem nim przede wszystkim dlatego, że zostając dziennikarzem, pozostaje się nim do końca życia. To tak, jak z dożywotnimi tytułami prezydenta i premiera. A tak na marginesie w kontekście „pióra do pisania” - o Boże, kto dzisiaj jeszcze pamięta, że posługiwano się takim „instrumentem”, by przelewać słowa na papier?
Dość jednak tych dywagacji - „dlaczego mam prawo do ocen”. Pora na moją cenzurkę. Otóż w świetle tego co już zostało napisane, stwierdzam: - Nigdzie indziej, jak w „Tempie” nie pracowałem w bardziej profesjonalnym zespole. Ekipie ambitnej i zjednoczonej w realizacji wspólnego celu, czyli robieniu znakomitej gazety sportowej. Działo się to w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, aż do końca faktycznego istnienia tego pisma. Nigdy nie zapomnę tych dni i wieczorów, kiedy po kolejnej środzie Ligi Mistrzów, gdzieś między godziną 22:20 a 22:40 w redakcji „Tempa” - najpierw w skromnym budynku przy ulicy Warneńczyka, a później w nieistniejącym już biurowcu na Alei Pokoju – zjawiała się ekipa dziennikarzy. Czekał już na nią cały sztab techniki. Maszynistki, korekta, graficy z redaktorem odpowiedzialnym na czele. Ten zespół praktycznie bez słów, w kilkanaście minut tworzył pełne relacje ze wszystkich meczów danej kolejki LM. Spotkań, które zakończyły się 20-30 minut wcześniej. „Deadline” zesłania materiałów do drukarni, by gazeta ukazała się nazajutrz rano, to było najpóźniej 23:10-23:15. I w czwartek rano w całej Małopolsce, na Podkarpaciu, na Śląsku, a także w Świętokrzyskiem (w późniejszych latach nawet w dalszych rejonach Polski), nasi Czytelnicy dostawali „Tempo” z pełnym dossier danej kolejki LM. Z wynikami, krótkimi relacjami, strzelcami goli i minutami ich zdobycia, sędziami, pełnymi składami, minutami dokonanych zmian oraz wykazem żółtych i czerwonych kartek (oczywiście również z minutami nałożonych kar) wszystkich zespołów grających w danej rundzie piłkarskiej Ligi Mistrzów.
Zapyta ktoś: - A cóż to za wyczyn? Czytającym ten tekst, zwłaszcza tym młodszym, odpowiem: – Tak, to był wyczyn. Choć trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale nie było wówczas internetu, a telefonia komórkowa ledwie raczkowała. W ten sposób robiło się wtedy gazety…
Jak w każdym w zespole, w zawodzie opierającym się na konkurencji, nie zawsze towarzyszyła nam tylko sielanka. Bywało, że ścieraliśmy się ostro w różnych dyskusjach, bywało, że jeden z drugim skoczyli sobie do oczu. Kiedy jednak działała presja czasu i trzeba było się sprężyć, wszelkie animozje szły na bok. Istniała wszak wartość nadrzędna. „Tempo” i jego jakość!

Jacek Gucwa i Grażyna Seweryn na spotkaniu dawnego "Tempa", luty 2023. Fot. Wojciech Molendowicz
A co z nierozstrzygniętymi sporami? Te rozwiązywano definitywnie na neutralnym gruncie. Najczęściej - już po dobrze wykonanej robocie - przy kuflu złocistego napoju w nieistniejącej już dzisiaj piwiarni „U Hitchcocka”! A gdy te pokojowe rozmowy się przeciągały, całe towarzystwo lądowało „U Singera” na krakowskim Kazimierzu. Powie ktoś: - to zarozumialec, jak w przysłowiu: - Każda sroka swój ogonek chwali!” Skoro tak, to posłuchajcie bezstronnej opinii osoby, która również miała pełne możliwości do czynienia porównań i stawiania ocen.
Był środek lata. Sierpień 1995 roku. Byłem wówczas w Paryżu. Pojechałem tam na eliminacyjny mecz do piłkarskich mistrzostw Europy z Francuzami. Zremisowaliśmy to spotkanie 1-1. To tam, na Parc des Princes, swój przydomek „Księcia Paryża” zyskał nasz bramkarz Andrzej Woźniak. Co on wtedy nie wyprawiał między słupkami! "Woźny” bronił wszystko! Wszystko, poza tym nieszczęsnym wolnym Youri Djorkaeffa na 3 minuty przed końcowym gwizdkiem. Obronił nawet karnego strzelanego przez Bixente Lizarazu i dobitkę Vincenta Guerina. Kiedy więc późnym wieczorem przy lampce wina cieszyłem się tym sukcesem u goszczącego mnie w stolicy Francji Krzysia Wyrzykowskiego, rozmawialiśmy głównie o tym meczu. Ale… nie tylko.
Z Krzysiem pracowałem kilka lat w Redakcji Sportowej TVP na Woronicza. Obu nas w stanie wojennym spotkał ten sam los. Jako nieprawomyślnych członków „Solidarności”, na początku 1982 roku wyrzucono nas z tej instytucji „na zbitą... twarz”. Ja – krakus z dziada pradziada – zostałem… warszawskim taksówkarzem. Krzysiu, absolwent filologii romańskiej, spakował rodzinę i z żoną Małgosią oraz trzema córkami wyemigrował nad Sekwanę. Znając doskonale język oraz mając wielu przyjaciół wśród francuskich dziennikarzy sportowych dość szybko znalazł zatrudnienie w swoim fachu. Wkrótce jego teksty zaczęły pojawiać się w prestiżowej „L’Equipe”. A kiedy u nas wszystko znów się odmieniło, przyszła transformacja a z nią powrót do normalności, Krzysztof zaczął myśleć o powrocie do kraju. Stąd też między innymi jego pytania o Polskę, o warunki życia i pracy w naszym zawodzie? Opowiadałem mu więc, że najgorsze mamy za sobą. Że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Że po prostu można żyć i pracować normalnie. Na dowód moich słów pokazałem Krzysiowi moje „Tempo”, którego kilka egzemplarzy na wszelki wypadek zabrałem do Paryża. Tak się złożyło, że były to numery właśnie z relacjami z meczów Ligi Mistrzów. „Tempo” w kolorze, na 24, a może już nawet 32 stronach (nie pamiętam dokładnie), zrobiło na Wyrzykowskim ogromne wrażenie.
- I to ukazuje się nazajutrz po meczach – ni to stwierdził, ni to zapytał Krzychu. - Tak Krzysiu, taką gazetę wydajemy po każdej kolejce Champions League. Zresztą nie tylko, bo „Tempo” ukazuje się już pięć razy w tygodniu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – To nieprawdopodobne. Poziom europejski. Pełny profesjonalizm. Czy mogę zatrzymać ten egzemplarz, by pokazać go w mojej redakcji "L’Equipe"?- zakończył pytaniem Krzysztof. Nie powiem, poczułem się wtedy mile połechtany bezstronną oceną „Wyrzykosia”. By więc mógł się chwalić wszystkim tą naszą, polską gazetą sportową, dołożyłem mu jeszcze… trzy egzemplarze tego samego numeru!
JACEK J. GUCWA
PS Egzemplarz, który zawiozłem do Paryża, nie był ostatnim słowem zgranego zespołu z Warneńczyka i Alei Pokoju. A pamiętajcie, nie było wtedy jeszcze Internetu, a telefonia komórkowa ledwie raczkowała. Ba! Wkrótce „Tempo” zaczęło ukazywać się… 6 razy w tygodniu, zwiększając zasięg wydawniczy po Łódzkie, Mazowieckie i Wybrzeże. Kto wie, czy te mocarstwowe ambicje nie stały się właśnie przyczyną końca tej znakomitej gazety sportowej? To już jednak temat na całkiem inne opowiadanie… (JJG)