Mistrzostwa świata w tenisie stołowym (Delhi 1987)
Grubba „złamał” nogę!
Pomysł zorganizowania mistrzostw świata w ping-pongu w Delhi był strzałem w dziesiątkę. Zanim się weszło do hali sportowej, by gonić wzrokiem 32 piłeczki skaczące po 32 stołach trzeba było na ulicach dwa razy szybciej kręcić głową, by nie zostać rozjechanym przez pędzący w różne strony tłum riksz i innych wehikułów, dla których liczył się tylko klakson i spryt. Ale nawet po takim treningu trudno było nadążyć za akcjami Chińczyków.
Liderzy polskiej reprezentacji Andrzej Grubba i Leszek Kucharski prawie nadążali, grali widowiskowo i zdobyli jedyny dla polskiej ekipy medal – brązowy w deblu. Udowodnili też, że nie brakuje im fantazji także poza areną mistrzostw.
W hotelu Ashok, gdzie zakwaterowane były ekipy zdarzyło się coś, co przykuło uwagę wszystkich obecnych. W holu ktoś krzyknął po angielsku „Grubba złamał nogę!” Zrobiło się zamieszanie, a polscy zawodnicy i trenerzy na nic nie zważając nieśli na rękach do pokoju wijącego się z bólu i trzymającego za nogę naszego najlepszego pingpongistę. Tak wyglądał powrót reprezentacji z treningu w przyhotelowym ogrodzie.
Szwedzi chcieli natychmiast wezwać pogotowie, Japończyk zaproponował akupunkturę, z różnych stron pojawiały się oferty pomocy.
Tymczasem czterej „sanitariusze” wraz z „pacjentem” wpadli do pokoju, by za zamkniętymi drzwiami wybuchnąć śmiechem. Kawał się udał. Wielu świadków uwierzyło w zaimprowizowaną kontuzję i na drugi dzień Andrzej musiał opowiadać, jak czuje się jego noga. Ten epizod trochę rozładował atmosferę lekkiego napięcia spowodowanego wygórowanymi oczekiwaniami od naszych reprezentantów.
Dla mnie nie było to ostatnie zaskoczenie tego wieczoru. Gdy wychodziłem z hotelu zastanawiałem się, czy rikszarz, który mnie przywiózł swoim przerobionym ze starego roweru pojazdem będzie czekał tak jak obiecał, bo minęło 1,5 godziny.
Był. W niemal akrobatycznej pozycji leżał na rikszy i spał. Nogi miał oparte na kierownicy, dolna część pleców podpierała się na siodełku, a głowa na osłonie chroniącej pasażera. Trzy punkty podparcia wystarczyły mu, by wyciągnąć się jak struna i zasnąć. Miał coś z fakira, który robi rzeczy niemożliwe.
Ruszyliśmy na mój camping, w którym noc kosztowała 2 dolary. Rikszarz śmigał w rzece pojazdów pokrzykując i trąbiąc. Nie wiem jak to się stało, że nie zaliczył nawet stłuczki, choć mogli się tam zderzyć wszyscy ze wszystkimi.
LESZEK RAFALSKI