Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Mistrzostwa Świata > Wiadomości MŚ 2010
AFRYKA Z KRAKOWA Jerzego Cierpiatki (22): By przeciwnika swoją techniką zgnieść...2010-07-08 12:34:00 Jerzy Cierpiatka

Tuż pod koniec pierwszej połowy wczorajszego meczu Hiszpanów z Niemcami zabiła mi klina FIFA. Szarżował Mesut Özil i padł na murawę, ale nie rozległ się gwizdek. Komentator stacji ARD przyznał za moment, że sędzia słusznie puścił grę. I była to racja, Özil najwyraźniej nie trzymał kontroli nad piłką i żadnego faulu na nim nie popełniono. Mecz w Durbanie prowadził Viktor Kassai, węgierski handlowiec. Kassai? Dawno temu już słyszałem to nazwisko. Ale w baskecie, duet sędziowski Kassai - Parsbro (Szwecja) należał do najlepszych w Europie, a chyba nawet w świecie. I składał wizyty również pod Wawelem, w tej samej do dziś hali Wisły. Kassai senior nosił imię Erwin i śmiało może (mógł) być dziadkiem Viktora. Prawda to czy fałsz? Nie wiem, śledztwo prowadzone drogą internetową utknęło w martwym punkcie. Ale sprawa nie jest zamknięta. Ktokolwiek wie, jest proszony o kontakt. Z Michałem Listkiewiczem włącznie.

Viktor Kassai prowadził wczorajsze zawody sprawnie, walczące strony nie przysporzyły mu żadnych kłopotów. Zachowały sterylną czystość, każdemu obserwatorowi meczu wręczając do rąk lancet. Po wykrojeniu z całości taktyki (pod tym względem Vicente del Bosque nie wygrał z Joachimem Löwem i vice versa) pozostała goła prawda. Stricte piłkarska. Wygrała drużyna bezapelacyjnie lepiej operująca futbolówką, na wyższym poziomie technicznym i bogatsza w rezerwowe zasoby. Ta ostatnia kwestia wiąże się z postacią Pedro, który wczoraj wyszedł z mundialowego cienia. Niemcy po przymusowej stracie Thomasa Müllera nie byli w stanie zapełnić tej luki. U Hiszpanów miejsce niestety wciąż cherlawego Fernando Torresa pierwotnie było przymierzane dla Cesca Fabregasa, ale as Arsenalu nie zaistniał choćby przez sekundę. Del Bosque odważył się bowiem postawić na Pedro i wygrał na tym wielką sprawę. Młodzian z Barcelony pokazał się ze znakomitej strony, a przy okazji był szczęściarzem. Uniknął boiskowego linczu, który mógłby go spotkać, gdyby egoizm Pedro przy wspólnej ucieczce z Torresem przypłaciła Hiszpania katastrofą.

Do niej na szczęście nie doszło, co prowadzi do banalnego wniosku, że futbol bywa czasem zwyczajnie sprawiedliwy. W Durbanie nie było żadnej dyskusji odnośnie kwestii komu należał się awans. Było coś znamiennego w tym, że poprzez zademonstrowanie kapitalnej gry odebrali Hiszpanie mnóstwo argumentów niemieckiej stronie. Już w trakcie meczu, a po ostatnim gwizdku tym bardziej, musiała ona uznać prymat mistrzów Europy. Philipp Lahm, Manuel Neuer, Miroslav Klose czy Günter Netzer byliby fałszerzami faktów, gdyby postąpili inaczej. Netzer, wielki as lat 70., (choć nie całkiem usatysfakcjonowany przez Helmuta Schöna, który w najważniejszych momentach MŚ ’74 dał pierwszeństwo Wolfgangowi Overathowi), nie byłby sobą, gdyby nie wyeksponował znaczenia techniki. Niemcom jej nie brakuje, to oczywiste. Ale wczoraj, podczas gry najczęściej obligatoryjnie prowadzonej na małej przestrzeni, wielkość Hiszpanów ujawniła niemieckie niedostatki. Tenże element techniki, w zespole Löwa bardzo dobry, ale w drużynie del Bosque rewelacyjny, zrobił aż taką różnicę. Wczoraj naprawdę chodziło głównie o to, „by przeciwnika swoją techniką zgnieść”. Jak w starym ludwinowskim hymnie...

Wspomniałem powyżej o przestrzeni życiowej. Z chwilą, kiedy Hiszpanie wywalczyli sobie możliwość wyprowadzania błyskawicznych kontrakcji, natychmiast ujawniła się również pod tym względem maestria Xaviego. Bodaj trzy podania precyzyjnie rzucane w kierunku Pedro i Toprresa były bardzo podobne do siebie. Cholernie dokładnie, z nadaniem piłce odpowiedniej rotacji, co bezpośrednio otwierało drogę do bramki Neuera, albo wprowadzało niemiecką defensywę w stan głębokiego niepokoju. Taki stan rzeczy zaistniał od chwili wygrania przez Carlesa Puyola kolejnej bitwy powietrznej. Warto zwrócić uwagę na impet, z jakim Puyol i Gerard Pique wyskoczyli do piłki zacentrowanej z kornera przez Xaviego. Przecież, gdyby Puyol nie zmusił Neuera do kapitulacji, zapewne uczyniłby to skaczący pół kroku dalej Pique. Ale imponujące wrażenie sprawiała również skuteczność obu stoperów pod bramką Ikera Casillasa. Löw być może stałby się panem sytuacji, gdyby Toni Kroos wykorzystał jedyną niemiecką szansę po pauzie. Lecz Hiszpania miała takich okazji bez porównania więcej. I nie dała sobie zagrozić również w ostatnim fragmencie meczu, kiedy Niemcom - już z Mario Gomezem na boisku - pozostała tylko gra na aferę. Każda wrzutka w okolice pola karnego kończyła się zawsze jednakowo. Wygraniem przez Puyola bądź Pique podniebnej walki. Imponujące.

Po meczu każdemu łatwo być prorokiem. Mimo fantastycznych występów drużyny Löwa przeciwko Anglii i Argentynie wcale nie sądziłem, że również Hiszpania zostanie rozdarta na strzępy. Nigdy jednak nie przypuszczałem, iż mecz z Niemcami będzie znacznie łatwiejszy od dramatycznego boju z Paragwajem. Gdzie tkwiła przyczyna takiego stanu rzeczy? Po trosze w wyraźnie mniejszej niż wcześniej aktywności Niemców, których już nie było stać na trzeci fajerwerk z rzędu. Ale to przede wszystkim Hiszpanie sami ustawili poprzeczkę na poziomie niebotycznym dla rywali. Należy im się za to najwyższy szacunek. I premia w formie puenty, że są dokładnie tak samo bliscy tytułu jak Holendrzy.


Jerzy Cierpiatka



więcej wiadomości >>>

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty