Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”, na zagranicznych wyjazdach. Ireneusz Pawlik: Przygody korespondenta w Gruzji2026-07-19 14:38:00

Gruzja 1988

Nazywa się Kindzmarauli


W 1988 r. postanowiłem kopnąć się na turniej pretendentek do tytułu mistrzyni świata w szachach do Ckałtubo w Gruzji. Panował jeszcze wtedy Związek Radziecki, o wjazd do którego nie było łatwo i trzeba było zostać przesianym przez wielostopniowe sito, aby tam wpuścili. Ale w 1988 r. był to schyłek ZSRR i państwo nie działało już z żelazną konsekwencją, toteż jakoś prześlizgnąłem się bez piętrzenia przeszkód.


Samolotem do Moskwy, a tam przesiadka do Tbilisi. Z tym, że w Moskwie lotniska są trzy: przyleciałem na międzynarodowe Szeremietiewo i aby dostać się na krajowe Domodiedowo, skąd odlatywały samoloty do Gruzji, trzeba było po drodze zaliczyć Wnukowo. W ten sposób w jednym mieście zwiedziłem za jednym zamachem trzy lotniska. A małe nie są...


Jak już dotarłem na docelowe, to okazało się, że w Tbilisi spadł śnieg, nie widziany tam od lat, i tamtejsze lotnisko nie przyjmuje. Dołączyłem do koczującego w poczekalni tłumu. Rano ogłoszono, że pierwsi pasażerowie do Tbilisi mają zgłaszać się do odprawy, a reszta ma czekać na swoją kolej, bo samoloty będą odlatywać planowo, tyle że każdy z trzydniowym opóźnieniem.


Poszukałem rozwiązania awaryjnego – w tym celu przewidująco zabrałem ze sobą zapasik praktycznych suwenirów: kosmetyki, rajstopy i gumy do żucia donaldy. Jakoś dotarłem do dyspozytorki lotów – pięknej Tatiany Markowny. Wręczyłem jej szminkę marki Pollena-Uroda, a ponieważ polskie wyroby kosmetyczne były cenione w ZSRR i jeszcze powiedziałem, że mam być korespondentem z turnieju szachistek, to Tatiana Markowna wyekspediowała mnie bez kolejki. Niezwłocznie do tego stopnia, że nie zawieziono mnie do samolotu busem lotniskowym, lecz gazikiem na sygnale, goniącym stojący już na pasie Tu-154 z włączonymi silnikami. W samolocie nie starczyło miejsc siedzących, ale nie leciałem na stojaka, bo przydzielono mi zydelek w przedziale stewardess.


Drogę z lotniska na dworzec kolejowy w Tbilisi okalały liczne palmy z czapami śniegu na koronach. Dworzec przypominał Centralny w Warszawie, tyle że dwa razy większy. Pociągi dalekobieżne ruszały dopiero wieczorem, a ja kupiłem bilet ok. 9 rano. Gruzja sprezentowała mi zatem dzień w stolicy. Niestety zima zaskoczyła drogowców i śniegu nikt nie uprzątał, a bardzo szybko temperatura skoczyła do blisko 20 stopni, toteż wkrótce byłem przemoczony od dołu. I również od góry, bo pod wpływem słońca palmy bombardowały przechodniów czapami śniegu.


Ociekając nagłą odwilżą, która przypominała potop, wróciłem na betonowy dworzec, a ten – w odróżnieniu od miasta – nie zdążył się jeszcze nagrzać i było w nim zimno jak w psiarni. Ratowałem się wypadami do restauracji dworcowej, gdzie w ubogiej karcie dań figurowało kakao, rozwodnione wprawdzie do granic wyporności, ale przynajmniej gorące. W dzień byłem w gigantycznej hali dworcowej sam jak palec – dopiero pod wieczór zaczęli schodzić się pasażerowie. I wkrótce zrobiło się, jak na orientalnym bazarze: Gruzini, groźni Czeczeni z Groznego, Turkmeni, Kazachowie, Kałmucy, Uzbecy, przedstawiciele niezliczonych ludów Kaukazu i republik Azji Środkowej – przeważnie w strojach narodowych, choć – co należy docenić – bez trzody. Za to z wrzaskliwymi dziećmi, przekrzykującymi muzykę ludową puszczaną na cały regulator przez rodziców z tranzystorów. A wszystkie te melodie przeraźliwie jazgotliwe.


Wieczorem wsiadłem w nocny pociąg do Kutaisi. Mój przygodny towarzysz podróży, dygnitarz-lekarz, głosem nie znoszącym sprzeciwu kazał kuszetkowej oblec nasze szare koce w "biełoje", czyli pościel. Z Kutaisi dojechałem ichniejszym PKS-em do Ckałtubo. Polska ekipa powitała mnie ze zdumieniem, słysząc że przejechałem przez ZSRR zupełnie samopas, niekonwojowany przez nikogo. Bo trzeba wiedzieć, że obcokrajowcom przydzielano w tym państwie anioła-stróża, który pilnował, aby goście – podobnie jak obecnie w Korei Północnej – nie kontaktowali się z niepodstawionymi ludźmi i nie zobaczyli tego, czego nie powinni.


Polska ekipa też oczywiście miała anioła-stróża, ściślej – anielicę, bo tłumaczka, taki był jej oficjalny status, nazywała się Swietłana Waldemarowna Jasiewicz, była Ukrainką i pochodziła z Ługańska (w czasach radzieckich nosił nazwę Woroszyłowgrad). Pewnego razu w parku opowiedziałem jej o najnikczemniejszych kartach z historii jej ojczyzny. Biedna Swietka wysłuchała tego w milczeniu, na koniec wzdrygnęła się i tylko powiedziała cichutko: - Nie wolno o tym mówić.


Z KGB raczej nie była, bo do łagru za antyradziecką propagandę jednak nie trafiłem! Po paru latach wyszła za Niemca i zamieszkała w Hamburgu, ale to już temat na inne opowiadanie.


Pamiętam jeszcze, jak mówiłem jej, że Polacy co kilkanaście lat próbują zrywu przeciwko dominacji kiedyś Rosji, a później ZSRR. I jeśli ostatnio, w latach 1980-81 się nie udało, to i tak dopniemy swego. I że dziwię się, iż Ukraińcy, tak samo – wydawałoby się – hardzi jak Polacy, nie próbują tego samego. Był luty 1988 r. i jak się miało okazać, my potrzebowaliśmy zaledwie półtora roku, żeby wybić się na niezależność, a Ukraina odzyskała niepodległość po następnych 2 latach. A ja nie mogłem odżałować, że nie poświęciłem się karierze futurologa...


Wspomniałem o polskiej ekipie, bo w turnieju pretendentek w Ckałtubo brała udział nasza arcymistrzyni Agnieszka Brustman, która o prawo meczu z mistrzynią świata, Gruzinką Mają Cziburdanidze, mierzyła się z takimi sławami, jak m.in. gruzińskie byłe mistrzynie globu Nona Gaprindaszwili i Nana Ioseliani. One grały, ich trenerzy ślęczeli nad szachownicami, a ja się nie nudziłem, choć okazało się, że z redakcji ani z innych mediów, do jakich miałem nadawać relacje, nikt nie mógł się dodzwonić, więc przez 2 tygodnie byłem bezrobotny. Poznawałem ludzi, w tym jednego z szefów gruzińskiego sportu, pochodzącego z książęcej rodziny Bagrationi (przodek był rosyjskim generałem w czasie wojen napoleońskich i w trakcie II wojny światowej jego nazwiskiem ochrzczono jedną z największych ofensyw Armii Czerwonej).


A ponieważ nieco zintegrowałem się ze środowiskiem, członkowie naszej ekipy poruczyli mi sprzedanie przywiezionych z kraju fantów. Kiedy zapytałem, ile spodziewają się za nie uzyskać, odpowiedzieli, że 50 rubli, więc kiedy przyniosłem 300, byli nieco zaskoczeni, bo 50 chcieli za wszystko, a ja zrozumiałem, że za sztukę. Pierwszy raz w życiu zająłem się handlem i proszę, jakie przebicie! Może szkoda, że nie kontynuowałem kariery i w tym kierunku...


No i podróżowałem po okolicy. Udałem się m.in. do Łanczchuti, miasta znanego z drużyny piłkarskiej, która jakimś cudem awansowała do najwyższej ligi ZSRR, a kiedy przegrała wszystkie mecze, co nie mogło być niespodzianką, to rozzłoszczeni kibice i tak spalili jej siedzibę, a takie erupcje gniewu społecznego w państwie policyjnym, jakim był Kraj Rad, stanowiły ewenement starannie ukrywany przed opinią publiczną. Odnalazłem świadków i po powrocie do kraju przybliżyłem przebieg wydarzeń.


Z Ckałtubo do Łanczchuti było kilkadziesiąt kilometrów przez góry i kurs autobusem w obie strony przyniósł mnóstwo niezapomnianych wrażeń. Po pierwsze: maszyna była straszliwie zdezelowana i przerdzewiała, pełna dziur w podłodze, burtach i dachu, zgrzytała na zakrętach i rzęziła na podjazdach – całkiem jak ciężarówki w "Następnym do raju" Hłaski. Po drugie: w takim oto stanie bliskim śmierci technicznej pokonywała z jęczącym silnikiem kamieniste, wąziutkie ścieżynki nad przepaściami. Ręce mi cierpły i knykcie bielały od kurczowego trzymania się poręczy.


Ckałtubo było ponoć ulubionym górskim kurortem Stalina, a ja dowiedziawszy się, że stosunkowo niedaleko leży miasto Gori – miejsce urodzin wodza, koniecznie chciałem tam pojechać, ale to mi się nie udało. Problem polegał na tym, że "stosunkowo niedaleko" nie znaczy "blisko", więc nie mogłem znaleźć dogodnych połączeń transportem publicznym i choć wszyscy gruzińscy znajomkowie deklarowali pomoc, to gdy przychodziło co do czego, to z nieznanych przyczyn wycofywali się w ostatniej chwili... Zwodzili mnie aż było za późno i musiałem wyjechać.


Wyjazd wiązał się z winem. W Ckałtubo poznałem kierownika domu kultury, który dopiero ode mnie dowiedział się, że na świecie furorę robi zespół The Police. A on o nim jeszcze nie słyszał, co świadczy o tym, jak odcięci informacyjnie od świata byli wtedy obywatele ZSRR. A ponieważ Gruzini są znani z gościnności, więc nieustannie zapraszał mnie do swojej winnicy. Ale kiedy mówił i się zaperzał, to w kącikach ust zbierała mu się piana, a ja jestem uprzedzony do takich ludzi, bo uważam ich za furiatów, których należy omijać. Więc nie chciałem z nim jechać na odludzie, bo bałem się, że kiedy wyniknie różnica zdań, może mnie zarżnąć kindżałem. A prawdę mówiąc, nie przepadam za zarzynaniem mnie kindżałem.


Lecz tak się uparł, że skoro Mahomet nie chciał w góry, to góra przyszła do Mahometa. W przeddzień wyjazdu przyniósł 8 litrowych słojów z źółtawą zawartością. Okazało się, że to nie efekt dobowej zbiórki moczu, lecz trunek z jego winnicy. Wręczył mi jeden słój, drugi ujął sam i wygłosił kwiecisty toast, po czym zachęcił do wypicia. Duszkiem wychlał litr i kiedy spostrzegł, że ja tylko umoczyłem usta, łypnął na mnie groźnie. Tym razem nie użył jeszcze kindżału, tylko wyjaśnił na razie grzecznie, że nie wypicie do dna jest w Gruzji poczytywane za obrazę i domaga się krwawej zemsty, która przechodzi z pokolenia na pokolenie.


Dał mi drugą szansę i wychlał następny litr, a ja – zaniepokojony już nie na żarty – tym bardziej ledwie zwilżyłem usta, żeby nogi mi się nie plątały w razie konieczności ucieczki. Kiedy zobaczył, że nie usłuchałem jego ostrzeżenia, już zaczął sięgać za pazuchę, lecz dwa litry krzepkiego wina wypitego duszkiem odebrały mu władzę w członkach i zwalił się na ziemię. Być może życie zawdzięczam temu, że żądzę zemsty miał słabszą niż głowę.


Polskiej ekipie oddano do dyspozycji służbowe auto marki Wołga. A ponieważ Agnieszkę Brustman i jej trenerów pochłaniały szachy, używaliśmy go głównie tłumaczka Swietka i ja – razem pojechaliśmy nią m.in. do Bagdadi, które przez jakiś czas dla uczczenia urodzonego w nim słynnego poety-futurysty nosiło nazwę Majakowskij. Szofer posłusznie nas woził i uparcie milczał – wyglądało na to, że albo nie rozumie, co mówimy, albo notuje w pamięci nasze rozmowy do raportów.


Nie zamieniłem z nim ani słowa i jakież było moje zdumienie, że kiedy odwoził nas na lotnisko w Kutaisi, tylko mi wręczył butelkę, o której powiedział, że zawiera ulubione wino Stalina. Może widział, jak rozdawałem dzieciakom gumy donaldy i postanowił się odwdzięczyć w imieniu narodu gruzińskiego...


Pomyślałem, że wino, jak wino, toteż stało u mnie miesiącami. I kiedyś zupełnie bez okazji wypiliśmy je z państwem Lenczowskimi. I okazało się, że było najlepszym winem, jakie piłem w życiu. I zamiast tę cudowną zaiste ambrozję zachować na najbardziej uroczystą okazję, wypiliśmy je w jakiś najzwyklejszy wtorek czy środę. Nazywa się Kindzmarauli!


IRENEUSZ PAWLIK





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty