Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”, wspomnienia. Marek Gilarski: Miałem szczęście, że zdążyłem2026-06-12 02:05:00

„Napisałeś po polsku i widać, że się orientujesz. Jednak nie zaczniesz od kolarstwa. Redaktor Jan Frandofert wyśle cię na jakiś lokalny mecz piłkarski”.


Wyszedłem z wielką radością i ulgą. Czułem, że najtrudniejsze jest za mną. 


***


Żyłem sportem, urodziłem się i wychowałem w Krakowie, dlatego Tempo było moją wyrocznią od 8. roku życia. W poniedziałki i w czwartki jeszcze przed lekcjami goniłem do kiosku. W latach 80. wszystkiego było mało i za wszystkim trzeba było stać, na to wręcz polować. Tempo w kioskach schodziło błyskawicznie. 


Na przedmiotach, które mnie nie interesowały, ukradkiem czytałem Tempo. Trzymałem je pod ławką albo na stole przykryte książkami i zeszytami. Tak było też potem i w liceum, i na studiach.


***


Mając 12 lat zacząłem prowadzić zeszyt ze statystykami punktowymi I ligi koszykarzy. Wybrałem oczywiście zeszyt kratkowany, przeznaczony do matematyki, i pieczołowicie wpisywałem zdobycze zawodników Wisły, Górnika Wałbrzych, Stali Bobrek i reszty. Po 2 czy 3 miesiącach zorientowałem się, że w jednym z meczów liczba punktów zespołu nie sumuje się z punktami zawodników. 


W desperacji zadzwoniłem do redakcji! W stopce podano może 3 numery kontaktowe, więc dość długo tkwiłem przy telefonie bez skutku. Za n-tym razem ktoś jednak odebrał. Niestety, mój rozmówca nie potrafił wytłumaczyć, przy którym koszykarzu doszło do pomyłki. Byłem piekielnie rozczarowany, że coś takiego przytrafiło się Tempu! Straciłem ochotę na dalsze prowadzenie zeszytu. 


Kiedy już sam pisałem, obawiałem się że któregoś dnia zadzwoni taki nawiedzony dzieciak, wytknie mi nieścisłość i mnie zawstydzi. Sumowałem więc punkty po kilka razy i skrupulatnie liczyłem, czy w składzie podałem jedenastu piłkarzy.


***


W pakiecie ze mną Tempo dostała moja żona Agnieszka. Latem 1996 roku namówiła mnie, abym „w końcu” napisał coś na próbę i pokazał to w redakcji.


Czułem, że mam szansę - siedziałem w sporcie po uszy, byłem wyznawcą Tempa, pisanie przychodziło mi swobodnie. Jednak brakowało mi przebojowości i nie umiałem obsługiwać komputera. Obawiałem się, że przepadnę na starcie.


Właśnie skończył się Tour de France, który oglądałem dzień w dzień. Byłem świeżo w temacie. Napisałem więc ręcznie, niebieskim piórem na różowych kartkach (!), obszerne podsumowanie tego wyścigu. Pojechaliśmy do redakcji, na Warneńczyka. Aga w drodze dodawała mi otuchy, ale przecież nie mogła ze mną pójść na górę. Zaczekała na ławeczce przy placu Serkowskiego. 


Teraz albo nigdy.


Wyobrażałem sobie boksy, hałas, dziennikarski zgiełk. Tymczasem Tempo wyglądało kameralnie - mieściło się w kilku przytulnych pokojach. Był to zwykły letni dzień, godziny południowe, dlatego redakcja świeciła pustkami. Poczułem się odrobinę pewniej. Jeśli mnie odeślą, to po cichu.


Ówczesny szef Tempa Ryszard Kołtun przebywał na olimpiadzie w Atlancie. Dlatego trafiłem do jego zastępcy - Jerzego Wicherka, fachowca od… kolarstwa. Biłem się z myślami. „Czy to dobrze czy źle? Jakbym wiedział, to bym napisał o piłce”.


gilarski

Marek Gilarski pojawił się w "Tempie" w 1996 roku. Fot. Wacław Klag


Co zrobić… Poszły konie po betonie. W moim niebiesko-różowym wypracowaniu przewinęli się Jan Ullrich, Bjarne Riis, Richard Virenque i cała ta generacja, o której świat stara się dziś zapomnieć. 


I pan Jurek mnie zakwalifikował. Pozwolił mi zostać kandydatem na dziennikarza Tempa.


***


Pierwszy mecz. Bronowianka - Orzeł Piaski Wielkie w lidze okręgowej, która tamtego dnia była dla mnie Ligą Mistrzów. Nie mogłem zmarnować szansy debiutu na łamach ukochanej gazety. Byłem na stadionie godzinę (!) przed pierwszym gwizdkiem.


„Wynik, strzelcy, składy, kartki, sędzia, ilość widzów” - poinstruował mnie wcześniej pan Janek Frandofert. Niepotrzebnie, po 15 latach czytania Tempa, główki miałem wryte. „I napisz od siebie 4-5 zdań”.


Ale jak, na czym? Jeśli przyjdę do redakcji, to skompromituję się przy komputerze.


Musiałem coś wymyślić. W pobliżu stadionu Bronowianki mieszkał mój kolega Wojtek Pater. Informatyk i to sporego kalibru. Po meczu wszystko mu przedyktowałem. Wojtek nie wiedział jednak, w jakim pliku mam dostarczyć tekst. Wgrał go na czarną dyskietkę w formacie txt, i przekazał mi: „Jeśli nie będzie pasował, to poproś w redakcji, żeby zamienili na doca”.


Przez całą drogę z Bronowic na Podgórze powtarzałem sobie: „z te-iks-te na doca, z te-iks-te na doca”. Żebym tylko czegoś nie pokręcił!


Jarek Piskorz ze składu komputerowego zgodził się mi pomóc, jednak przy konwersji nie przechodziły polskie znaki. Odczułem powagę chwili. Niedziela wieczorem, ewidentny młyn, ludzie gonią w tę i z powrotem, a obłożony składaniem gazety facet, którego poznałem 10 minut wcześniej, wpisuje w mało istotnym materiale z okręgówki „ę”, „ą” i „ż”. Wiedziałem już, że muszę jak najszybciej opanować pisanie.


Nazajutrz rozpierała mnie duma. Zadebiutowałem na łamach Tempa jakimiś 300 znakami. Pan Janek praktycznie niczego nie poprawił. Zresztą trudno byłoby cokolwiek zmienić w tak krótkim tekście.


***


Pan Janek przydzielał mi kolejne mecze. Miałem wielką frajdę, chociaż każdorazowo trwało to co najmniej 5-6 godzin. Oprócz tego, że kulałem z komputerem, to nie umiałem jeździć samochodem. Rozumiałem co i czym piszę, ale technicznie i logistycznie byłem słabiutki. Raz poprosiłem o pomoc tatę. Gdyby nie podwiózł mnie do Grabia i z powrotem, zajęłoby mi to całą niedzielę! Myślę, że w podobnym położeniu byli ci nowicjusze, których zapamiętałem - Remek Półtorak, Tomek Bochenek, Rafał Czerkawski, Bartek Pasterz.


Jasne, bardzo chciałem zostać dziennikarzem Tempa, ale początkowo otrzymywałem symboliczną wierszówkę, poniżej 100 złotych miesięcznie. Zastanawiałem się, ile tak wytrwam.


Myślę jednak, że to sito było w Tempie konieczne. Tak prestiżowy tytuł nie mógł przyjmować ludzi „jak leci” - bo straciłby swój elitarny charakter. Musiałeś rokować i musiało ci zależeć - inaczej zaraz zniknąłbyś z łamów.


***


Szybko nauczyłem się pisać na komputerze i jeśli chodzi o realizację tematów, zawsze byłem „na tak”. Nie trzeba mi było powtarzać.


Rozgrywki III ligi nadzorował Krzysiek Wojdyło. Mieliśmy dobry kontakt, a brakowało mu chętnych do obsługi meczów w Krzeszowicach, Sieprawiu i Myślenicach. Jeżdżenie poza Kraków zajmowało sporo czasu, profity były z tego niewielkie, czyli dla kogo ta działka? Dla współpracownika. I tylko czekałem, aż Krzysiek mnie zagadnie. Szedłem w to jak w dym - to była III liga! Dwa razy dłuższe sprawozdanie niż z okręgówki.


Zabierałem się na III ligę zwykle z Krzyśkiem Mrówką i Waldkiem Bałdą, czasem też z Januszem Koziołem, chociaż pracowali w innych redakcjach i byłem przy nich kompletnym żółtodziobem. Dzięki nim nie musiałem się przez pół dnia tułać busami, a oni mieli z kim pogadać w trasie.


***


Kiedy ocenią, że jakoś rokujesz i widzą, że ci się chce, to nie będziesz się nudził.


Pan Andrzej Skowroński zaangażował mnie na Wiśle do „boczków” - statystyk, krótkich rozmówek. Marek Latasiewicz potrzebował mnie na Hutniku. I Wisła, i Hutnik, grały wtedy w ekstraklasie. 


Jurek Cierpiatka leciał na walkę Andrzeja Gołoty do USA - komu na weekend przekazać Bundesligę? Flagowa postać Tempa wyznaczyła mnie! Wstępnie czułem się na siłach, ale nie znałem niemieckiego. Bez tego nie mogłem wyłowić smaczków, istotnych szczegółów. Co zatem zrobić, żeby zbliżyć się do poziomu „Badżiego”? Znów pomógł mi kolega - Marcin Behlert, który jest pół-Niemcem i został potem renomowanym tłumaczem. U Marcina oglądnęliśmy cały magazyn ligowy w SAT1. Podał mi wszystko na tacy. Przelanie tego na papier było nietrudne. 


Pan Grzegorz Nowak, opiekun piłki ręcznej, zlecił mi finał mistrzostw świata Rosja - Szwecja. Co za problem, chociaż grę w ręczną poudawałem 2 razy w życiu? Największym jednak hitem było zrelacjonowanie przeze mnie wyścigu Formuły 1. Jacek Gucwa akurat nie mógł, i zwrócił się o zastępstwo do mnie. Nie przeszkadzało mu, że nie umiem jeździć. „Jakie to ma znaczenie? Dasz radę”. Skoro tak…


Wyścig F1 opisał chłopak bez prawa jazdy. Zrobiłem je dopiero w XXI wieku. To dla mnie dosyć zabawne wspomnienie, chociaż nie byłem ewenementem. Żużlem zajmują się dziennikarze, którzy nigdy nie usiedli na motorze, a ekspertami od skoków narciarskich są faceci z lękiem wysokości.


***


I tak ta nić się tkała.


Pan Andrzej Skowroński zaproponował mi, abym przypomniał Ferenca Puskasa. Widziałem co najwyżej 5 jego bramek w telewizji. Pisałem o wybitnym piłkarzu, który mógłby być moim dziadkiem, więc zastanawiałem się, czy na pewno jestem odpowiednią osobą, aby o nim przypomnieć? Przyłożyłem się jednak i odbiór tamtego tekstu był więcej niż dobry.


NBA najpierw przy, a potem po panu Ryśku Kołtunie. W Tempie nie można było puścić strumienia świadomości opartego na tym, co zobaczyło się w telewizji. Strategiczne znaczenie miał - siermiężny z perspektywy czasu - modem, z czerwonymi diodami i srebrnym przełącznikiem. Pikał, szumiał, rzęził, tyleż razy się zrywał co łączył, ale był jeden jedyny w redakcji. Korzystałem z niego wcześnie rano, bo o tej porze była największa szansa, aby połączyć się z internetem. Około godziny 9 musiałem mieć wszystkie materiały. Potem skuteczność modemu drastycznie spadała, poza tym był on niezbędny specjalizującemu się w futbolu zagranicznym Andrzejowi Godnemu.


Cyzelowanie w środę Magazynu NBA, który w wydaniu czwartkowym zajmował kolorową ostatnią kolumnę. Przez kilka godzin siedzieliśmy z Grażyną Seweryn, dobieraliśmy fonty, grafikę, podcienie. Grażyna wyciskała ze sprzętu co tylko mogła. Byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni.


***


Irek Pawlik, który zawiadywał felietonistyką i reportażem, zasugerował, abym pojechał do Wadowic i sprawdził, czy Karol Wojtyła rzeczywiście był dobrze rokującym bramkarzem. Mimo że zbierałem materiał w trakcie miejskiego festynu, czyli miałem wielu potencjalnych rozmówców, to okazało się, że poza frazesy potrafiło wyjść tylko dwóch lub trzech. Ale jeden z nich był niewiele młodszy od Jana Pawła II, znał go z dzieciństwa i… poszło pod tytułem „Papa mobilny”.


Smakowałem czego się dało. Redakcja zatrudniała jako maszynistki Izę Marzec i Gosię Poznańską, jednak w nawale korespondencji nie były w stanie wszystkiego odebrać. Dostawałem więc niewdzięczną, bo niewidoczną dla czytelnika pracę przy ściąganiu relacji z II ligi piłkarskiej i już wtedy dogorywającej I ligi bokserskiej. 


Nie miałem problemów z motywacją. Poznawałem ludzi, przez cały czas będąc w sporcie. A młodszych ode mnie w tej redakcji nie było, więc nie w głowie było mi wybrzydzać.


Pod koniec suwerennego Tempa, jesienią 1998 roku, redakcja wysłała mnie na mecz o punkty w eliminacjach ME Bułgaria - Polska. To stanowiło dla mnie wielką nobilitację. Polacy ograli Christo Stoiczkowa i resztę 3:0, a ja byłem reporterem Tempa z Burgas! Pierwszy mój służbowy wyjazd zagraniczny, i w Tempie jedyny.


Na pewno pomogło mi też to, że namiętnie grałem w piłkę. Wtedy piątki były wolne, więc ciupaliśmy w Lidze Multimedialnej (i nie było na nas mocnych), w turniejach halowych albo w meczach towarzyskich. Drużyną rządzili panowie Kołtun, Cierpiatka i Latasiewicz, przy nich zasuwali młodzi - ja i Remek Półtorak. Grywali też Jurek Sasorski, Krzysiek Kawa, Piotrek Sikora, Rysiu Staszkiewicz z korekty i Andrzej Komurka ze składu komputerowego. W bramce stał Grzesiek Wojtowicz.


***


Piękne lata. Miałem szczęście, że do Tempa zdążyłem. 


Wśród około 40 osób nie było jednej, której bym nie lubił lub chociaż nie tolerował. W Tempie podobała mi się nawet ciasnota na Warneńczyka. Było tam przytulnie, redakcja mieściła się w pięknym zakątku Starego Podgórza. Coś jest w tym, że smutny finał nastąpił w brzydkim gmachu przy al. Pokoju.


Koniec prawdziwego Tempa było zarazem moim końcem w redakcji. Miałem umowę czasową, która właśnie wygasała, więc zostałem odstrzelony w pierwszym rzucie. I bardzo dobrze! Nie chciałem tam zostać i przykładać ręki do agonii ukochanej gazety. Spędziłem w Tempie cudowne dwa i pół roku, i mimo że byłem dziennikarzem do 2012 roku, do tego „macierzystego portu” wracam z największym sentymentem. 


Tempo było u mnie pierwsze. Pierwsze zostanie.


MAREK GILARSKI


gilarski2_wkaaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty