Zacząłem pracować w „Tempie” właściwie dlatego, że pracowała tam Majka. Wiele razy zawoziłem ją na obsługi imprez sportowych, na rozmowy czy spotkania z bohaterami jej reportaży. Przy okazji robiłem zdjęcia. A że interesowałem się sportem i fotografią – „Tempo” pozwoliło mi połączyć obie pasje.

Od prawej: Jacek Kozioł, Majka Lisińska-Kozioł i Marek Bartosik. Zdjęcie ze spotkania dawnego zespołu "Tempa" w 2023 roku. Fot. Wojciech Molendowicz
Początkowo gazeta była czarnobiała, toteż i zdjęcia takie były. Fotoreporterzy wywoływali je sami. Nie pracowałem wtedy na etacie, więc nie korzystałem z ciemni redakcyjnych, dlatego w małym przedpokoju w mieszkaniu przy ul. Humberta urządziłem własną. Gdy wracałem z obsługi do domu, żeby wywołać filmy i zrobić odbitki musiałem zaciągnąć kotarę, ułożyć kuwety z odczynnikami, włączyć powiększalnik. Od chwili, w której zaczynałem pracę nikt nie mógł wejść do mieszkania, ani z niego wyjść; przedpokój był zajęty. Wysuszone odbitki zanosiłem do redakcji przy ul. Wielopole.
Na początku fotografowałem głównie tenis stołowy. Wtedy jeszcze etatowo pracowałem na AGH i robieniem zdjęć w „Tempie” zajmowałem się w weekendy. Jeździliśmy z Majką na przykład na mecze Superligi tenisa stołowego. Polacy liczyli się w tych rozgrywkach; grali wówczas Andrzej Grubba, Leszek Kucharski, Jola Szatko-Nowak, Katarzyna Calińska-Tomaszewska, Stefan Dryszel. Przyjeżdżali na te zawody Szwedzi z legendarnym Janem Ove Waldnerem, Belgowie, znakomici Francuzi. W 1989 roku właśnie za zdjęcie pingpongowe dostałem drugą nagrodę i srebrny medal FIAP w Konkursie Fotografii Sportowej w San Sebastian. Ujęcie z meczu tenisa stołowego zatytułowane „Uśmiech nad stołem pingpongowym” doceniono też dwa lata wcześniej w konkursie Zeiss Practica. Redakcja pochwaliła się moimi sukcesami – choć wciąż byłem tylko współpracownikiem – na pierwszej stronie. To była duża przyjemność. Jakiś czas potem Muzeum Sportu w Warszawie zakupiło wszystkie zdjęcia z mojej wystawy fotograficznej pt. „W blasku srebrnego Superpucharu”, której premiera odbyła się w 5 czerwca 1987 roku w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki przy Małym Rynku 4 w Krakowie.
Warto przypomnieć, że w tamtym czasie zawód fotoreportera znacznie różnił się od dzisiejszego. Film miał na ogół 36 klatek, więc trzeba było umiejętnie nimi gospodarować, bo każda kolejna rolka zwiększała koszty. Teraz na meczu można zrobić nawet pięćset zdjęć. Dokonuje się selekcji na bieżąco, obrabia w komputerze i wysyła je wprost z boiska do redakcji. Wtedy, gdy aparaty były analogowe, nie cyfrowe, efekt pracy w terenie poznawało się po wywołaniu filmu. Te czarnobiałe każdy z nas wywoływał sam, gdy zapanowała fotografia kolorowa, trzeba było po meczu czy zawodach pędzić do „laba”, najpierw czekać na wywołanie filmu, potem na tzw. stykówki (paski papieru fotograficznego naświetlone 1:1 z klatkami filmu), żeby skadrować zdjęcia, zlecić wykonanie właściwych odbitek i dostarczyć je do redakcji. A na przykład zdjęcia ze skoków w Zakopanem jechały do Krakowa autobusem i na dworcu odbierał je ktoś z redakcji, bo ja zostawałem na kolejne konkursy.
Wszyscy fotoreporterzy doskonale się znali, bo na wydarzenia sportowe jeździli ci sami ludzie. I tak podczas kolejnych treningów noworocznych Cracovii otwieraliśmy za bramką małego szampana i wspominaliśmy mijający rok.
Bywały też zaskakujące momenty. Któregoś roku red. Ryszard Niemiec wysłał mnie na MP w narciarstwie klasycznym. Meta biegu na bodaj 50 kilometrów była na przełęczy Kubalonka. Nie mogłem się tam spóźnić. Ktoś pokazał mi drogę na skróty przez las. Po jakimś czasie zmieniła się ona w dukt pełen kolein. Było zimno i śnieżnie, a ja „darłem” moją syreną 105 pod górę ze świadomością, że jak silnik zgaśnie to w tym śniegu zostanę. Jakoś wyjechałem na górę i wydostałem się z lasu wpadając niemal wprost na metę biegu. Chwilę przed tym, jak minął ją Józef Łuszczek.
Pamiętam, jak po meczu decydującym o mistrzostwie Polski koszykarek Wisły Kraków, wygranym przez wiślaczki, na parkiecie lał się szampan, fotoreporterzy szaleli, żeby uwiecznić radość zawodniczek, a wtedy z trybun ktoś rzucił szklaną butelkę po coca coli. Zanim rozbiła się na parkiecie - przeczesała mi włosy. Natomiast na meczu hokejowym Cracovii, lodowisko nie było jeszcze osłonięte szybami pleksi, krążek leciał wprost na mnie, zobaczyłem go przez obiektyw. Minimalny ruch głową uratował i mnie, i sprzęt.
W 1993 roku redakcja posłała mnie do Chorzowa na Stadion Śląski na mecz Polska - Anglia. Jechaliśmy z Majką naszym białym maluchem na krakowskich rejestracjach wśród tłumu kibiców kierując się do wejścia dla dziennikarzy. Nie było komfortowo, bo gdyby kibice chcieli przewróciliby nasze autko na dach i poszli dalej. Gdy wreszcie zaparkowaliśmy samochód, uchylono wielką bramę i weszliśmy na teren stadionu. Chwilę potem brama pod naporem kibiców runęła. Mieliśmy szczęście.
Pamiętny był też mecz Legii Warszawa z Panathinaikosem Ateny w ćwierćfinale Ligi Mistrzów (0-0) w 1996 roku. Mimo że nastał marzec boisko było zmarzniętą skorupą. Żołnierze ręcznie skuwali lód. Sól przemysłowa i mocznik wyżarły trawę i pozostawiły niewyobrażalny smród. Na stadionie pracowały szambiarki, które wypompowywały wodę z murawy. Obie drużyny wybiegły na klepisko. A my fotoreporterzy stanęliśmy w cuchnącym bajorze za bramkami. Ratował nas dżin (bez toniku) który przezornie przywiózł jeden z kolegów. Za kieliszki służyły nam plastikowe pudełka na filmy. Powrót pociągiem do Krakowa trwała kilka godzin. Współpasażerowie zatykali nosy i wychodzili z przedziału. Buty oraz spodnie nadawały się po tej eskapadzie tylko do śmieci.
Tenis stołowy i piłka nożna to tylko mały wycinek mojej pracy w „Tempie”. Fotografowałem też boks i Andrzeja Gołotę w akcji, zapasy, dżudo z Beatą Maksymow w roli głównej, siatkarzy Huberta Wagnera. Z Krzyśkiem Kawą jeździliśmy na żużel, z Irkiem Pawlikiem na lekkoatletykę; ale byliśmy też razem u szermierza – szpiega Jerzego Pawłowskiego. Irek napisał o nim książkę, a ja sfotografowałem pana Jerzego przy sztalugach, bo malarstwo też było jego pasją. Z Jackiem Gucwą obsługiwałem rajdy, z Jurkiem Wicherkiem kolarstwo i koszykówkę. To był niezwykły czas. Jednego dnia jechało się na WKKW do Białego Boru, innego na zawody pływackie do Szczecina, a potem na żużel do Częstochowy. I dało się.
JACEK KOZIOŁ