DZIŚ. Kwiecień 2025 r.
W chwili gdy piszę te słowa mam 60 lat i coraz bardziej koncentruję się na dniu dzisiejszym. Oczywiście, że mam plany, ale wyznacza je coraz częściej świadomość kruchości życia i ich perspektywy są coraz krótsze…
Przed dwoma laty pożegnałem dwu wybitnych dziennikarzy „Tempa”, ale przede wszystkim bliskich mi ludzi: Krzysia Mrówkę i Ryszarda Niemca. Krzysiek był moim Przyjacielem, a Ryszard Niemiec Nauczycielem. Nigdy im tego nie powiedziałem i nie podziękowałem za zaszczyt, że mogłem ich poznać, uczyć się od Nich nie tylko rzetelnego dziennikarstwa, ale też zwykłej ludzkiej dobroci i przyzwoitości. Ci co znali Krzysztofa nie będą mieć trudności z przyswojeniem i zrozumieniem poprzedniego zdania, w przypadku Ryszarda Niemca mogą jednak pojawić się pewne kontrowersje, bo On sam dobroci zapewne nie wymieniłby nawet w pierwszej dziesiątce swoich atutów…
W Jego przypadku warto pomyśleć więc o rozszerzeniu definicji dobroci, powszechnie kojarzącej się z altruizmem połączonym z ofiarnością i życzliwością, o dodatkowe wartości jakimi Redaktor kierował się w swoim zawodowym życiu. Dziennikarska Dobroć w jego Wykonaniu nie oznaczała głaskania po głowie i zachęcania do pisania, ale wręcz przeciwnie - na pokazaniu każdemu z nas braków, ograniczeń, lenistwa, tendencji do chodzenia „na skróty”. Mając zaszczyt uczestnictwa, w grupie kilkudziesięciu wychowanków Redaktora Niemca - dla większości z nas w pożegnalnym z Nim spotkaniu, bo miesiąc przed Jego śmiercią - i słuchając Jego ostatnich, skierowanych do Nas słów o tym, że jest z nas dumny przypomniałem sobie ze szczegółami kilka momentów spędzonych w „Tempie” i z ludźmi „Tempa”, które w dużej mierze ukształtowały moje zawodowe życie.
DAWNIEJ. Październik 1986 r.
Na każdym odwiedzającym monumentalny gmach przy ul. Wielopole 1 w Krakowie robi on duże wrażenie. Wchodzimy do obszernego, otwartego na cztery poziomy holu, a każdy z poziomów obwodzi otwarta do wewnątrz galeria. Budynek został zbudowany w latach 1920-1922 pierwotnie jako nowoczesny Dom Handlowy. Już w połowie lat 20-tych budynek odkupiła Spółka Wydawnicza pod siedzibę redakcji i drukarni „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, jednej z najważniejszych ogólnopolskich gazet II RP i kilku innych krakowskich tytułów.
W czasie okupacji był siedzibą polskojęzycznej gadzinówki „Goniec Krakowski”, a już miesiąc po wyzwoleniu Krakowa znalazł tu swoje miejsce „Dziennik Polski”. Później stał się siedzibą czterech redakcji, z których trzy były lokalne: „Gazeta Krakowska”, „Dziennik Polski”, „Echo Krakowa”, a jedna ogólnopolska, być może symbolicznie usytuowana najwyżej, bo na 4. piętrze - „Tempo”.
Kilka dni przed moimi 22. urodzinami wjechałem na to piętro windą towarowo-osobową. Osobiście nie znałem wtedy nikogo z redaktorów „Tempa”, ale gazetę, ukazująca się wówczas tylko trzy razy w tygodniu (poniedziałek, czwartek, sobota) czytałem od października 1983 roku, od przysłowiowej „deski do deski”.
Wcześniej „Tempo” kupowałem rzadko, ponieważ w moim rodzinnym Wrocławiu, z którego do Krakowa przyjechałem w 1983 roku studiować historię sztuki, królował katowicki „Sport” dostępny na Dolnym Śląsku w dniu wydania. „Tempo” docierało nawet z dwudniowym opóźnieniem i w bardzo niewielkim nakładzie.
Podejmując studia w Krakowie, a nie w rodzinnym Wrocławiu, miałem w planie drugi kierunek: dziennikarstwo, które, tak wtedy myślałem, pozwoli mi aplikować w przyszłości o etat redaktora w gazecie sportowej, bo sport był moją wielką pasją.
Życie, jak to zwykle bywa, zweryfikowało te plany. W czasie moich studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim nie było kierunku „dziennikarstwo”, jedynie specjalizacja w ramach nauk politycznych, których studiować w owym czasie nie zamierzałem. Być może praca w „Tempie” byłaby tylko młodzieńczym marzeniem, gdyby nie porada mojej ówczesnej dziewczyny, a od 38 lat żony, żeby osobiście udać się do siedziby redakcji i zapytać o możliwość współpracy. Po wyjściu z windy pierwsze kroki skierowałem w stronę sekretariatu, a z niego, po przedstawieniu powodu mojej wizyty zostałem skierowany do pokoju, w którym urzędowali Sekretarze Redakcji. Mimo zdenerwowania zauważyłem, że pracująca w sekretariacie kobieta nie wykazała większego zdziwienia przybyciem niezapowiedzianego młodzieńca, a jego prośbę o rozmowę w sprawie nawiązania współpracy potraktowała z życzliwym i wyrozumiałym uśmiechem.
W pokoju redaktorów zastałem kilku mężczyzn, jak oceniłem, 10-15 lat starszych ode mnie. Oni też bez zdziwienia wysłuchali monologu o tym, że „kocham sport i chciałbym w przyszłości zostać dziennikarzem „Tempa”, a na razie mogę, bez wynagrodzenia, wykonywać wszystkie prace jakie mi zlecą”. W miarę jak mówiłem na ich twarzach pojawiał się uśmiech, a po zakończeniu mojej kwestii wszyscy się roześmiali. Zanim zdążyłem dokonać w myślach analizy co tak naprawdę ten śmiech oznaczał jeden z sekretarzy zaprosił mnie do odwiedzenia, za kilka dni, podczas niedzielnego dyżuru, drukarni prasowej przy al. Pokoju 3 obiecując, że „coś się dla mnie znajdzie”.
Tak rozpoczęła się moja PIERWSZA przygoda z „Tempem”, trwająca do maja 1990 r. W tamtych czasach (wymóg wyższego wykształcenia - studia ukończyłem w 1988 roku) i realiach wydawniczych (wydania trzy razy w tygodniu, ograniczona ilość etatów redakcyjnych) cierpliwie musiałem czekać na etat redaktora, terminując w korekcie i walcząc o jak największą ilość drukowanych tekstów. Celowo piszę „walcząc”, bo konkurencja do zapełniania kilku (8-12 stron) gazetowych stron, była ogromna i o każdą szpaltę rywalizowałem z prawdziwymi dziennikarzami „wagi ciężkiej”, z których większość miałaby pewne miejsce w najlepszych, nie tylko „sportowych”, zespołach redakcyjnych całej Polski.
Z „Tempa” odszedłem w momencie, gdy już prawie zrealizowały się moje marzenia. Miało się to łączyć z powrotem do rodzinnego Wrocławia, gdzie miałem zastąpić w roli dolnośląskiego korespondenta redaktora Stanisława Machowskiego, który właśnie odchodził na emeryturę. Żona Renata, rodowita krakowianka, poślubiona w marcu 1987 roku i też pomagająca mi czasem na korektorskich dyżurach, godziła się na wspólny wyjazd, ale gdy pojawiła się dla nas obojga perspektywa pracy na stanowiskach menedżerskich w dużej krakowskiej firmie prywatnej, zdecydowałem się, przynajmniej na jakiś czas, na rezygnację z młodzieńczych marzeń. Na odchodnym, jeden z sekretarzy redakcji, który był świadkiem mojej pierwszej wizyty w „Tempie” wyjaśnił mi dlaczego wszyscy śmiali się po mojej nerwowej przemowie wygłoszonej podczas pierwszej wizyty w Redakcji: „doszliśmy do wniosku, że możesz się nadać i, bo większość z nas tak właśnie zaczynała”. Nie pamiętam czy te słowa powiedział Wojtek Olszówka, czy Rysiek Kołtun, ale zapamiętałem je na całe życie.
DAWNIEJ. Marzec 1987 r.
Wieczór kawalerski przed planowanym na 21.03.1987 r. ślubem zorganizowałem w wynajmowanym mieszkaniu przy ul. Solskiego (obecnie św. Tomasza) tuż przy krakowskim Rynku, zapraszając najbliższych, poznanych w czasie kilku zaledwie miesięcy mojej pracy w korekcie gazety, kolegów.
Praca odbywała się w drukarni przy Alei Pokoju, głównie w niedzielne oraz środowe wieczory i noce, a najbliższymi towarzyszami byli Adam Kasprzycki (korekta), Rysiek Sobolak (zecer/metrampaż, redaktor techniczny), Krzysiek Mrówka (redaktor techniczny) oraz Marek Latasiewicz i Jurek Cierpiatka, koordynujący bardzo często odbiór meczowych sprawozdań od lokalnych korespondentów „Tempa” z całej Polski. Była to trudna funkcja, gdyż kontakt z osobami relacjonującymi przebieg sportowych zmagań w Polsce odbywał się za pomocą telefonu łączonego przez centralę. Od sympatii telefonistek tam zatrudnionych (ten zawód był całkowicie sfeminizowany), zależała szybkość i jakość połączenia ze sprawozdawcą.
Jurek jako wytrawny dziennikarz potrafiący pomagać często mało doświadczonym korespondentom w opracowaniu ostatecznej wersji sprawozdania, sprawdzał się w roli telefonicznego koordynatora doskonale. Marek Latasiewicz, redakcyjny specjalista od piłki nożnej, nie tylko doskonale uzupełniał Jurka na polu dziennikarskim (szczęśliwie żonaty z piękną Małgorzatą, innych kobiet nie adorował), ale też na piłkarskim boisku, gdzie obaj byli postrachem bramkarzy wszystkich dziennikarskich zespołów z całej Polski mierzących się z czołowym w tamtym czasie teamem „Tempo”.
Podobną do Jurka i Marka rolę, choć kierowaną do całkowicie innego grona osób – linotypistów, zecerów, metrampaży pełnił Rysiek Sobolak. Zawsze czujny, opanowany, potrafiący dowcipem rozładować każdą stresująca sytuację. Pracownik drukarni, którego umiejętności i doświadczenie były doceniane przez każdą redakcję zawsze sercem ciążył w stronę „Tempa” i przez wszystkich traktowany był jako redakcyjny kolega. Często pełnił podczas dyżurów funkcję redaktora technicznego.
Krzysiek Mrówka - świetny dziennikarz, najlepszy w tamtym okresie w Polsce specjalista od ligi angielskiej również był nieocenionym towarzyszem dyżurów. Wszędzie było go pełno, mimo potężnej postury krążył zwinnie niczym baletmistrz pomiędzy pokojami redakcyjnymi, depeszowcami, stołami zecerskimi, pokoikiem korekty i linotypami. Często zostawałem razem z Krzyśkiem aż do momentu wydruku próbnych egzemplarzy gazety. Sprawdzaliśmy, w ciągu zaledwie kilku minut, strona po stronie czy wszystko jest OK. Na poprawę ewentualnych drobnych literówek nie było już czasu - Krzysiek brał do ręki małe dłuto i lekko uszkadzał literę/sylabę na ołowianej matrycy. Wtedy poznałem kto/co kryje się za pojęciem „chochlik drukarski”.
Piątą z zaproszonych osób był Adam Kasprzycki. Z wykształcenia i zawodu wykonywanego do przejścia na emeryturę - geodeta, z pasji kibic/statystyk, a z racji charakteru wspaniały i uczynny człowiek. Z tej piątki zostało już tylko trzech. Pierwszy, dwie dekady temu, odszedł na „pozaziemski redakcyjny dyżur” Rysiek Sobolak, w grudniu 2022 r. dołączył do niego Krzysio Mrówka. Z pozostałą trójką już od ponad 35 lat wciąż trzymamy się razem, w tzw. międzyczasie notując zmianę statusu z koledzy na PRZYJACIELE.
DAWNIEJ. Styczeń 1993 r.
Siedzę w gabinecie redaktora naczelnego Ryszarda Niemca, naprzeciw Szefa, któremu dwa razy wcześniej odmówiłem powrotu do „Tempa” w 1992 roku. Za drugim razem na odchodnym powiedziałem, że „nie wraca się dwa razy do tej samej wody”. Redaktor Niemiec zapamiętał te słowa i zacytował je w momencie, kiedy poprosiłem o możliwość pracy. Nie zdążyłem wytłumaczyć dlaczego zmieniłem zdanie, gdy usłyszałem słowa „wracasz, ale na moich warunkach… Są proste: oferuję ci Artur krew, pot i łzy”. Za tymi słowami kryła się oferta pracy w nowo tworzonym dziale marketingu, którego kierownikiem nie chciałem zostać pół roku wcześniej, a teraz miałem dołączyć jako szeregowy pracownik.
Do tego z bardzo niską pensją ok. 6 razy niższą niż moja ostatnia wypłata jako menedżera dużej firmy prywatnej. Możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy była uzależniona od wartości przyniesionych do gazety reklam, a jak się okazało próg powyżej którego należała się prowizja nie był wcale niski i trzech nowych kolegów przekraczało go nieznacznie.
Pokój, w którym „urzędował” dział marketingu i reklamy znajdował się na poddaszu budynku przy ul. Wielopole 1 i miał powierzchnię ok. … 6 m2. Mieściły się tam cztery krzesła i dwa biurka, a na jednym z nich stał aparat telefoniczny, z którego „wyjście na miasto” było łączone przez centralę telefoniczną w dyżurce budynku. Nie miałem swojego biurka, dostępu do telefonu, ani pomysłu jak zabrać się do pracy. Z trudem przyjmowałem do wiadomości, że od dziś mam docierać do dyrektorskich gabinetów takich osób jak ja w poprzedniej pracy, w roli akwizytora oferującego reklamę w gazecie, która do tej pory na rynku reklamowym nie istniała.
Między moim odejściem z gazety w czerwcu 1990 r. a powrotem w lutym 1993 r. w „Tempie”, podobnie jak na krakowskim rynku prasowym, wydarzyły się duże zmiany. „Gazetę Krakowską” oraz „Tempo” kupił od RSW koncern francuskiego magnata prasowego Roberta Hersanta. W redakcji pojawiły się komputery, zatrudnienie znaleźli graficy komputerowi. Na rynku, po zmianie ustroju, pojawiło się mnóstwo małych, prywatnych firm i prasa codzienna była dla wielu z nich stosunkowo tanim i efektywnym kontaktem z potencjalnymi klientami. Z dużą satysfakcją wspominam, że dzięki ciężkiej pracy i pomysłom udało mi się już w pierwszym miesiącu pracy przekroczyć wymagany do pozostania na etacie „pułap” reklamowy o… 300% i dzięki uzyskanym z tego tytułu prowizjom przeskoczyć na liście płac… Redaktora Niemca.
Niestety, nie byliśmy wtedy, jako redakcja, gotowi na zmiany organizacyjne, które były niezbędne dla obsługi dużej liczby reklamodawców. Reklamy zabierały powierzchnie przeznaczone na teksty, co nie podobało się dziennikarzom, graficy komputerowi narzekali, że ich wynagrodzenia nie obejmują projektów graficznych, budowlany dodatek „Buduj z Tempem”, przygotowywaliśmy nocami, a z powodu kłopotów z cenami i dostawami papieru gazetowego, jego los i opłacalność ekonomiczna zawsze były niepewne do samego momentu druku…
To wszystko przyczyniło się do zakończenia mojej przygody z „Tempem” w czerwcu 1994 roku. Było to moje ostatnie miejsce pracy etatowej. Od jesieni 1994 roku zacząłem redagować i wydawać gazety budowlane, w których starałem się wykorzystywać wszystkie umiejętności (dziennikarskie, techniczne, marketingowe), które zdobyłem w „Tempie”. Gazety wydawałem do 2014 roku, zawsze pamiętając słowa mojego przyjaciela z korekty „Tempa” Adama Kasprzyckiego wypowiedziane w latach 80-tych przy okazji dyskusji o merytorycznej zawartości któregoś z numerów „Tempa”: „Jak będziesz miał swoją gazetę, to będziesz miał wpływ na jej treść”.
Miałem taką możliwość w ponad 200 wydaniach: „Krakowskiego Przeglądu Budowlanego” i „Krakowskiego Cennika Materiałów Budowlanych”, których byłem wydawcą i redaktorem naczelnym.
DZIŚ. Kwiecień 2025 r.
Zbliża się termin wysłania tych kilku wspomnieniowych stron. Za oknem coraz bardziej zielono i coraz cieplej. Myślę, że maj będzie dobrym miesiącem do spotkania z Adamem Kasprzyckim, Jurkiem Cierpiatką, Markiem Latasiewiczem, Anią Brzeszczak (wspólna praca w korekcie i wieloletnia przyjaźń) oraz innymi bliskim towarzyszami redakcyjnych dyżurów Ryśkiem Kołtunem i Wojtkiem Batko. Już cieszę się na to spotkanie, mając świadomość, że mimo upływu wielu lat wciąż pozostali takimi ludźmi jak dawniej: pełnymi pasji, ambitnymi i utalentowanymi.
Każdy z nich, podobnie jak ja, ma świadomość, że likwidacja „Tempa” ponad 20 lat temu na skutek „wrogiego przejęcia”, w chwili jego największego rozkwitu, miała z pewnością wpływ na ich drogę zawodową. Być może nie zrealizowali swoich planów, marzeń, nie weszli na te dziennikarskie szczyty, do których byli predysponowani. Walczyli jednak dzielnie i do końca tak, jak bohaterowie kultowej serii reportaży „Tempa” w latach 80-tych XX wieku, pod jakże znamiennym dziś tytułem „Gloria Victis”…
ARTUR KROCHMAL