Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Mistrzostwa Świata > Wiadomości MŚ 2010
AFRYKA Z KRAKOWA (21): „Złoto ” dla Europy, nareszcie2010-07-07 10:06:00 Jerzy Cierpiatka

Stało się. Pozakontynentalna wyprawa Europy po złote runo mundialu po raz pierwszy w historii zakończyła się pełnym powodzeniem. Nie wiadomo tylko, kto tego dokona. Holandia jest pewna, że otrzymała ostatnią szansę. O skutkach zderzenia Niemców z Hiszpanią dowiemy się dziś wieczorem.


Ile okazji zmarnował wcześniej Stary Kontynent? Dokładnie osiem, ale w różnych okolicznościach. W 1930 nie było o czym gadać, reszta stawki stanowiło tylko blade tło dla Urugwaju i Argentyny. Podobnie było dwadzieścia lat później, z tym że Argentynę zastąpiła Brazylia. Pierwsi przed prawdziwą szansą stanęli w 1962 Czechosłowacy, pod wodzą Rudolfa Vytlacila. Na podstawie obserwacji całego meczu w finale z Brazylią pod przysięgą zeznaję, że najsłabszym ogniwem naszych południowych sąsiadów był ich bramkarz, Viliam Schrojf. Przy strzale Amarildo Słowak zapomniał o strzeżenie krótkiego słupka. A wręcz tragicznie nieporadna była interwencja po „wrzutce” Djalmy Santosa, Vava musiał skorzystać z tego prezentu. Paradoks, że do półfinałowego meczu z Jugosławią (tam Schrojf obłaskawił Drażana Jerkovića) bratysławski golkiper zasłużenie zbierał znakomite recenzje.

Mundial w 1970 zakończył finał między Brazylią i Włochami. Italii bardzo wówczas podpadł enerdowski sędzia, Rudi Glöckner, za uznanie dla „canarinhos” gola na 3-1 (Jairzinho). Per saldo jednak Brazylia była zdecydowanie lepsza, choć Włochom nie zamknęły się jadaczki nawet w chwili, gdy Carlos Alberto omal nie rozerwał piorunującym strzałem siatki za plecami Enrico Albertosiego. W 1978 mogły decydować ostatnie sekundy i centymetry. Przy stanie 1-1 Robbie Rensenbrink trafił w słupek bramki Ubaldo Fillola, w dogrywce ujawniła się wyższość Argentyny nad Holandią. Osiem lat później też było blisko dogrywki, lecz Hans-Peter Briegel przysnął przy genialnym podaniu Diego Maradony do Jorge Burruchagi i RFN ostatecznie przegrała 2-3 z Argentyną.

Pierwszy, lecz niestety nie ostatni raz, o losach mundiali zadecydowały w 1994 dodatkowe karne. Wszyscy pamiętamy zawód sprawiony Italii przez jej asów, Franco Baresiego i Roberto Baggio. Z kolei dziś przeklinany przez Brazylię Carlos Dunga należał do grona piłkarzy dających jej wtedy radość. W 2002 sedno sprawy tkwiło w załatwieniu sprawy przez Ronaldo. Jemu przy pierwszym golu wyraźnie pomogło popełnienie błędu przez Olivera Kahna, którego śladem poszedł niebawem Gerald Asamoah. Brazylia była wtedy silniejsza od Niemców, teraz jest akurat odwrotnie.

Ale w finale na razie są tylko Holendrzy. Wcale nie podzielam zachwytów słyszanych od wczoraj o nadzwyczajnym poziomie twardego boju z Urusami. Mnie ten mecz wcale nie rzucił na kolana, co pośrednio wiąże się ze złą oceną ofsajdowych sytuacji przez jednego z liniowych asystentów Rawszana Irmatowa. Zarzut podstawowy dotyczy oczywiście gola strzelonego na 2-1 przez Wesleya Sneijdera. Sympatycznie prowadzący mundialowe studio Przemysław Babiarz mówił o wątpliwościach, których nie powinno być. Bowiem trudno w kategoriach kontrowersji potraktować fakt, że Robin van Persie znajdował się minimalnie na pozycji spalonej. A gdyby nawet przejść nad tym „detalem” obojętnie, to przecież właśnie van Persie skutecznie zasłonił pole widzenia bramkarza Fernando Muslery i jeszcze wykonał ruch nogą do piłki. Holandia zatem zyskała „kopa” w okolicznościach budzących sprzeciw. Ponadto, w pełni zgadzam się ze Stefanem Szczepłkiem, budziło irytację pobłażanie na grę faul ze strony Marka van Bommela. Ale te konkretne zarzuty wobec Irmatowa nie zmieniają postaci rzeczy, iż Holandia wygrała zasłużenie grę o wielki finał. Zaś uzbecki arbiter może ten mundial zaliczyć do bardzo udanych.

To samo zresztą odnosi się do piłkarzy Oscara Washingtona Tabareza. Grali przez cały turniej z ogromnym poświęceniem, niesamowitym duchem walki rzeczywiście mogli Urugwajczycy zaimponować. Nawet bez Luisa Suareza na szpicy wierzyli do ostatniej sekundy, choć siła rażenia musiała być bardzo zmniejszona. Paradoks chce, że słusznie komplementowany Tabarez  wierzył najmniej. Inaczej zostawiłby Diego Forlana na placu, nie zmieniał swego bezwzględnie najlepszego piłkarza przy stanie 1-3. Absolutnie rozumiałem intencje Tabareza, chciał zachować jak najwięcej sił Forlana na mecz o trzecie miejsce. Zarządzenie tej zmiany okazało się jednak decyzją pochopną. I być może właśnie sprytu Diego zabrakło w dramatycznej końcówce meczu, gdy Maximiliano Pereira dał zaskakującym strzałem sygnał, że jeszcze nie wszystko stracone...

Po sześciu meczach, z rzędu wygranych na mundialu, wiadomo że Holandia jest porażająco skuteczna. A jednocześnie wcale nie przekonuje stylem, tak znakomicie charakteryzującym zwłaszcza drużynę Rinusa Michelsa w 1974. Co lepsze, jeśli nie da się pogodzić obu tych żywiołów? Wiadomo, futbol jest przede wszystkim sztuką zwyciężania. Na razie Bert van Marwijk osiągnął dokładnie tyle, co Michels i cztery lata później austriacki strateg „Oranje”, Ernst Happel. Został finalistą mundialu. Ale będzie od nich lepszy wyłącznie pod warunkiem, że spełni się holenderski sen o „złocie”. W przeciwnym razie pamiętać będziemy tylko o drużynach Michelsa i Happela.


Jerzy Cierpiatka



więcej wiadomości >>>

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty