Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”, wspomnienia. Wojciech Molendowicz: Naczelny odbierz telefon. Widzisz, że jesteśmy zajęci2026-07-14 01:13:00

Moja droga do redakcji „Tempa” była długa, choć trudno powiedzieć, że kręta i wyboista. Długa, bo zanim przekroczyłem próg redakcji, latami byłem fanatycznym czytelnikiem; a prosta, bo intuicyjnie czułem, że to jest moje miejsce. Ale od początku...


Molendowicz


Jak wielu nastoletnich chłopaków w tamtych czasach interesowałem się sportem, a piłką nożną w szczególności. Przełomowe okazały się dla mnie mistrzostwa świata w RFN w 1974 r., które spędziłem przed ekranem nie opuszczając żadnego meczu Polaków. Najlepsze nawet mistrzostwa kiedyś się kończą i zostaje sportowa codzienność. Szybko zorientowałem się, że wszystko co najważniejsze i najlepsze znajdę tylko w „Tempie”. Zacząłem tę gazetę chłonąć jak gąbka. Zaczytywałem na wiór, a z zawartości kolumn piłkarskich można mnie było odpytywać na wyrywki, czego niestety nie chcieli robić nauczyciele w szkole, pytając o jakieś inne, kompletnie nie interesujące mnie sprawy. A szkoda, bo gdyby odpytywano np. z ligi angielskiej, moja średnia ocen na świadectwach byłaby zdecydowanie wyższa.


Oczywiście kibic w pierwszej kolejności żyje wynikami, wszak one są solą rywalizacji, choć kiedy akurat nasi przegrywają człowiek jest w stanie sobie jakoś wytłumaczyć, że nie tylko zwycięstwo, ale już sam udział w zawodach… wiadomo. A skoro wyniki, to oczywiście poniedziałkowe wydanie gazety, gdzie było wszystko, co najważniejsze wydarzyło się w weekend. Dodajmy, że akcja tej opowieści dzieje się nie tyle w epoce przedinternetowej, ale nawet w czasach, kiedy w jednym z dwóch programów TVP relacjonowano ledwie jeden mecz ligowy, a i to nie zawsze. Nie można też było w sprawie wyniku wykonać telefonu do przyjaciela, bo najczęściej przyjaciel był w trakcie oczekiwania na instalację numeru. Jeśli więc nie jedynym, to z pewnością najpewniejszym źródłem wszelkich informacji ze sportowych aren było poniedziałkowe „Tempo”.


Ale na tym kłopoty kibica piłkarskiego się nie kończą. Jako nastolatek mieszkałem w Chrzanowie, który należał wówczas do województwa katowickiego. I choć od Krakowa dzieli go ledwie 35 km, poniedziałkowe „Tempo” docierało tego samego dnia tylko do granic województwa krakowskiego! Absurd? Pewnie jeden z tysięcy absurdów PRL-u, ale z całą pewnością nie takiego kalibru, by ktoś oprócz mnie i mi podobnych miał się tym przejmować. Wytłumaczenie tej idiotycznej sytuacji było pewnie banalnie proste – z punktu widzenia partyjnych decydentów, oczywiście. Skoro w Katowicach ukazywał się „Sport” – inna sportowa gazeta codzienna – to dlaczego „Tempo” miało być punktualnie kolportowane na terenach, których granice wyrysowali na mapie Edward Gierek i jego towarzysze. Wolny wybór i wolna konkurencja tytułów? Wolne żarty! Ale ja „Sportu” czytać nie chciałem, bowiem brakowało mu „tego czegoś”, pewnie krakowskiej jakości, której wówczas nie umiałem jeszcze nazwać, ale intuicyjnie ją wyczuwałem. A poza tym – co dużo ważniejsze – byłem zakochany miłością nastolatka w jednym z klubów piłkarskich, który miał akurat siedzibę w Krakowie. Szombierki i Gieksa mnie nie interesowały. Sorry Szombiery!


Dla kibica nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Żeby zdobyć poniedziałkowe „Tempo” wsiadałem rano na rower i jechałem do najbliższego kiosku w województwie krakowskim. Konkretnie do Krzeszowic. 20 km w jedną stronę, 20 w drugą, delikatna fatyga, ale przynajmniej miałem swoją ulubioną gazetę i do wieczora mogłem studiować wyniki, składy, tabele… Apogeum „Tempowego” dziwactwa osiągnąłem po pierwszym roku studiów, kiedy na dwa miesiące wyjechałem do wakacyjnej pracy w Norwegii. Mamę zobowiązałem, żeby przez ten czas kupowała mi „Tempo”. Najwyraźniej się moją prośbą przejęła, bo po powrocie zastałem na biurku wielką stertę gazet. Nadrabiałem zaległości dzień i noc. I choć latem niewiele się w tej branży działo, to do dziś pamiętam pierwszą stronę z dużym zdjęciem Joachima Halupczoka, który zostaje mistrzem świata w kolarstwie. 


Molendowicz

Wojciech Molendowicz: Żeby zdobyć poniedziałkowe „Tempo” wsiadałem rano na rower i jechałem do najbliższego kiosku w województwie krakowskim


Po wielu latach czytania „Tempa” już jako student trafiłem na wykład redaktora naczelnego Ryszarda Niemca. Był wtorek. To ważne dla ciągu przyczynowo-skutkowego, a dlaczego, wie każdy, kto brał do ręki gazetę z zieloną tego dnia winietą. I mimo że planowałem na wykładzie patrzeć jak w obrazek w mojego guru felietonistyki, to domniemana podzielność uwagi nie przeszkadzała mi czytać pod ławką jego wtorkowych „Pretekstów”, czyli mojej ulubionej rubryki w mojej ulubionej gazecie. I tak się zaczytałem, że nie usłyszałem, kiedy Niemiec zapytał, kto z zebranych interesuje się sportem i czy nie chciałby napisać czegoś do „Tempa”? W tym momencie powinienem wykrzyczeć 2xTak, ale właśnie się zawiesiłem w kontemplacji wewnętrznych rozterek „czy aby na pewno jestem godzien się odzywać w obliczu życiowej szansy”. Na szczęście bardziej przytomny był mój kolega Marek Kołdras, który wypchnął mnie przed naczelnego. Zapytał tylko skąd jestem i zarządził, żebym pojawił się w redakcji w piątek.


Do Ryszarda Niemca poszedłem, pierwsze zlecenie odebrałem w ów piątek, ale na dłużej – a ostatecznie na stałe - znalazłem się w „Tempie” dzięki koledze z roku i z akademika Markowi Pomykale. On mnie wprowadził na redakcyjne pokoje. Bardzo mi to imponowało, bo znał tam już prawie wszystkich, z wieloma był po imieniu, a o każdym potrafił opowiedzieć anegdotkę, która mówiła o delikwencie więcej niż ten chciałby sam o sobie opowiedzieć. I tym sposobem, słynni redaktorzy, których nazwiska znałem dotychczas wyłącznie z łamów ulubionej gazety, powoli stawali się moimi redakcyjnymi kolegami. Cóż dodać? Że początki bywają trudne? Tego nie wiem, ale czasami bywają zabawne. W „Tempie” koledzy dowiedzieli się, że w mojej poprzedniej redakcji, czyli chrzanowskim „Przełomie”, byłem zastępcą redaktora naczelnego. Byłem, bo jako jedyny w młodziutkim zespole świeżo założonej gazety studiowałem polonistykę i dziennikarstwo. Tak postanowili właściciele. A dlaczego ta śmiertelnie poważna funkcja była zabawna? Bo kiedy w wielkim redakcyjnym pokoju na czwartym piętrze przy ul. Wielopole 1 natarczywie dzwonił telefon, koledzy wyznaczali mi nowe zawodowe zadania z należytym szacunkiem: „Naczelny odbierz telefon, widzisz, że jesteśmy zajęci”.


WOJCIECH MOLENDOWICZ


Molendowicz

Zdjęcia z archiwum Wojciecha Molendowicza


mol_dsc6898.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty