Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”, reportaż. „Szarotka szczerozłota”2026-05-05 23:12:00

W latach osiemdziesiątych reportaż wyrósł do roli głównego dania serwowanego przez "Tempo" czytelnikom. Jednym z mistrzów tego gatunku dziennikarskiego był Ireneusz Pawlik, jeden z czterech laureatów "Złotego Pióra" wywodzących się z "Tempa".

Zaprezentujemy wybór jego publikacji w gazecie z lat 1984-1998, na początek: "Szarotka szczerozłota", reportaż o Pawle Łukaszce wydrukowany w "Tempie" 17 października 1987 roku.


pawlik


Od autora

Studiowałem dziennikarstwo, gdy dowiedziałem się, że wyczynowy sportowiec Paweł Łukaszka wstąpił do seminarium duchownego. Postanowiłem, że – o ile będzie to możliwe – napiszę kiedyś o nim. Odczekałem 6 lat, bo tyle zabierało ukończenie seminarium, a ponieważ pracowałem już wtedy w "Tempie", nie musiałem szukać łamów.


Szarotka szczerozłota


A więc to naprawdę koniec? Opadł w szatni na ławkę, odłożył kij, rękawice, maskę i kask. Zamyślił się i dopiero po chwili dokończył rytuału: odwinął lepiec, którym usztywniał palce lewej dłoni sposobem podpatrzonym u Czecha Holečka, następnie ściągnął koszulkę, potem kamizelkę, odpiął parkany i rozsznurował buty z łyżwami. Jeszcze tylko spodnie, suspensorium i getry. Już nigdy nie założy tego rynsztunku?


Przed chwilą skończył się mecz pomiędzy kadrą Polskiego Związku Hokeja na Lodzie i Podhalem Nowy Targ, w czasie którego puścił 5 bramek. Nie różniły się niczym od wszystkich poprzednich – poza tym, że były ostatnimi w jego karierze. Podhale wygrało, a 19-letni wówczas bramkarz PAWEŁ ŁUKASZKA zjechał z lodu po raz ostatni.


Sześć lat później jesteśmy na pl. Słowackiego w Nowym Targu. Mieści się przy nim kościół św. Katarzyny, obok niego znajduje się Szkoła Sportów Zimowych, a poniżej hala lodowa Podhala. W promieniu stu metrów Nowy Targ zaklęty jest w symbol.


Przy placu mieszkają Łukaszkowie. Do szkoły, kościoła i na lodowisko Paweł miał parę kroków. Toteż 24 maja 1987 r. kolumna procesji ma niemal taką samą długość, jak odległość z domu Łukaszków do świątyni. Zaczyna się przy kościelnych wrotach od dzieci ubranych w powłóczyste białe szaty z niebieskimi (dziewczęta) lub czerwonymi (chłopcy) lampasami i kończy się na kapeli góralskiej, rzępolącej przy oflankowanej jodłami bramie kamienicy Łukaszków. Dekoracja trasy wiodącej do kościoła utrzymana jest w barwach biało-żółtych. Wzdłuż niej wyczekują ludzie ściśnięci w gęste szpalery.


Kiedy procesja rusza, zaczynają terkotać trzy kamery wideo. Z jedną uwija się ojciec Ireneusz, przyjaciel Pawła, franciszkanin. Pod brązowym habitem nosi błękitne dżinsy. Paweł w czarnej sutannie otoczony przez najbliższych. Pozdrawia i błogosławi znajomych: ruch ręką, skinienie głową. Uśmiech dla wszystkich, ujmujący, dobrotliwy i może nieco rzewny.


Jest już w zakrystii. Obmywa dłonie. W skupieniu odmawia modlitwę na wzbudzenie intencji. Zakłada na szyję humerał z białego płótna, potem obleka się w białą albę. Przepasuje ją sznurem cingulum. Wkłada stułę i ornat. Strój liturgiczny kapłana ma na sobie pierwszy raz.


Z czterech braci najbardziej utalentowany był Paweł. (...)* Wiadomo było jednak, że w Nowym Targu można zostać tylko hokeistą. Strój bramkarski przywdział po raz pierwszy w sierpniu 1973 r. Miał wtedy 11 lat i potem już zawsze pozostawał beniaminkiem. Był bowiem najmłodszym zawodnikiem w centralnej lidze juniorów, reprezentacji Polski juniorów (chodził wtedy do siódmej klasy), w ligowej drużynie Podhala (pierwszy tytuł mistrza Polski seniorów zdobył w wieku 17 lat) i w kadrze narodowej. Miał niespełna 18, gdy wystąpił w Lake Placid na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1980 r.


(...) W sporcie łaknął wiedzy, podobnie jak w szkole. Zofia Stopka, profesorka matematyki z liceum, chodziła na mecze i kiedy Podhale przegrało, wzywała go do tablicy. Miał z tym przedmiotem trochę kłopotów, musiał nadrabiać korepetycjami. Gdyby chodził do klas sportowych, miałby jeszcze więcej braków (w ciągu 4 lat nauki w liceum opuścił w sumie 10 miesięcy z powodu wyjazdów sportowych).


7 lat temu dojrzale tłumaczył niechęć do takiego trybu nauki (w drużynie był jedynym, który nie uczęszczał do klasy sportowej): "Chciałem iść do liceum, a potem na studia. Uczniowie kończący szkoły sportowe mają mniejszy zasób wiadomości. Wiedziałem, że załatwiono by mi przyjęcie do liceum po klasie sportowej, ale przecież mnie nie zależy na papierku, świadectwie maturalnym. Chcę coś wiedzieć, chcę solidnie się uczyć, zdać maturę, a potem normalną drogą dostać się na studia i je skończyć". Mówił też wtedy: "Imponują mi Jurek Potz oraz Andrzej Szczepaniec, którzy grając w hokeja ukończyli wyższe studia i są magistrami".


Łukaszka podziwiał także swego poprzednika w bramce Podhala – Tadeusza Słowakiewicza. Za to, że był silny i wygimnastykowany. Za to, że nie bał się krążka. Za to, że trenował z oddaniem i po treningu był najbardziej spocony ze wszystkich.


Ów wzór tak natomiast mówi o następcy: - Zawsze wiadomo było, że coś z niego wyrośnie. Trenował, choć łzy miał w oczach i ręce go bolały. Był superzdyscyplinowany, a rzemiosło bramkarskie, jak na jego wiek, opanował do perfekcji.

Henryk Gruth, kolega z reprezentacji, tak go wspomina: - Był ogromnym talentem popartym straszną pracą. Dla sportu to wielka strata, że odszedł. Zawsze świecił przykładem, choć był najmłodszy. Pomagał innym, nie trzeba go było o to prosić. O jego prawości świadczy fakt, że kiedyś w reprezentacji wykryliśmy złodzieja. Tym zawodnikiem, który zwrócił na niego uwagę i powiadomił radę drużyny był właśnie Paweł.


Trener klubowy Stanisław Fryźlewicz dodaje: - Paweł był bardzo utalentowany, każdy jego ruch był naturalny, a zarazem jakby wyuczony. Hokej miał po prostu we krwi. Był dla mnie trochę nieodgadniony, bo zawierał wszystkie najlepsze cechy, co wydaje mi się niemożliwe.


Opowiada o nim także drugi trener reprezentacji Polski Jerzy Mruk: - Zawsze mówię, że w polskim hokeju nie ma rzeczy niemożliwych: wygrywamy ze Związkiem Radzieckim i Czechosłowacją, olimpijczyk zostaje księdzem... Szkoda, że straciliśmy takiego zawodnika. Przez 10-15 lat mógł grać w reprezentacji, pobiłby wszystkie rekordy. Paweł mógł wejść na lód w każdej chwili, gdyż odznaczał się odpornością psychiczną, potrafił się wspaniale skoncentrować. Był dobrym duchem reprezentacji, wyróżniał się serdecznością, koleżeńskością i uczynnością. Dla dobra sprawy mógł mieszkać z każdym członkiem drużyny. Cementował zespół, choć był najmłodszy.


St. Fryźlewicz: - Były owszem wcześniej pojedyncze przypadki, że hokeiści Podhala będąc na wyjazdach chodzili do kościoła. Ale na dobre zaczęło się to dopiero wtedy, gdy do drużyny dołączył Paweł. Było to nawet dziwne, że tak poddawali się najmłodszemu. (...)


W czasie mistrzostw świata grupy B w Val Gardenie wysłał telegram do papieża z pozdrowieniami od polskich hokeistów. Po czterech dniach nadeszła odpowiedź z błogosławieństwem i życzeniami sukcesu (przegraliśmy jednak wówczas awans do grupy A z Włochami). Skserowali ją w 30 kopiach. Gdy o tej odpowiedzi dowiedzieli się dziennikarze, włoskie gazety lokalne zaczęły pisać, że w reprezentacji Polski jest ksiądz. Żurnaliści utwierdzili się jeszcze bardziej w tym przeświadczeniu, gdy wypatrzyli, że w pokoju Łukaszka miał krzyż i czarny modlitewnik. Hotel, w którym mieszkali nosił nazwę Angel.


W wiosce olimpijskiej w Lake Placid znajdowała się kaplica, w której msze katolickie odprawiał zamieszkały w USA ksiądz Julian Szumilko, którego babcia była Polką. Nasz bramkarz i tam służył do mszy, razem z łyżwiarką szybką Erwiną Ryś-Ferens śpiewali psalmy. Żarliwie modlił się przed meczami: - Nigdy nie prosiłem o zwycięstwo, gdyż nie należy używać Boga do celów utylitarnych, lecz o ustrzeżenie przed nieszczęściem.


pawlik


- Zawsze wyglądało na to, że może zostać księdzem – przypomina sobie reprezentant Polski Andrzej Zabawa. - Raził go nasz sprośny humor w szatni, jego pokój emanował czymś wzniosłym, woził ze sobą krzyż.


Zaprawdę, decyzja była zaiste niezwykła; w polskim sporcie, ba, w światowym – wyjątkowa. W poszukiwaniu jej źródeł i na pytanie: dlaczego? - nie sposób udzielić jasnej odpowiedzi. To sfera mistyki i metafizyki. Być może czytelnik pojmie to intuicyjnie, na podstawie zawartych tu przekazów.


Pomóżmy tylko takim wyznaniem księdza Łukaszki: - Byłem niespokojny, czy nie wybieram łatwiejszej drogi. Może dlatego porzuciłem hokej, gdyż wolałem dawać ludziom nie ulotne wrażenia, lecz to, co nieprzemijające. Będąc w 1979 roku w Związku Radzieckim, konkretnie w Rydze na Łotwie, dowiedziałem się, że jest tam kościół katolicki. Mszę odprawiał arcybiskup, który niedawno został podniesiony do godności kardynała. Oprócz nas, hokeistów, byli na mszy tylko ludzie starzy. I właśnie jakiś starzec zemdlał, ale tak, że Jurek Potz i Henio Gruth zdążyli go złapać. Modliłem się i wtedy pomyślałem: gram, po meczu młodzież przychodzi po autografy, a potem je kiedyś wyrzuci. I widząc tych starców w Rydze, pomyślałem jeszcze, że młodzieży trzeba zaszczepić wartości trwałe. To jest chyba moja motywacja: przekazywać trwałe wartości, głosić orędzie dobrej nowiny.


Tadeusz Słowakiewicz: - To, że pójdzie na księdza, mówił zawsze, ale nikt mu nie wierzył, podśmiewaliśmy się nawet z tego. Po zdobyciu wicemistrzostwa Polski w 1980 roku, na zgrupowaniu w Cetniewie zakomunikował to jednak poważnie. I chyba zrobił słusznie. Ma typowe cechy księdza: jest prawdomówny, łagodny i zgodny. Zawsze wszystkich godził. Nie potrafił skłamać nawet w żartach. Wszyscy, którzy myśleli, że są nabierani przez innych, pytali się Pawła o prawdę. Mówiło się: nie wierzysz, to spytaj Pawła.


W sezonie 1980/81 decydujący o mistrzostwie Polski mecz Podhala z Zagłębiem Sosnowiec odbywał się w Nowym Targu. Zagłębie prowadziło już 2-0, gdy przez obronę Podhala przedarł się Andrzej Zabawa i oddał strzał. Choć był prawym napastnikiem, tym razem nadjeżdżał z lewej strony i strzelił tak sprytnie, że krążek przeleciał Łukaszce między szyją i "łapaczką", trafił w okienko bramki, przerwał w niej siatkę i wypadł poza bramkę. Sygnalizator goli nie zapalił światełka, a sędzia Bogdan Tyszkiewicz też nie zauważył.


Zabawa podjechał do Pawła i krzyknął: - K..., jesteś ministrantem czy nie, przyznaj się!


I Paweł się przyznał. Koledzy klubowi rzucili się w jego stronę, jakby chcieli go pobić. Trener Fryźlewicz zdjął go z lodu i zastąpił Słowakiewiczem, który rozegrał wtedy jeden z życiowych meczów, a Podhale wygrało.


- Wiele wskazywało, że poświęci się kapłaństwu – powiada Fryźlewicz. - W kościele przebywał o wiele dłużej i częściej niż inni ministranci. Jeśli kościelny był chory, potrafił wstawać o 4 rano i przygotowywać wszystko do mszy. I to, co zrobił potem, było logiczne, choć niektórzy wątpili, czy wytrzyma. Ale mówili to tylko ci, którzy go słabo znali. Ja osobiście wiedziałem, że dotrwa. Nie było jeszcze przed nim takiego przypadku rezygnacji ze sportu. Nikt normalny nie zgodziłby się zaprzepaścić tak wiele z tego, co osiągnął Paweł. Niektórzy ludzie nie mogli pogodzić się z tym, że odchodzi z hokeja. Byli i tacy, którzy uważali, że tak nie wolno, że klubowi i reprezentacji coś się od niego należy. Wielu nie mogło uwierzyć, że człowiek tak żywotny może przeistoczyć się w jowialnego księdza. Sportowiec często ma takie cechy, które księdzu nie przystoją. Ale nie jest to przypadek Pawła. Może nawet niekiedy sport jest dobrym przygotowaniem do kapłaństwa – uczy bowiem cierpliwości i systematyczności.


(...) Wstąpił do seminarium duchownego, do Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Tliła się jednak w jego sercu sportowa tęsknota: kiedy tylko przebywał w Nowym Targu, przychodził wieczorem na lodowisko, zakładał łyżwy i ćwiczył z bramkarzami. Juniorzy młodsi to prawie jego – na spółkę ze Słowakiewiczem – wychowankowie. Ciągnęło go do sportu i dlatego przez jeden sezon bronił bramki w rozgrywkach ligi piłkarskiej, w których bierze udział 17 zespołów reprezentujących seminaria i zgromadzenia zakonne. Rozgrywki te zainicjował i ufundował puchar kardynał Karol Wojtyła, który w młodości też przecież strzelał bramki w Wadowicach. (...)


Alumn Łukaszka był gorszym bramkarzem piłkarskim niż hokejowym, a do gry w polu na bocznych boiskach Cracovii i Juvenii nie starczało mu kondycji. I to był dopiero prawdziwy koniec czynnego uprawiania sportu przez Pawła.


Jak cudne są jednak wspomnienia... Twarz księdza rozjaśnia się i promienieje (nazywano go wszak "słonecznym chłopcem"), gdy mówi o bezpowrotnie minionej przeszłości: - Wszystko chciałem robić szczerze, uczciwie, z zapałem, jak najlepiej. Chciałem odkryć sens tego, co robiłem. Chciałem być zadowolony z gry. W czasie meczu nie deprymowały mnie błędy – zawsze myślałem o tym, co będzie dalej. Analizowałem dopiero po meczu, gdyż w trakcie musiałem skupić się na błyskawicznie następujących po sobie akcjach. Chciałem dopracować się stylu bramkarzy kanadyjskich, którzy są szóstymi graczami na lodzie. Chodzi o to, żeby jak najmniej wstrzymywać grę, najkrócej przetrzymywać krążek, od razu podać go tak, aby rozpocząć atak. Marzyłem o tym, żeby grać w Kanadzie, choćby jeden sezon. Nie myślałem o apanażach, chciałem tam tylko grać, żeby zobaczyć, nauczyć się czegoś. Gra w hokeja unaoczniła mi sens pracy nad sobą. Nie można załamywać się, nie wolno tracić ufności w to, że człowiek jest zdolny pokonać największe przeszkody, przebrnąć przez wszystkie szczeble wtajemniczenia. Bez względu na to, jakie będą upadki, zawsze można się z nich wydźwignąć. Poznałem dzięki sportowi wielu ludzi, wielu postaw doświadczyłem. Nie tylko dobrych, ale i złych. Lecz i te drugie są dobre, bo ostrzegają. Dawniej oczywiście tak nie myślałem, człowiek zdobywa samoświadomość z czasem. Dlatego tak ważny jest dla młodego sportowca trener, który powinien być przewodnikiem życiowym, powinien pomóc zawodnikowi w tym, do czego on dąży. Jako ksiądz, jako pedagog chciałbym być takim dobrym trenerem.


Jaki jest stosunek ojców Kościoła do sportu? - Wypowiedzi na temat sportu jest niewiele. Święty Paweł w pierwszym liście do Koryntian pisał: tak biegnijcie, abyście otrzymali wieniec chwały niewiędnącej. Albo: w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, a na koniec odłożono dla mnie wieniec chwały. Oraz: tak ćwiczę swoje ciało, żeby uczynić go sobie poddanym. Święty Paweł bywał widzem zawodów sportowych i dlatego używał analogii z biegami lub walkami zapaśników. Ojcowie święci, jak Jan Paweł II, wypowiadali się niekiedy o sporcie, lecz czynili to incydentalnie. Nigdy jednak ta dziedzina życia nie była przedmiotem analiz, dokumentów papieskich itd. Kapłani, ludzie Kościoła nie uprawiali go bowiem wyczynowo, nie potrafią go więc docenić. A sport przecież bardzo wpływa na młodzież, na dzieci. Doceniają zaś rekreację. (...) Analogii ze sportem można znaleźć więcej. W życiu duchowym, religijnym też przecież chodzi o dążenie do doskonałości, też trzeba żmudnie ćwiczyć, aby ją osiągnąć. I tu, i tam są wzorce osobowościowe do naśladowania lub unikania. Można dokonać i takiej żartobliwej ekstrapolacji i powiedzieć, że bramkarz broniąc swojej świątyni, daje z siebie wszystko, ażeby to jego sacrum za plecami nie zostało sprofanowane.


Trwa msza prymicyjna. - Niech Duch Święty dalej udziela Ci swojej światłości, abyś swoją posługą kapłańską pomagał ludziom odnajdywać nadzieję, olimpijskie piękno, dobroć serca i głębię duszy. Zwłaszcza tym niepewnym sensu swojego życia na ziemi – składa życzenia sąsiad i kibic Wiktor Sowa.


Potem znów formuje się procesja, która zmierza do hali lodowej, gdzie na rozmrożonej tafli przygotowano przyjęcie. Stołami zastawiono pół lodowiska, do pierwotnie przygotowanych 670 krzeseł wciąż trzeba dostawiać następne – wydano ponad tysiąc obiadów. Matka Pawła przyznała jednak, że więcej napracuje się zwykle przed świętami. Mnóstwo ludzi pomagało bowiem bezinteresownie: gospodynie, kelnerki; znajomi oddawali swoje karki na deficytowe produkty. Przygrywała kapela góralska Śwarni, która zaraz po prymicjach wyjechała na występy do Francji.


Paweł Łukaszka chciał tak to wszystko urządzić, żeby przyjęcie stało się wielkim spotkaniem hokejowych pokoleń. Są więc na lodowisku zawodnicy "starego" (nie ma tylko chorego Tadeusza Kacika) i "nowego" Podhala, reprezentanci Polski z innych klubów (m.in. Henryk Gruth i Ludwik Synowiec). Jest Józef Batkiewicz, który przyjechał specjalnie z RFN, gdzie ciągle jeszcze gra. (...) Jest sędzia Bogdan Tyszkiewicz, komentator Stefan Rzeszot (miesiąc później niestety zmarł) i trenerzy: Czesław Borowicz, Jerzy Mruk...


Ustawiają się w rzędzie z prezentami. Bronisław Smoleń ofiarował Pawłowi 50 miniaturowych kijów hokejowych z napisem "Ksiądz Paweł Łukaszka. Prymicje '87" (...); koledzy z Podhala cacko jubilerskie z krążkiem, kijem, szarotką szczerozłotą i wygrawerowaną na marmurowej podstawce inskrypcją "Bądź najlepszym obrońcą dzieła Bożego".


- Tum się rozpłakał, a przecież ani jedna łza mi nie spadła, kiedym wcześniej błogosławił w czasie mszy rodziców. Człowiek jest niestety miękki – powiedział później ksiądz i taki roztkliwiony przyjmował następne dary (...).


IRENEUSZ PAWLIK


Przypis

* (...) - oznaczenie tego i dalszych skrótów poczynionych w 2025 r.


Posłowie z 2025 r.

Powyższy tekst doceniono także w pismach konfesyjnych, gdzie uwypuklano zwłaszcza to, że sprawozdanie z prymicji księdza oraz fragmenty o religijności sportowców i miejscu sportu w chrześcijaństwie wydrukowano w gazecie świeckiej, co w tamtych czasach było ewenementem.


pawlik

pawlik

"Tempo" w numerze z 31.10.1987 poinformowało, że Ireneusz Pawlik został najmłodszym laureatem "Złotego Pióra"


0_1_dsc_0514_szarotka.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty