Obłudy nie będzie: nie, nie marzyłem o pracy w „Tempie”, angaż przyszedł tyle mimochodem, co przypadkiem. Ale nie będzie też zapierania się siebie: od 1977 roku (mocno spóźniona inicjacja sportowa…) „Tempo” czytałem zachłannie, a od połowy lat 80. - z uwagą, zachwytem, szacunkiem.
Właśnie „Tempo”. Do „Sportu” zaglądałem (obszerniej dawał żużel), po „Przegląd Sportowy” sięgałem, ale „Tempo”… Tuzy! Redaktor Niemiec e tutti quanti. Co kolumna – to Nazwisko. Leszek Rafalski, Marek Latasiewicz, Jan Otałęga, Ireneusz Pawlik, Marek Bartosik, Majka Lisińska, Krzysztof Mrówka, M. Grzegorz Nowak, Jerzy Cierpiatka, Wojciech Olszówka, Kazimierz Puszkarzewicz, Andrzej Godny, Marian Czakański i Jerzy Mucha z Katowic, w życiowej formie redaktor Wojciechowski („Pisze z Łodzi, sobie szkodzi”)… Wtedy wszyscy kojarzeni wyłącznie pod pełnymi imionami - ale jak tu się z autorami znanymi z gazety fraternizować?
Chciało się czytać, z czasem - zachciało się napisać. No i napisałem (w konsekwencji pogawędki, zakończonej dedykacją w książce „Ludzie i ludziska” o treści: „Krajanowi z Dołów Sanocko-Jasielskich”) – jedno, drugie, dziesiąte. Skutkiem tego była propozycja: „A może byś przyszedł na staż?”. 1989 rok, PRL niby się chwiał, ale trzymał; jak mogłem przewidzieć, że za chwilę go nie będzie? Miałem za to świadomość, że w RSW obowiązuje zwyczaj: każdy musi odrobić rok stażu. Ofertę więc przyjąłem – bo i tak wrócę do freelancerki, ale staż (zwany też aplikacją) będę miał zaliczony. Na wszelki wypadek.
Etaty były dwa, stażystów trzech: nałogowy zwycięzca konkursów reporterskich im. Jana Rottera Bogdan Wasztyl, zawodowy lekkoatleta Hutnika Kraków Marek Surma i ja – którego pan redaktor Niemiec zaprezentował na pierwszym zebraniu jako autora „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, „Nowin” i… „Gazety Sanockiej”. Dostałem biurko po trzy kwartały wcześniej zmarłym redaktorze Tolińskim, w pokoju zajmowanym przez pana Kazia Puszkarzewicza i Grzegorza Nowaka. I przydział: do żużla oraz buszowania po Polsce. Zaczęło się – a po roku z kawałkiem skończyło (bo zaproszenie redaktora Niemczyńskiego - ażebym współtworzył dział pierwszokolumnowy „Dziennika” z Grażyną Starzak, Januszem Michalczakiem, Jackiem Jureckim i Marianem Toporkiem – było kuszące), by jednak na jesieni znów zacząć (przyrzeczony w „Dzienniku” etat bujał wciąż w obłokach, za to koledzy z „Tempa” dawali wierszówkonośne działki do obsadzenia) i niewiele później raz jeszcze przerwać (wychowywanie pierwszej córki, awaria zdrowotna). Kolejny etap przyszedł na wiosnę 1991 roku – kiedy „Tempo” przestawało być tamtym znakomitym „Tempem”.
Niczyja wszak wina; los. Leszek Rafalski, Janek Otałęga i Wojtek Batko odeszli do „Dziennika Polskiego”, Marek Bartosik do – chyba – „Czasu Krakowskiego”, a ostatecznie do „Gazety Krakowskiej”, Ala Kluk, Jurek Cierpiatka i redaktor Kołtun wyjechali do Stanów Zjednoczonych (gdzie do powrotu sposobił się Andrzej Godny), Wojtek Olszówka z Krzyśkiem Mrówką zainstalowali się w „Gazecie Wyborczej”, Krzysiek Wojdyło stale wyjeżdżał – jak nie do Ameryki albo Kanady, to przynajmniej do Francji. Wasztyl po stażu w „Tempie” poszedł do „Dziennika”, Surma na place targowe, handlować sprzętem AGD. Redaktor Cichowicz w 1990 roku umarł.
Pojawiali się nowi (z rozrzewnieniem wspominam Wojtka Kopcia, z szokującą mnie, pacholę o mentalności austriackiego urzędnika, dezynwolturą okazywaną przy zbieraniu wyników lig siatkarskich: kiedy zapomniał zanotować, co sprawozdawca przekazał, wrzucał obowiązkowe gwiazdki dla wyróżniających się zawodników na chybił trafił: i świat się nie zawalił!), pojawiało nowe. Czy jednak lepsze, czy gorsze – już nie mnie oceniać. Któregoś jesiennego dnia w 1991 r. Krzyś Mrówka z Wojtkiem Olszówką zaprosili do „Gazety Wyborczej”. Wojtkowi i Krzyśkowi odmówić ani nie mogłem, ani nie chciałem; rozstałem się więc z „Tempem”. Ostatecznie.
Nie za wiele było mnie w tej jakże przez wiele lat ważnej i miłej sercu gazecie, w jej historii nijak się nie zapisałem. Tyle tylko, że byłem przy gaszeniu świec. No tak: bo „Tempo” już nigdy – moim zdaniem – nie było tak wybitne, jak właśnie w tym okresie, w którym PRL chylił się ku upadkowi. A mnie los przypadkiem ulokował w redakcyjnej ekipie.
Choć poniekąd do „Tempa” raz jeszcze wróciłem: kiedy od 1997 do 2007 służyłem w dziale terenowym „Dziennika Polskiego”, w niegdysiejszym gabinecie redaktora Niemca urzędowało nas przez czas jakiś pięcioro z „Tempem” w biografiach (Majka Lisińska, Jurek Sasorski, Krzysiek Gacek, Krzysiek Wojdyło i ja, po sąsiedzku, w dawnym sekretariacie, siedział Remek Półtorak), zaś szefowała nam Basia Rotter…
Ale to już całkiem inna historia.
WALDEMAR BAŁDA