Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”, wspomnienia. Marian Czakański: Przystanek „Tempo”2026-06-11 00:06:00

Gdy jeszcze jako student, a wtedy już korektor „Sportu”, szedłem do redakcyjnego archiwum, by sięgnąć po zszywkę „Tempa” z felietonem redaktora naczelnego Ryszarda Niemca (od tego się zaczynało lekturę), nigdy nie sądziłem, że będzie mi dane zostać członkiem kierowanego przez Niego zespołu.


Zaproszono mnie na Wielopole w trudnym dla mnie momencie. Jako współzałożyciel „Solidarności” i pierwszy jej przewodniczący w Śląskim Wydawnictwie Prasowym zostałem  „spuszczony” ze „Sportu”, bo nie przeszedłem tzw. weryfikacji. Znalezienie nowej pracy kończyło się wraz z okazaniem ostatniego świadectwa pracy. O nic nie pytał właściciel warsztatu ślusarskiego… W marcu 1983 roku jako filolog z wykształcenia zostałem galwanizerem. Warunki pracy były więcej niż trudne, ale trzeba było żyć. Tam znalazł mnie człowiek z rozwiązanego SDP Jacek Cieszewski i skontaktował z Ryszardem Niemcem. To był rok chyba 1985. Przez kolejnych 12 miesięcy trwały „prace rozpoznawcze”, a red. Niemiec na łamach „Prasy Polskiej” wdał się w publiczną polemikę dotyczącą mojej osoby z Komitetem Wojewódzkim PZPR w Katowicach, który nie widział mnie w zawodzie dziennikarza. Ostatecznie w 1986 roku zostałem wyciągnięty z zawodowego niebytu. Zacząłem w „Tempie” od ćwiartki etatu, od czasu do czasu uczestnicząc w poniedziałkowych kolegiach, a swój krakowski dzień kończyłem zazwyczaj z kolegami „Pod Gruszką”. Jeśli tam, gdzie przebywa dziś śp. redaktor Niemiec, waży się uczynki dobre i złe, apeluję, by nie zapominać o moim przypadku właśnie, bo waga tego była dla mnie niebagatelna. Rozumiem, że ktoś mógł zachować w pamięci inny obraz red. Niemca. Dla mnie zrobił wiele, choć nie musiał…


Paru kolegów z „Tempa” znałem z czasów pracy w „Sporcie”, było więc łatwiej. Katowice od Krakowa dzieli raptem 70 kilometrów, jednak w klimacie redakcyjnym, sposobie myślenia ta odległość była zdecydowanie większa. Na Śląsku były do zagospodarowania całe sportowe hektary, co staraliśmy się z Jurkiem Muchą czynić z lepszym lub gorszym skutkiem. Tworzyliśmy z doskakującymi z boku wolontariuszami oddział katowicki. Byliśmy wtedy „bezdomni”. Żeby móc korzystać z faksu w drukarni na Opolskiej, musiałem się udać do dyrektora Śląskiego Wydawnictwa Prasowego. Tego samego, który podpisywał moje zwolnienie w 1983 roku. Rozmowa odbywała się przy włączonym magnetofonie. Jakiś czas później dorobiliśmy się własnego lokum przy ul. Dworcowej, w budynku PKP. Przygarnął nas dyrektor Krzysztof Dziunikowski, wtedy prezesujący także siatkarkom Kolejarza Katowice. Mieliśmy już własny faks. W pamięci mam ów lekki niepokój jaki mi wtedy – przy wyjazdach do Sosnowca, Bytomia, Zabrza – doskwierał: będzie po ręką telefon na hali, lodowisku czy boisku, z którego będę mógł skorzystać? Komórek przecie nie było. Nie mieliśmy też samochodów, więc korzystaliśmy z podwózki kolegów zaprzyjaźnionych redakcji, bo powrót do oddziału oznaczał kolejną godzinę lub więcej zwłoki. W Krakowie mutacje były w pełnym rozkwicie, więc parę minut po wydarzeniu sportowym Jurek Cierpiatka, Andrzej Godny, Marek Latasiewicz czy Leszek Rafalski (kolejność alfabetyczna) „brali nas na ołówek”…


Z inspiracji redakcji wróciliśmy do tematów trudnych w śląskim sporcie. Tak powstawały teksty o Wilimowskim, Dębie Katowice (miałem okazję jeszcze spotkać mocno już schorowanego Ewalda Dytkę), czy wreszcie o PKS (Policyjny Klub Sportowy), który śląskim był tylko z racji lokacji. To też była jedna z korzyści zacumowania przy Wielopolu. Notabene za cykl artykułów o śląskim sporcie okresu międzywojennego załapałem się na nagrodę prezesa RSW Prasa-Książka-Ruch. 

„Tempo” w owym czasie mocno się rozpychało, były mutacje, ale też inne wydawnictwa. Ilekroć z żoną przejeżdżamy ulicą Cichą w Chorzowie, uśmiechamy się na wspomnienia z tamtych lat. Z małżonką pod stadionem Ruchu, ze składanego stolika, sprzedawaliśmy „Skarb kibica”...


Mój przystanek w „Tempie” trwał do końca marca 1990 roku. Wtedy to Adam Barteczko, nowy red. naczelny „Sportu”, wyszedł z ofertą powrotu do Katowic, gdzie dokonałem swego dziennikarskiego i redaktorskiego żywota.


MARIAN CZAKAŃSKI





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty