(Reportaż o Tomaszu Hopferze wydrukowany w "Tempie" w trzech odcinkach w styczniu i lutym 1984)
Kilka dni przed śmiercią dziwne zdarzenie wróżyło mu długi żywot.
Opowiada były dziennikarz TV, redaktor naczelny miesięcznika „Lekkoatletyka” Jacek Żemantowski:
– Po pogrzebie Janka Ciszewskiego siedzieliśmy z kolegami z TV w redakcji sportowej przeglądając listy od telewidzów. Ktoś głośno czytał taki fragment:
„Ciszewskiemu to poświęciliście całą audycję, a Hopfera przed miesiącem wykończono i cisza”.
Wtedy nieoczekiwanie w drzwiach pojawił się Tomek. Wzięliśmy to za dobry omen. Żartowaliśmy, że będzie długo żył skoro już za życia go uśmiercono. Nikt wtedy nie przypuszczał, że za parę dni przyjdzie nam stanąć nad jego grobem.
Przeżył tylko 47 lat.
10 XII 1982 roku Polska Agencja Prasowa podała wiadomość: „Tomasz Hopfer nie żyje”. Dla większości telewidzów był to szok. Nagle odszedł ktoś, kto miał dar zjednywania sobie milionów anonimowych przyjaciół, kto posiadał tajemnicę przenikania szklanego ekranu. Hopfer występował niby w telewizji, ale tak naprawdę był w mieszkaniu obok nas jak jeszcze jeden serdeczny i bliski domownik.
Pamięć bliskich i znajomych zwykło się publicznie czcić minutą milczenia. Milczenie po Hopferze trwa już ponad rok. Cisza w telewizji, cisza w radiu, prasa też tematu unika.
Co kryje się za tym milczeniem? Wyrzuty sumienia? Bezradność wobec tragedii?


*
Dziś zaledwie kilka osób może powiedzieć – znałem i rozumiałem Tomasza Hopfera. Nikt oprócz najbliższych nie wie jaką cenę płacił ten nadwrażliwy człowiek za telewizyjne występy. Ile kosztowało go każde słowo przed kamerą. Telewizja rujnowała mu zdrowie, ale była również jego żywiołem. Można rzec, że urodził się dla telewizji.
Do studia trafił drogą okrężną. Najpierw był sportowcem. Właściwie sportowcem nie przestał być do ostatnich swoich dni. Sport był dla niego takim samym nieodzownym składnikiem życia jak kultura. Zaczął trenować biegi średnie w warszawskiej Spójni. Mieszkał wówczas razem z bratem Andrzejem (późniejszym rektorem Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie) w jednym, pozbawionym wszelkich wygód pokoju mając na utrzymaniu także babcię. Stypendia i korepetycje z trudem wystarczały na wyżywienie całej trójki. Kadrowego nie znano.
– Talentu i ambicji miał Tomek więcej niż mógł udźwignąć jego kruchy organizm. Trening, marne jedzenie i wysiłek włożony w studia – bo był Tomek jednym z najmłodszych magistrów w Polsce – szybko doprowadziły go do szpitala. Zastrajkował żołądek i tej dolegliwości nie udało mu się już nigdy przezwyciężyć – mówi kolega ze Spójni, Maciej Wierzyński.
*
Wspomina Zbigniew Makomaski – jeden z najlepszych polskich biegaczy w latach 50.:
– Klub był wówczas środowiskiem towarzyskim, a Tomek duszą całego towarzystwa, organizatorem skeczów, motorem rozrywki. Kto dziś widział obóz sportowy, na którym zawodnicy sami dla siebie organizują kabaret? Nasz kabaret nazywał się „Średniak”. Tomek pisał teksty, występował. Ileż mieliśmy wspaniałej zabawy.
Wesołe usposobienie, wysoki pułap stawianych sobie wymagań i życzliwość dla bliźnich cechowały go przez całe życie.
Niezwykłą pracą doszedł do zaszczytu reprezentowania Polski i przez trzy lata, bo na tyle tylko pozwoliło zdrowie, nosił biało-czerwony dres.
Pierwszy kontakt z dziennikarstwem złapał mając 31 lat. Nie była to telewizja lecz pismo „Sport dla Wszystkich”. Z radością podjął tę pracę i szybko ujawnił wielki talent w nawiązywaniu kontaktów z obcymi ludźmi.
Pierwsze podejście do pracy z mikrofonem okazało się pechowe. Polskie Radio ogłosiło konkurs na dziennikarzy sprawozdawców. Test był prosty. Przywożono kandydata na jedno z ruchliwszych skrzyżowań stolicy i zostawiano sam na sam z mikrofonem. Każdy miał opowiadać co się dzieje. Koledzy namówili Hopfera, by koniecznie spróbował swych sił. Komisja podobno słuchała tych sprawozdań choć koledzy byli innego zdania. Wedle nich spisał się nieźle, jednak jurorzy nie dostrzegli w nim kandydata na radiowca.
*
Flirt z telewizją rozpoczął się jeszcze gorzej.
Mówi red. Ryszard Dyja, który pierwszy w 1969 roku zaproponował Hopferowi próbę przed telewizyjna kamerą:
– Widziałem w nim sympatyczną twarz i świetnego fachowca znającego i rozumiejącego sport. Byłem przekonany, że gdy pokona wstępną barierę psychologiczną, będzie dobrym dziennikarzem telewizyjnym. Początek był fatalny. Po pierwszej próbie Tomek uciekł ze studia. Był bardzo krytyczny w stosunku do siebie i zorientował się, że mu to nie wychodzi, ale potem się przełamał.
Próbował różnych rzeczy. Najpierw komentował Spartakiadę Młodzieży we Wrocławiu. Paraliżująca trema sprawiła, że jego głos przypominał karabin maszynowy w akcji a spuszczone w dół oczy sugerowały podpieranie się notatkami, choć żadnej ściągi nie miał.
Po pierwszym samodzielnie przygotowanym programie usłyszał od znanych dziennikarzy:
– Nieźle się pan prezentuje, tylko nieco pan sepleni i niepotrzebnie macha rękami.
– Zróbcie kolego porządek z garniturem i krawatem, i uśmiechajcie się, nie róbcie tego z taką śmiertelną powagą.
– Po co się pan tak głupio uśmiecha?
Początkowo brakowało mu na ekranie tej swobody, którą miał na co dzień. W życiu potrafił wspaniale improwizować, przed kamerą był zielony i zdenerwowany. Bardzo przeżywał tę pracę. W domu godzinami ćwiczył głos, nagrywał na magnetofon, powtarzał teksty jak student z aktorskiej szkoły.
Niektórzy mu odradzali:
– Tomek, lepiej wróć do pisania, rodzina będzie zdrowsza i ty się nie rozchorujesz.
Odwrotu jednak nie było. Telewizja okazała się narkotykiem.
*
Talent przygaszony początkowo strachem i niepewnością zaczął uwidaczniać się coraz bardziej w kolejnych programach. Nie brakowało Hopferowi pomysłów ani fantazji. Nową indywidualność w redakcji sportowej szybko dostrzegł Mariusz Walter, twórca Studia 2 i zaproponował udział w swoim programie obok Bożeny Walter i Edwarda Mikołajczyka.
Na bieżni Hopfer był średniodystansowcem, w Studiu 2 okazał się sprinterem.
Edward Mikołajczyk:
– Tomek zdobył sympatię telewidzów sprintem, jakiego nie udało się wykonać w telewizji nikomu. Praca z nim była ogromną przyjemnością. To był fenomen, nad którym powinni się zastanowić teoretycy, a mieć w pamięci ci, którzy kierują telewizją. O takich ludzi należy dbać bardziej niż o osoby na stanowiskach, bo oni tworzą rangę i autorytet telewizji.
Mariusz Walter:
– Można było na Tomka liczyć w absolutnie każdej sytuacji, nie tylko telewizyjnej. Cechował go niezwykły refleks z intelektualnym kontekstem. Myślę, że jeśli ktoś będzie pisał historię telewizji to w rozdziale prezenterzy przy jego nazwisku musi pojawić się określenie nowego sposobu komunikowania z widzem. To był wspaniały człowiek z tysiącem wad, które gdyby położyć na szalę nie znaczyłyby nic. Myślę, że nieprędko pojawi się ktoś, kto będzie dysponował podobnym zestawem cech dziennikarsko-prezenterskich. Nadal nie mogę uwierzyć, że go nie ma.
*
Los człowieka najkolorowiej odbija się w lustrze anegdot. Niech wiec mówią anegdoty, tym bardziej, że wokół Tomasza Hopfera zawsze było wesoło.
Przez wiele lat w warszawskiej książce telefonicznej obok jego nazwiska każdy mógł znaleźć numer telefonu. Rosnąca popularność prezentera sprawiła, że coraz więcej osób pragnęło podzielić się z nim swoimi kłopotami, zapytać o program tv, w którym ostatnio wystąpił czy też zwyczajnie pogawędzić o sporcie. Codziennie państwo Hopferowie wysłuchiwali kilkanaście i więcej takich głosów.
Miarka przebrała się, gdy po północy zadzwonił człowiek spoza Warszawy i pełen euforii zaczął opowiadać o nowej piosence, którą specjalnie dla telewizji ułożył. Prosił, by redaktor koniecznie wysłuchał utworu w całości, po czym fałszując katował jego ucho dwunastoma (!) zwrotkami.
– Mam tego dość – powiedział Hopfer do żony po zakończeniu solowego występu hobbisty.
Można się dziwić, dlaczego nie odłożył słuchawki już po trzeciej zwrotce, ale to nie byłoby w jego stylu. Szanował każdego rozmówcę. Po tym incydencie szybko zmienił numer telefonu zastrzegając go równocześnie.
Cóż, podatek od popularności i taką się płaci walutą.
*
Rosnąca sława nie zatarła w nim niezwykłej wrażliwości. Nawet najdrobniejsze uwagi dostrzegał jakby pod mikroskopem. Właściwie jedno zdanie sprawiło, że na prawie dwa lata wycofał się ze Studia 2.
Aktor Jan Nowicki powiedział mu podczas kręconej na żywo rozmowy:
„Panie Tomku, stał się pan gwiazdorem, odchodzi pan w swoich występach od zagadnień sportowych, więc ja panu przestaję wierzyć nawet wówczas, gdy zabiera pan głos na tematy sportowe.”
Hopfer bardzo cenił aktora, więc jego słowa wziął sobie głęboko do serca i doszedł do wniosku, że nie ma prawa pokazywać się w Studiu 2. Przejmował się także anonimowymi telefonami. W trakcie Mundialu zadzwonił jeden z telewidzów i zapytał:
– Co to, nie stać pana na drugi krawat? (Rzeczywiście występował tylko w jednym krawacie, co było podobnym gestem jak niegolenie brody przez Górskiego).
Po tym telefonie ekspedientki w Domach Towarowych Centrum dziwiły się, po co ten Hopfer kupuje walizkę krawatów.
To nie jedyny przykład małostkowości telewidza. W tej dziedzinie bijemy rekordy.
Kiedyś na dyżurze padł ofiarą dowcipu. Ktoś wykorzystał fakt, że Hopfer wchodzi do studia w ostatniej chwili, tuż przed emisją. Czynił tak, gdyż do końca czuwał przy telefonie i dalekopisie, chcąc zawsze mieć komplet najnowszych informacji. Po wejściu zorientował się, że przy biurku nie ma krzesła, a kamera ustawiona była na wysokości twarzy siedzącego. W tym momencie usłyszał głos realizatora:
„Tomek, uważaj – rozpoczynamy!”
Nie było wyjścia. Przykucnął za biurkiem, podparł się rękami o blat stołu i udając siedzącego przez kilka minut mówił cały tekst. „Czujni” telewidzowie nie omieszkali zadzwonić z pretensjami, że łokciami rozpierał się na biurku.
*
Pretensje były również po innej „aferze”, którą znakomicie opisał w „Ekspresie reporterów”:
„Była środa piłkarska. Program o 22.15 przewidywał magazyn sportowy z prawdziwym kompendium wiedzy o aktualnej kolejce spotkań ligowych. Miałem dyżur do rana. Nie przewidywałem powrotu do domu przed północą. A tak od kilku dni potrzebowałem odpoczynku.
Siedzę, czuwam, a tu niespodziewanie wpada do redakcji kolega, który jest tylko przejazdem w Warszawie, bo następnego dnia wyjeżdża do Finlandii jako sprawozdawca z mistrzostw świata w hokeju na lodzie. Chcę skorzystać z jego obecności i proponuję, by zastąpił mnie na dyżurze, jako że ma wolny wieczór. Przyjmuje propozycję z zadowoleniem. Budzi się radosna nadzieja: wreszcie spędzę kilka godzin z rodziną!
Tuż przed godziną 22, kiedy w błogim nastroju korzystam z upragnionej wieczornej kąpieli, żona podaje mi telefon do wanny. „Pilny z redakcji”! O co chodzi? „Twój prowizoryczny zastępca do tej pory nie zjawił się w studiu! Musisz natychmiast przyjechać!” „Panowie! – krzyczę – piętnaście minut do rozpoczęcia programu! Ja siedzę akurat w wannie na Żoliborzu!” Ale ci z telefonu powtarzają uparcie swoje.
Wyskakuję z wanny, ubieram się, żona dzwoni po radiowóz milicyjny i… w ciągu pięciu minut, dopinając się jeszcze w samochodzie, mkniemy na sygnale z szybkością ponad stu kilometrów na godzinę na Plac Powstańców Warszawy. Biegiem z samochodu, po schodach do reżyserki. W drzwiach zdenerwowany Jacek Samulski rzuca mi się na szyję.
– Co jest w programie? – pytam.
– Na początek zapowiedź fragmentu meczu warszawskiej Gwardii z mielecką Stalą – potem powiem ci resztę.
Równocześnie z sygnałem sportowym siadam zdyszany w studiu, witam telewidzów, na ostatnie zdanie brakuje mi już tchu. Zapowiedziany fragment meczu przyjmuję z ulgą i oglądam go już spokojnie. Wstaję od stołu, aby przygotować się do dalszych części transmisji, a tu wpada spocony z rozwianym włosem mój potencjalny zastępca. – „Słuchaj stary, przepraszam, recepcjonistka zbyt późno mnie obudziła”.
Następnego dnia rano w redakcji otrzymuję ogromny tort z przeprosinami od dyrekcji hotelu. Jest to jednak mała dla mnie rekompensata, gdyż równocześnie tego samego dnia odebrałem wiele telefonów od telewidzów z wyrzutami, jak mogłem sobie pozwolić na takie lekceważenie ludzi. Oglądać do ostatniej chwili film fabularny, by później nie przygotowany, zdyszany znaleźć się w studiu, ledwie bełkocząc zapowiedź… Skandal!”
*
Tomasz Hopfer miał zwyczaj podawania informacji sportowych bez kartki. Budził tym powszechne zdumienie i podziw. Nie były to zapamiętane i mechanicznie wyklepane fakty. Kryło się za tym podejście pasjonata, doskonała znajomość wszystkich dyscyplin sportu, nie zaś intencja imponowania komukolwiek. Do niemal każdej wiadomości mógł dodać komentarz, wesprzeć fakt anegdotą, ustawić w historycznym kontekście. To dopiero było coś!
Sport i telewizja – dwa narkotyki, które zawładnęły nim w sposób absolutny. Gdy zszedł z bieżni jako sportowiec zaraz wrócił w nowej roli – szkoleniowca i popularyzatora. Z wielkim rezonansem spotkała się wymyślona przez niego akcja „Średniak pilnie poszukiwany”. Średniak, czyli średniodystansowiec. Trampki i kolce przywdziało wtedy tysiące młodych ludzi.
Później był „Bieg po zdrowie”. Dziś osoby biegające po ulicach nie budzą większego zdziwienia. Pierwszym przebieżkom Hopfera towarzyszyła kpina i gesty ironii. Ale uparł się i przekonał ludzi do biegania.
Imprezą jego życia był „Maraton Pokoju”. Dzień, w którym dał sygnał do startu pierwszego maratonu był jednym z najpiękniejszych jego dni.
Edward Mikołajczyk:
– Myślę, że tylko przez czyjeś niedopatrzenie ten maraton nie nosi jego imienia. Wierzę jednak, że to nastąpi.
W pewnym momencie życia uwiódł go tenis. Grał z przyjaciółmi nierzadko po kilka godzin dziennie lub w nocy. Toteż nikt się nie dziwił, gdy przychodzili z Walterem na halę o 22.00, a kończyli grę o 2.00. Sport był akumulatorem jego życia.
Mariusz Walter:
– Tomek nie znał kłamstwa na korcie, sędzia nie był mu do niczego potrzebny. Zresztą poza kortem był taki sam.
To tenisowe szaleństwo o mało co a skończyłoby się pod skalpelem. Z przeciążenia nabawił się zapalenia ścięgien powodującego niedowład ręki, czyli „choroby tenisistów”. Lekarze warszawscy proponowali operację. Innego zdania był prof. Jan Fibak z Poznania, ojciec sławnego tenisisty. Bez cięcia wyleczył rękę prezentera.
*
Telewizja uskrzydlała Hopfera i zarazem krańcowo eksploatowała. Wchodząc do studia dostawał jakiegoś napędu, niektórzy mówili, że przed kamerą unosi się w powietrzu. Takim był dla telewidzów. Doskonale znał sekret powodzenia w swojej branży.
– Wiedział jak udawać, że jest się naturalnym. To jest zresztą największa tajemnica telewizji o której mało kto pamięta, a która tworzy wielkie indywidualności. Miał luz i wdzięk i potrafił tymi atutami grać doskonale, chyba jak nikt poza nim – wspomina Maciej Wierzyński.
Równocześnie był w nim drugi człowiek, uczuciowy, nadwrażliwy i kruchy. Człowiek o starganych nerwach, owrzodzonym żołądku, poddawany stresom, lękom o każdy występ, każdy gest. Tkwił w nim strach przed potknięciem i piętno wiecznie nerwowych przygotowań do następnych programów. Obawa i bezradność wobec publicznych ocen wśród których uznanie sąsiadowało nie tak przecież rzadko z jadowitą krytyką.
Nie mógł uciec przed stresem. Popularność i sława nie były, niestety, spokojnym schronieniem ratującym nerwy i zrujnowane zdrowie. Działo się wręcz odwrotnie. Napięcie jeszcze bardziej rosło. Jedyną jego ostoją był dom.
Były takie programy, po których nie wytrzymywał. Coś pękało w człowieku i jechał do szpitala w Komorowie, by na oddziale ostrych nerwic uspokajać rozwibrowany organizm.
Miał przy tym cudowną zdolność koncentracji. Potrafił mobilizować się nawet na dwa tygodnie pracy non-stop, jak podczas Olimpiady czy Mundialu. Ale kończyło się to zawsze wielotygodniowym leczeniem. Wtedy po korytarzach w telewizji zaczynały krążyć bajki.
– A co, Hopfer znów chory?
– Ja też chciałbym tak chorować. Zbił pieniądze na Mundialu i teraz sobie leży biorąc średnią wierszówkę.
Albo:
– Wiesz, Hopfer chory – i tu następowało znaczące mrugnięcie okiem.
Nie wierzono w jego kryzysy. Nie mieściło się niektórym w głowie, że taki luz na ekranie może iść w parze ze stanami depresyjnymi.
Nieobecność na antenie rozbudzała wyobraźnię plotkarzy.
– Wie pani, Hopfer wyjechał z kochanką i czwórką dzieci za granicę – niosła wieść gminna po bazarze.
– Ależ niemożliwe, przecież przejechał staruszkę na pasach i siedzi. Kuzyn koleżanki widział go w kryminale.
– Co też pani mówi, zabił się jadąc po pijanemu samochodem i milczą, by nie było skandalu.
Co bardziej troskliwi na tę okazję telefonicznie składali żonie kondolencje.
W stanie wojennym krążyła jeszcze jedna pogłoska. Tym razem miał zostać zamordowany w ośrodku odosobnienia. A Hopfer nie był nawet internowany. Nie był osobą polityczną, nie był nigdy w „Solidarności”. Kochał sport i telewizję, i tym pasjom poświęcał swój czas.
*
Niektórzy zazdrościli Hopferowi popularności i telewizyjnego instynktu. Nie mogli się pogodzić pracą w cieniu kolegi. Wyczuwał tę atmosferę. Dziwił się, jak można w życiu zapominać o „fair play”.
W 1980 roku kierował redakcją sportową. Jako naczelny zapewniał firmie prestiż, ale nie był stworzony do administrowania. Niepotrzebnie masę energii i słabnącego już zdrowia marnował na urzędnicze obowiązki.
Przyjaciele radzili mu, by robił to co najlepiej potrafi. Był przecież oczekiwany przez telewidzów, a nie ma większego bogactwa w życiu jak być oczekiwanym w takim stopniu jak on.
Praca na kierowniczym stanowisku jeszcze bardziej nadwerężyła jego zdrowie. Nie umiał być surowy gdy trzeba było, nie umiał krytykować. Chciał mieć samych przyjaciół, a to przecież utopia.
Decyzje o powrocie do roli komentatora podjął po Olimpiadzie w Moskwie.
*
Później pogłębił się w nim i tak już znaczny stres. W sytuacji, gdy trzeba było natychmiast zająć się jedynie stanem jego zdrowia próbowano nakłonić go do występu przed kamerą. Bronił się przed tym. W telewizji leży skarga na panią Zofię Hopfer za utrudnianie kontaktu z mężem.
Zofia Hopfer:
– Musiałam go chronić bodaj dla rodziny.
Po kilku miesiącach leczenia wysłano Hopfera na rentę. Jako podstawę renty przyjęto zarobki w redakcji sportowej, co było zgodne z przepisami. A w praktyce jednak prezes Radiokomitetu na wniosek odchodzącego może rozszerzyć podstawę renty na wszystkie zarobki w telewizji i niesłychanie rzadko zdarzają się przypadki odmowy. Prośba Hopfera została jednak odrzucona, a przecież nie sport, a Studio 2 i teleranki przynosiły mu główne dochody. Przyjął to z wielkim rozgoryczeniem. Nie spodziewał się, że za wszystko co zrobił dla telewizji spotka go takie pożegnanie.
Na początku grudnia przeziębił się. Ósmego grudnia objawy choroby nasiliły się i żona zawiozła go do Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Organizm był tak wyczerpany, że podejrzewano zawał. Potem rozpoznano wirusowe zapalenie płuc, opłucnej i oskrzeli. Nikt nie mógł poznać w nim dawnej telewizyjnej gwiazdy. Na łóżku leżał wychudzony człowiek o szarej twarzy, jakby naznaczony piętnem śmierci.
Na nic zdały się wszelkie zabiegi. Dziesiątego grudnia o godzinie 3.35 już nie żył.
Mariusz Walter:
– W Polsce nie umiemy hodować kwiatów, a on był kwiatem.
Maciej Wierzyński:
– Jego życie jakoś się wypełniło. To czego nie osiągnął jako sportowiec, zdobył jako dziennikarz. Odszedł jako dojrzały mężczyzna, a przecież do końca pozostał młodzieńczy, nawet chłopięcy. Poeta powiada, że „wybrańcy bogów umierają młodo”. Ilekroć wspominam Tomka przychodzi mi na myśl to zdanie. Tacy ludzie jak on szybko się wypalają.
Jakże tragicznego wymiaru nabierają słowa, które napisał Hopfer w 1978 roku w autobiograficznym reportażu „Podrapać mikrofon”:
„Co prawda są tacy co twierdzą, że dziesięć lat spędzonych w telewizji to dwadzieścia gdzie indziej. Nawet jeśli to prawda i niedługo spakuję manatki schodząc z tego świata to per saldo i tak wyjdę na swoje”.
LESZEK RAFALSKI

