Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
Z DOMIESZKĄ RETRO (65), Mundial z Krakowa (10)2026-07-20 21:10:00

Argentyno, puknij się w głowę…


Omal skoro świt dostałem pytanie, akurat od kobiety, czy jestem zadowolony z wczorajszego finału? Odpowiedziałem, że z meczu nie, ale z wyniku jak najbardziej. Wydaje się, iż ten pogląd poza Buenos Aires i okolicami podziela cały świat.


Zaczynam od Argentyny, bo to ona dokumentnie spieprzyła widowisko, które miało być świętem futbolu. W istocie zaś ukazało jego najgorsze oblicze. A jakby rozrywek było za mało, już po końcowym gwizdku podjęto próbę mordobicia. Celował w tym Leandro Paredes, choć w werbalnym wymiarze wcale nie chciał być gorszym od niego Nicolas Otamendi. W Buenos stawiają kwestię: kto i dlaczego zrobił nam, i to akurat w finale, krzywdę? Odpowiedź jest po mojemu prosta: to Argentyna skrzywdziła samą siebie. Chciała, więc dała się opętać demonom walki za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Za to, poza desperacją okazaną w ostatnich fragmentach dogrywki, bez użycia piłki. Ona stanowiła zupełnie zbędny atrybut meczu. Akurat piłkarskiego.


Gdyby, choćby całkiem pobieżnie, prześledzić zmienne losy Latynosów w meczach decydujących o czteroletnim panowaniu nad światem - czarno na białym wynika z tej analizy, że na takim podejściu do sprawy wychodzi Argentyna fatalnie. A przecież bywało w przeszłości zupełnie inaczej. W 1978 roku w apogeum formy, niestety prawie tak krótkim jak siedemnaście mgnień wiosny, znalazł się Mario Kempes. Osiem lat później na absolutne wyżyny wzniósł się Diego Maradona, był boski. W poprzednim mundialu to samo dotyczyło Lionela Messiego, w kapitalnym stylu poprowadził Argentynę do zasłużonego, choć jednocześnie szczęśliwego triumfu nad Francją. W, bez żadnej przesady, finale marzeń.


Mnie wczorajszy mecz kojarzył się z zupełnie innym finałem. Wtedy, w lipcu 1990 roku, siedziałem w Rzymie na trybunach Stadio Olimpico. Byłem więc naocznym świadkiem nieudanej próby dintojry drużyny Carlosa Bilardo na podopiecznych Franza Beckenbauera. Skończyło się, Bogu dzięki, „tylko” na dwóch czerwonych kartkach i późno wykorzystanym przez Andreasa Brehmego rzucie karnym. Od wczoraj wiemy, że tamta nauka poszła w las. Enzo Fernandez wyleciał z boiska najpierw, knajacki suplement dołożył Paredes.


Wynikowo, w mocno podobnych okolicznościach, w New Jersey mieliśmy kopię Rzymu. Żałować tego? Nigdy w życiu. Cieszyć się, że ostatecznie okazała wyższość jedyna drużyna na placu, która chciała uprawiać futbol? Jak najbardziej. Radości towarzyszył głęboki oddech ulgi. Gdy zdecydowanie lepsza Hiszpania pod koniec dogrywki postanowiła sama wpędzić się w kłopoty. Po jaką cholerę? I kto to zrozumie? Tak samo jak bezsensownego pomysłu Nico Williamsa, który zamiast asysty na 2-0 wybrał dokładnie najgorszy moment na uskutecznianie sztuczki technicznej.


Łzy Messiego po ostatnim gwizdku pewnie każdego by wzruszyły, gdyby nie pewien szkopuł. Chodzi o przebieg meczu, w którym chwilę wcześniej doszło do totalnej kompromitacji „Albicelestes”. Argentyna nie była wczoraj warta uronienia choćby łezki, okoliczności łagodzących nie ma żadnych. Paradoks, że reakcja bez wzruszeń, po prostu co najwyżej chłodna, albo i nawet całkiem obojętna dotyczyła wielkiej postaci. W mym głębokim przekonaniu najwybitniejszego gracza wszech czasów.


Wczoraj Messi w powodzi notorycznie popełnianych fauli przez kolegów sam utonął. Trochę zaczęto korzystać z jego magii dopiero w sytuacji skrajnie podbramkowej, w desperackiej pogoni za uciekającym czasem. Nie jest tak, że Lionela nie dało się w przeszłości zneutralizować. Kapitalnie pokazał to niemiecki „Mannschaft” podczas mundialu w RPA, gdy z użyciem wyłącznie dozwolonych środków, na bazie świetnej organizacji gry defensywnej, skazano Messiego na niebyt.


W niedzielny wieczór mieliśmy jednak zupełnie inną sytuację. Hiszpania, niewątpliwie przygotowana na ewentualny wariant z Messim traktowanym jako zagrożenie śmiertelne, wcale nie została zmuszona do podejmowania nadzwyczajnych kroków. Bo Argentyna ją z tego obowiązku zwolniła, wyborem szemranych metod, a z piłką odrzuconą w diabły. Była to „strategia” furiatów, a nie drużyny przecież bez wątpienia doskonałej. Tylko, że nie przy takim podejściu do sprawy. Próbie obronienia Pucharu Świata bez używania futbolówki. Czysta paranoja…


Choć jednocześnie przyznać trzeba, że Argentyna i tak sprawiła Hiszpanii wyraźnie większy kłopot niż absolutnie bezradna Francja. Czy drużynę Luisa de la Fuente plasować na samym topie mundialowych względnie europejskich dokonań poprzedników? Wybrańców Luisa Aragonesa czy Vicente del Bosque, którego śladem podążył teraz de la Fuente? To zawsze pozostanie kwestią gustu. Mnie osobiście bardziej odpowiadały poprzednie, ale też mistrzowskie wersje reprezentacji, którą na szczęście często ogląda się z zapartym tchem. Zwłaszcza, jeśli temat ogarniać skalą estetycznych doznań.


Takie czy inne odczucia nie zmienią czegoś najważniejszego. Że, bez żadnego gadania, wygrali mundial absolutnie najlepsi. Ze znakomitym Rodrim w samym centrum dowodzenia. Z niemal idealnie funkcjonującym blokiem obronnym, gdzie dojrzałość 19-latka Pau Cubarsiego wręcz szokuje. (Mam nadzieję, że również apologetów rzekomej doskonałości polskiej myśli szkoleniowej). Z dostarczającym nieoczekiwanych, a jakże wartościowych pierwiastków grze ofensywnej Danim Olmo. Z dosyć odległym od apogeum formy, acz zawsze piekielnie groźnym Lamine Yamalem. Albo z nieoczekiwanie wkraczającym do akcji Mikelem Oyarzabalem, którego tak skutecznie umiał zastąpić w decydującym momencie Ferran Torres. A to przecież niepełny rejestr.


Oni wszyscy, również w meczach o najwyższą stawkę, tą grą się bawią. A przy okazji coś gratisowo dedykują. Wczoraj dali do zrozumienia Argentynie, aby nawet w finale puknęła się w głowę. Najlepiej piłką, którą czasem traktuje jako przedmiot całkowicie zbędny.


JERZY CIERPIATKA


0_4aaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty