Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”, na zagranicznych wyjazdach. Marek Latasiewicz: O pół wieku za piłką2026-07-19 13:22:00

Albania 1985 (el. MŚ) 

O pół wieku za piłką


Jako korespondent „Tempa” dane mi było relacjonować wiele sportowych imprez, z mistrzostwami świata w piłce nożnej i igrzyskami olimpijskimi włącznie. Każdy zagraniczny wyjazd dostarczył niezapomnianych wspomnień i został zapamiętany zupełnie z różnych powodów. Podczas tego pierwszego do Warny na mistrzostwa Europy w boksie w 1983 roku, przekonałem się, że trzeba nieźle kombinować, by utrzymać się z przyznanych diet podczas pobytu za granicą, nawet udając się do kraju z „zaprzyjaźnionego obozu”. Bardziej doświadczeni koledzy z innych redakcji zaopatrzyli się w pokaźną ilość składanych parasolek, które na warneńskim bazarze osiągały zawrotną przebitkę…


Rosnący prestiż gazety przejawiał się w uwzględnianiu dziennikarzy „Tempa” przy reglamentacji służbowych paszportów. Inna sprawa, że zgoda RSW była pozornym dobrodziejstwem, bo instrukcji jak na przykład w 1986 roku przeżyć za 250 enerdowskich marek dwa dni w Amsterdamie nie przekazano. Udało się! Dzięki niezwykłej zaradności zaprawionego w organizacji takich wyjazdów starszego kolegi z „Trybuny Robotniczej” oraz pomocy mieszkającego wówczas w Niemczech świetnego niegdyś reprezentacyjnego piłkarza Jana Liberdy – korespondent „Tempa” był obecny na meczu Holandia – Polska.

  

Rok wcześniej byłem też w Tiranie na eliminacyjnym meczu do meksykańskiego mundialu, bo w przeciwieństwie do Jacka Żemantowskiego, redaktora naczelnego tygodnika „Sportowiec”, doceniła nas ambasada albańska w Warszawie. Albańczycy ściśle określili liczbę akredytacji, przyznając wizy wjazdowe tylko tym z alfabetycznie sporządzonej listy dziennikarzy, którzy mieścili się w ich limicie. Nazwisko szczęśliwca z „Tempa” zaczynało się na literę „L”. Wystarczyło już tylko zaopatrzyć się w 19 zdjęć do wizy (!) i zameldować w ustalonym czasie na lotnisku w Balicach. 

Wyjazd do kraju utrzymującego kontakty z kilkoma wybranymi państwami był ze wszech miar wyjątkowy. Odbywał się w szczególnym czasie. Miesiąc wcześniej zmarł dyktator Enver Hodża, rządzący Albanią przez cztery dekady, a w przeddzień meczu naszej reprezentacji na trybunach stadionu Heysel przed finałem PE Juventus – Liverpool doszło do jednej z największej tragedii w historii futbolu. W spotkaniu tym grał Zbigniew Boniek, którego gol strzelony nazajutrz Albańczykom przybliżył Polsce mundial.


Jednak nie sportowy aspekt tej wyprawy – choć bardzo ważny – utkwił najmocniej w pamięci. To była podróż jakby do minionej epoki, do kraju położonego w środku Europy, ale adekwatnie z tytułem zamieszczonej w „Tempie” korespondencji, znajdującym się o pół wieku za piłką. Jako absolwent politologii i dziennikarstwa na UJ nie miałem pojęcia, że na żywo obejrzę to, co do tej pory oglądałem jedynie w kronikach filmowych, rejestrujących pierwsze lata w Polsce po drugiej wojnie światowej. Już na lotnisku w Tiranie zaskoczyły nas gęsto rozsiane w kształcie kopuł betonowe włazy do bunkrów, z kręcącymi się wokół ludźmi w wojskowych mundurach z ostrą bronią w rękach. Natomiast na pasach startowych nie znajdował się, oprócz naszego TU-134, inny samolot. Albania nie utrzymywała z żadnymi liniami lotniczymi świata stałych połączeń. Raz w tygodniu lądowały tam jedynie samoloty z Węgier, Jugosławii i Rumunii. 

Tak opisywałem w gazecie wyprawę do oddalonej o 130 km od Tirany miejscowości Berat, gdzie rozgrywały swój mecz reprezentacje młodzieżowe:


„Wyruszamy pospiesznie, bo do rozpoczęcia meczu niespełna 3 godziny. Wjeżdżamy na drogę w kierunku Durres, mijamy kilka samochodów zachodnich marek, ale im dalej jesteśmy od stolicy, ruch aut zanika, a na asfaltowej szosie mijamy niemal wyłącznie rowerzystów i dziwacznie skonstruowane wozy i budy ciągnione przez muły, krowy i osiołki. Wyprzedzenie lub mijanie się z nimi to swoisty test dla sercowców. Przeciskamy się obok nich, muskani po szybach krowim ogonem. Nikt nie chce ustąpić, zjechać na kraj drogi, na niewiele zdaje się niemal non stop używanie klaksonu. (…) Liczący ok. 40 tys. mieszkańców Berat położony jest u podnóża góry Tomorr. Zanim do niego dojedziemy mijamy po drodze, widziane już na lotnisku w Tiranie, liczne kopuły bunkrów obronnych. Na gołych skałach, spadających niemal do Adriatyku, również dostrzegamy wojskowe fortyfikacje z lufami dział skierowanymi w kierunku wybrzeża Włoch. To potwierdzenie wszędzie akcentowanych słów Hodży: „Albańczycy mogą jeść trawę, ale nie dopuszczą do uzależnienia się od kogokolwiek”. Albania, po wystąpieniu z Układu Warszawskiego w 1963 roku i rok wcześniej z RWPG (stowarzyszenie ekonomiczne krajów bloku komunistycznego – red.), nie należy do żadnego układu wojskowego ani unii gospodarczej. Od tego czasu stała się krajem-zagadką, jednym z najmniej dostępnych państw świata. W konstytucji Albańczycy dokonali zapisu, zabraniającego zaciągania za granicą jakichkolwiek pożyczek oraz innych zobowiązań.”


Na otoczonym górami, urokliwie usytuowanym stadionie w Beracie, miejsca dla dziennikarzy wyznaczono w pobliżu ławki rezerwowych polskiej ekipy. Żadnej ochrony i służb porządkowych. Nikt nie przeszkadzał mi w wejściu na murawę, by podczas grania hymnów wykonać zdjęcia radzieckim aparatem marki „Zorki-4”. Atmosfera na widowni była wręcz wzorowa, nawet po stracie kolejnego gola przez drużynę gospodarzy. Nikt z obecnych tam polskich dziennikarzy nie miał pojęcia, że nieopodal stadionu znajdował się obóz pracy dla internowanych, obywateli uznanych przez komunistyczne władze za wrogów publicznych. Do Beratu deportowano także rodziny osób, którym udało się zbiec za granicę, a zesłanie i tortury trwały niekiedy kilkanaście lat… 


Ale o tym dowiedziałem się dopiero po ponad trzydziestu latach, gdy wpadła mi w ręce książka Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”. 


MAREK LATASIEWICZ





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty