Argentyński suplement do egipskiej sprawy
44 lata po wygraniu wojny o Falklandy Anglia przegrała z Argentyną na boisku. Dla kogoś, kto choć trochę liznął historii futbolu - nieustannie utrzymujący się stan wrzenia w grze o mundialowy finał nie stanowił wczoraj żadnego zaskoczenia. Po prostu musiało pójść na noże.
Tak się niestety zdarzyło, że ledwie kilka dni przed półfinałem w Atlancie odeszła postać, która na własnej skórze doświadczyła, iż w relacjach argentyńsko-angielskich nie ma miejsca na przebacz. W wieku 90 lat zmarł Antonio Rattin, dla Latynosów postać symboliczna, uosobienie doznanej krzywdy. Potężnej postury, bo mierzący 190 cm Rattin w lipcu 1966 brał udział w zderzeniu Argentyny z angielskimi gospodarzami mundialu. I nie dotrwał na boisku nawet połowy ćwierćfinału, bo został z niego wyrzucony przez zachodnioniemieckiego arbitra Rudolfa Kreitleina. Rattin ani myślał udać się do szatni, zrobił to dopiero w asyście policjantów. Zresztą Kreitleina dotyczyło to samo, obawy o naruszenie jego nietykalności cielesnej przez rodaków Rattina były jak najbardziej uzasadnione.
Argentyńczycy nie mogli pogodzić się z wysoce niesprawiedliwym, ich zdaniem, potraktowaniem swego piłkarza przez Kreitleina. Ponadto uważali, i pewnie uważają tak do tej pory, że jedyny gol meczu strzelony głową przez Geoffa Hursta padł po ofsajdzie. Czy uspokoiło się po końcowym gwizdku Kreitleina? Ani trochę. Kiedy prawy obrońca George Cohen był skłonny wymienić koszulki bodaj z Alberto Gonzalezem, nie zezwolił na to słynny Alf Ramsey. A zakaz ten poparł selekcjoner werbalnie, z użyciem słowa „animals”, aby jego piłkarze nie mieli żadnych pomeczowych kontaktów ze zwierzętami…
Na przestrzeni sześciu dekad od tamtych scen doszły do nich następne. „Ręka Boga” Diego Maradony, w tym samym meczu jego absolutnie fenomenalne przedryblowanie połowy angielskiej reprezentacji to wspomnienia z drugiego meksykańskiego mundialu (1986). Dwanaście lat później w St. Etienne do przerwy mieliśmy akurat świetny mecz (2-2), ale jego końca nie doczekał na boisku David Beckham, po awanturze z Diego Simeone zobaczył czerwoną kartkę. I Anglia odpadła po dodatkowej serii rzutów karnych… Ale cztery lata później akurat Beckham wykorzystał „11” i był to jedyny gol meczu…
To ledwie pobieżne zarysowanie tła, które w Atlancie wcale nie uległo zmianie. Dominowała gra w kości, przy dużej pobłażliwości amerykańskiego arbitra Ismaila Elfatha, który najwyraźniej uważał, że sięgnięcie po kartki niechybnie spowoduje poparzenie dłoni, i to od razu czwartego stopnia… Zgadzam się z opiniami, że ta nieustanna walka na wyniszczenie stanowiła do pauzy chytry i zarazem skuteczny plan Lionela Scaloniego. Jordan Pickford wprawdzie nie skapitulował ani razu, za to Anglia utraciła w nieustannej awanturze mnóstwo sił. Ich po przerwie coraz bardziej zaczęło brakować. Do mety niby brakowało niewiele, w istocie jednak było daleko. Ograniczając się wyłącznie do obrony, na dodatek niezmiernie głębokiej, nadzieja szczęśliwego przetrwania graniczyła z cudem. W końcu, po golach Enzo Fernandeza i Lautaro Martineza, zapadł dla Albionu brutalny wyrok. Nie ulega kwestii, że był to wyrok wysoce sprawiedliwy.
Na głowę Thomasa Tuchela posypały się gromy. Ataki są wyprowadzane zewsząd, również ze strony słynnych piłkarzy. Na taktyce obranej przez Tuchela nie zostawił suchej nitki choćby Wayne Rooney. Jemu i podobnie myślącym trzeba przyznać rację. Mnie Tuchel również swym ultradefensywnym nastawieniem drużyny zawiódł. W przeszłości, również na tym mundialu, podejmował mnóstwo trafnych decyzji, o czym jednak warto pamiętać. Teraz bezdyskusyjnie poległ i rzeczywiście trzeba go postrzegać w kategorii głównego winowajcy. Wbrew pozorom jednak sprawa przegrania przez Anglię wczorajszego meczu według mnie wcale nie mieści się w zerojedynkowym układzie. Bo plan planem, a możliwości wykonawcze czymś zupełnie innym.
Czy Wyspiarze byli w stanie oprzeć się argentyńskiej nawałnicy? Ich wręcz niesamowitej furii, jakby sprawa - w końcu tylko meczowa - toczyła się między życiem a śmiercią. Pokłady determinacji były niekończące, w jawnej opozycji do lawinowej utraty sił przez Anglików. Jeszcze przy stanie 1-0, przecierając oczy na wciąż narastający impet ofensywy wciąż mistrzów świata pomyślałem sobie, że niedawno już coś takiego widziałem.
Gdy Lionel Messi z resztą drużyny znalazł się w jeszcze gorszym położeniu. A jednak ostatecznie opór Egipcjan w okolicach ich bramki ostatecznie został zdławiony. I to w ciągu kilku minut, jak teraz pod bramką Pickforda. W formie dopisania przez drużynę Scaloniego suplementu do boju z Egiptem. Co ciekawsze, choć odrobienie strat w obu przypadkach i przedłużenie meczu wydawało się stanowić pełnię argentyńskiego szczęścia, to ani razu do tego nie doszło. Bo jakże trudna umiejętność pójścia za ciosem została wykorzystana przez Argentynę perfekcyjnie.
- Nad stadionem w Atlancie unosił się duch Maradony - powie każdy rodak wielkiego Diego. Bynajmniej nie odrzucając tej wersji skoncentruję się jednak na innym fenomenie, Messim. Jak kiedyś Maradona, Lionel niezaprzeczalnie stanowi dla Argentyny nie tyle dobro narodowe, co najcenniejszy skarb. Zwłaszcza dla kolegów z drużyny, mających Messiego za Boga, tyle że w ludzkiej powłoce. Czym byłaby na tym mundialu Argentyna bez absolutnego lidera? Guru, który pozwala przetrwać burze i wiedzie ku szczęściu? I który, również dzięki prawej nodze (!) potrafi dać ratunek?
Czy zrobi to także w niedzielny wieczór? Nie wiem. Ale że uratował optymalny skład finału, to już wiem na pewno.
JERZY CIERPIATKA