
Epoka Jana Rottera w roli naczelnego „Tempa” trwała niemal dwie dekady. Pytanie o to jak poradzi sobie gazeta w nowych realiach było więc jak najbardziej na miejscu. Personalny stan zawieszenia trwał kilka miesięcy. Na giełdzie padały różne nazwiska, z dotychczasowymi pracownikami redakcji włącznie. Ktoś nawet, o rzekomo najwyższej pozycji rankingowej i gdy sprawa wydawała się przesądzona, nawet zdążył się wprowadzić do gabinetu redaktora naczelnego. Przedwcześnie, ledwie tydzień później stało się jasne, że był to pochopny krok. Okazało się bowiem, że nominację otrzymał kandydat z zewnątrz, wywodzący się z kręgów partyjnych. Był to Edward Gretschel, o sporcie mający mgliste pojęcie. Okazał się jednak znakomitym organizatorem, a nade wszystko dobrym człowiekiem, który w sytuacjach trudnych nie bał się stanąć w obronie zagrożonych zwolnieniem pracowników, choć wiązało się to dla niego z dużym ryzykiem. Nawet za cenę utraty posady.