Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”: Wspomnienie o redaktorze Tadeuszu Doboszu2026-07-19 10:51:00

Redaktor Tadeusz Dobosz pracował w „Tempie” od pierwszego numeru do 1976 roku, gdy zmarł w wieku 54 lat.


Mój Ojciec był dziennikarzem sportowym. Bycie dziennikarzem sportowym w dobie przedinternetowej było arcytrudnym zajęciem. „Tempo” wychodziło w poniedziałek, a większość imprez sportowych odbywała się w niedzielę lub czasem w sobotę. I to zarówno imprezy lokalne, jak i ogólnopolskie. Czytelnicy byli spragnieni informacji o wynikach meczów, z przyjemnością również czytali krótkie komentarze o osiągnięciach swoich idoli lub śledzili pojawiające się zdjęcia reporterskie.


Pamiętam atmosferę panującą w redakcji w niedzielne popołudnie lub wieczór. Stukot maszyn do pisania, hałas transmisji dochodzących z radia (później także z telewizji), ustawiczne telefony, na których „wisieli” poszczególni dziennikarze rozmawiający z korespondentami w terenie. Pokrzepianie się kolejną kawą (specjalistką od jej przygotowania była Stasia Bańbuła pracująca na co dzień jako goniec), a czasem czymś mocniejszym i opary dymu z papierosów zasnuwających wszystkie pomieszczenia redakcyjne. Na pewno była to praca bardzo nerwowa i wyczerpująca. Nic dziwnego, że wielu dziennikarzy umierało w wieku średnim, tak jak mój Ojciec, który zmarł w 1976 r. mając zaledwie 54 lata.


W redakcji istniała specjalizacja. Tato był specjalistą od piłki nożnej i hokeja. W zakresie piłki nożnej posiadał wręcz komputerową pamięć co do faktów, wyników meczów, składów drużyn. Nieraz po nocy dzwonili do naszego domu podchmieleni kibice pytając go o wynik jakiegoś meczu sprzed lat, bo szło o zakład. Zawsze umiał im odpowiedzieć.

Kiedy „Tempo” znalazło siedzibę na parterze budynku przy ul. Wielopole 1, byłam w niej częstym gościem. Przychodząc do redakcji lubiłam zwłaszcza przesiadywać w ostatnim pokoju, gdzie królował zajmujący się grafiką red. Tadeusz Kubarski i fotografią – red. Wiesław Książek. Był tam także mój serdeczny przyjaciel – red. Alojzy Grzybowski, który układał dla „Tempa” co tydzień nową krzyżówkę. Co roku biegłam pokazać mu świadectwo ukończenia kolejnej klasy w szkole, a on wyciągał z czeluści swojego biurka jako nagrodę dla mnie – piękną książkę. Dobrze pamiętam kolegów Ojca, red. red. Antoniego Targosza, Kazimierza Zimnala, Aleksandra Cichowicza, Tadeusza Tolińskiego, Ryszarda Kowalskiego, to było najstarsze pokolenie dziennikarzy „Tempa”. Redaktorem naczelnym był Jan Rotter. Ogromnie rozwinął tę gazetę, która uzyskała samodzielność, przestając być dodatkiem do prasy codziennej, a stała się czasopismem ambitnym, różnorodnym, docierającym do wielu czytelników na południu Polski (miała liczne mutacje).


W pewnym okresie „Tempo” zaczęło prowadzić plebiscyt na najlepszego sportowca. Czytelnicy przysyłali wypełnione kupony, a Tato musiał je policzyć i ustalić kto konkurs wygrał. Często mu pomagałam w liczeniu kuponów. Konkurs wiązał się z atrakcyjnymi nagrodami dla czytelników, a wyniki ogłaszano na „Balu Asów” w hali „Wisły”.


W gabinecie naczelnego był telewizor (w tamtym okresie duża rzadkość), z którego czasami korzystały rodziny redaktorów oglądając imprezy masowe, jak np. festiwal piosenki w Sopocie. Była to też okazja do bliższego poznania się rodzin dziennikarzy „Tempa”. Atmosfera w redakcji była bardzo dobra, wszyscy się znali, wiedzieli o swoich rodzinnych perypetiach, byli dla siebie bardzo koleżeńscy, choć raczej nie utrzymywali ze sobą kontaktów prywatnych. Kiedy Tato ciężko zachorował i nie mógł już pisać, koledzy pomagali mu oddając część swojej wierszówki. W tamtych czasach wierszówka była dzielona na kolegium redakcyjnym, a stanowiła pokaźną część miesięcznych zarobków.


Ojciec przez wiele lat pełnił funkcję sekretarza odpowiedzialnego w redakcji. Oznaczało to adiustację tekstów kolegów, ustawiczne kontakty z drukarnią, użeranie się z cenzurą, która nie chciała „puścić” jakiegoś materiału i konieczność natychmiastowego zastąpienia go innym, wybór fotografii, decyzje o grafice, dosłownie wszystko. Musiał być w redakcji do końca procesu edytorskiego, aż do podpisania numeru do druku. Kiedy zjawiał się w domu o trzeciej, czwartej nad ranem już w poniedziałek, przywoził ze sobą gotowe egzemplarze pachnące mocno farbą drukarską. 


Jako dziecko często chodziłam do drukarni, bo lubiłam obserwować prace linotypistów i drukarzy, zapach papieru drukarskiego i proces drukowania gazet. Raz nawet przyprowadziłam tam moją klasę szkolną na wycieczkę. Ale nie mogłabym pracować jako dziennikarka (to uczynił mój brat Krzysztof – również pracując krótko w „Tempie”) byłoby to zbyt stresujące. Może jednak atmosfera domu rodzinnego miała wpływ na to, że jako prawnik całe dorosłe życie zawodowe poświęciłam prawu prasowemu i dziennikarstwu. Kto wie?

 

IZABELA DOBOSZ





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty