Miłościwie nam panujący premier Donald Tusk to drugi po swym węgierskim odpowiedniku - Wiktorze Orbanie, szef rządu, przynależny do gorliwych wyznawców futbolowej religii! Orban go wyprzedza, bo jest nie tylko młodszy, ale też dlatego, że jeszcze do niedawna występował w prowincjonalnej drużynie III ligi, bodaj jako bramkarz. W konkurencji zaś drużynowej, ekipa Tuska bije madziarski rząd na głowę, jako że uprawia futbol w sposób konsekwentny i systematyczny. Podobno jest tak, a mówię to na odpowiedzialność europosła Ryszarda Czarneckiego, że w Polsce mogłoby być ogłoszone zagrożenie atomowe ze strony rakiet średniego zasięgu, zlokalizowanych w wyrzutniach pod Kaliningradem, a chłopaki z naszego rządu i tak nie odpuściliby treningu na Konwiktorskiej!
Chwała Bogu, nie jestem w stanie sprawdzić tej hipotezy, ale kiedy oglądam satyryczny skecz pt. "posiedzenie Rady Ministrów", w którym Robert Górski gra Donalda Tuska, rozmaite myśli chodzą mi głowie. Satyra ma u nas wielkie wzięcie, dlatego niekiedy zastanawiam się, czy nie sięgnie czasem po kompetencje starożytnych pretorianów, obalających rzymskich cesarzy... Gdyby szukać na siłę dzisiejszych odpowiedników realiów politycznych Cesarstwa Rzymskiego, można w tę rolę ubrać naszych kiboli piłkarskich, którym właśnie podpadł nasz pan premier. W jego desperackiej szarży, polegającej na zamknięciu stadionów Lecha i Legii, odnajduję bardzo dużo aspektów słuszności, a jednocześnie podejrzenie o strzelenie gola do własnej bramki...
Samobój wynika ewidentnie ze słabości taktycznej zawodnika, który zdecydowanie źle ocenił siły przeciwnika. Tymczasem jako szef rządu powinien mieć dokładne rozpoznanie rosnącego potencjału ruchu kibolskiego, od dawna stosującego metody walki praktykowane przez terroryzm. Nie jest to w żadnym razie polska filia Al Kaidy, atoli w swoim repertuarze uwzględnia metody brutalnego nacisku i przymusu. W warunkach polskich górami Bora Bora, od dobrych 18 lat jawi się stadion warszawskiej Legii, a mudżaheddinami kibice spod znaku dawnej otwartej trybuny zwanej "Żyletą". To oni zainaugurowali próby wymuszania na PZPN odstąpienie od ze wszech miar sprawiedliwej i słusznej kary pozbawienia piłkarzy ich drużyny mistrzostwa Polski 1993, za to, że zostało zdobyte na drodze przekupstwa. Wówczas do akcji wkroczyły szwadrony kiboli, które usiłowały podpalić siedzibę PZPN, a na Ryszardzie Kuleszy wykonać wyrok unicestwienia fizycznego! To wtedy miało miejsce prawykonanie odwetowej pieśni stadionowej pt. "Jebać PZPN!" Warszawskie media na komendę sympatyzowały z taką oceną werdyktu wszelakich instancji związkowych i konsekwentnie dolewały oliwy do ognia szowinizmu klubowego. Ponieważ trudno było flekować ówczesnego prezesa PZPN, jak by nie było ekslegionistę - Kazimierza Górskiego, całe odium nienawiści skupiało się na Marianie Dziurowiczu. Obiektem ataków był wymarzonym. Po pierwsze, człowiek spoza Warszawy, po drugie przypisany do minionej epoki, po trzecie, kompletnie niemedialny i zastraszony, pozwalający wchodzić sobie na głowę. Eskalacja terroru nasiliła się do tego stopnia, że kibice Legii sprali po pysku krakowskiego delegata na zjazd PZPN, na którym odrzucono odwołanie Legii o przywrócenie jej tytułu.
A kiedy ministrem sportu został Jacek Dębski jazda na PZPN była stałym fragmentem stadionowej obyczajowości. Odwołując się do swojego kibolskiego życiorysu (ŁKS), pan minister dawał pełne błogosławieństwo skandowanym wulgaryzmom, upowszechniając je po całym kraju. To z jego gabinetu organizowano w 1998 roku operację bojkotu kolejki rozgrywek ligowych. Władzom klubowym trudno było się przeciwstawić dyrektywie w istocie ministerialnej, czyli państwowej, natomiast armia szalikowców Legii tym sposobem uznana została za rycerzy walczących z pezetpeenowskim smokiem zła! Nastąpiło niewyobrażalne gdzie indziej, zaaprobowanie chamstwa, a nawet jego swoista sakralizacja. Rozplenione po wszystkich stadionach wezwanie do "jebania PZPN" zostało publicznie zinterpretowanie jako przejaw słusznego gniewu społeczeństwa, któremu nie podoba się, a to prezes związku, to nic, że demokratycznie wybrany, a to cały zarząd, którego można zawieszać wedle woli ministra, mimo że każdy głupi wiedział, że jest to jawne naruszenie prawa.
Stadiony piłkarskie stały się dla każdego kibica, któremu nie podobało się jakiekolwiek orzeczenie sędziowskie, swego rodzaju agorą, na której wydawano co tydzień wyrok skazujący na PZPN. I chociaż wiadoma pieśń rozlega się zawsze wtedy, gdy arbiter gwizdnie na niekorzyść gospodarzy, uznawana ona jest w obiegu publicznym jako głos narodu, od którego nie ma odwołania. A że piłka nożna jest dobrem narodowym, to nie dziwota, że jego właściciel może na jej temat wypowiadać się nawet w sposób nieprzystojny. Po to, żeby zohydzić związek Dziurowicza, Listkiewicza, Laty, można poświęcić każde wartości!
Okazuje się, do czasu! Rozpanoszone towarzycho stadionowe, mając aprobatę dla swoich poczynań z oficjalnych kręgów państwowych i medialnych, rychło stało się miejscem robienia biznesów kryminalnych: handlu prochami, miejscem transakcji kradzionymi autami, rozliczeniami niepisanych faktur za usługi wymuszeń... Noszone na rękach przez dwie dekady bez mała, każdą próbę zdyscyplinowania i zaprowadzenia porządku przyjmowało ze świętym oburzeniem. "Piłka to my", lub "Bez nas nie ma piłki”, a kto nie podziela tego punktu widzenia staje się wrogiem publicznym! W tym miejscu władza państwowa spostrzegła się, że w gruncie rzeczy, nie tylko wykazuje się pośrednio akceptacją bandyterki, co gorsza uprawianej na wynos (burdy we Wiedniu, Wilnie, Kownie), ale i hoduje sobie pasożyta, który ją może połknąć...
Stąd próby zaprowadzenia porządku (masowe zatrzymania przed derbami Warszawy), stąd dwuletnia batalia sterników Legii o wyeliminowanie prowodyrów stadionowych samowolek. I wtedy okazało się, że wyhodowany dżin nie da się zagnać do butelki. Kilkanaście sezonów władania widowniami zrobiło swoje. Można było lżyć bezkarnie PZPN i jego ludzi, niby dlaczego nie można deptać dobrego imienia ministra spraw wewnętrznych (Grzegorza Schetyny), właścicieli Legii Jana Wejcherta (pośmiertnie) i Mariusza Waltera? Teraz kibolstwu podpadł sam prezes rady Ministrów, nic, że ongiś jeżdżący po Polsce za swoją Lechią Gdańsk szalikowiec. Więc należało go wziąć pod but, a żeby nabrał moresu, na ligowych stadionach zawisły hasła najwyraźniej antyrządowe. A że za parę miesięcy wybory parlamentarne, Tusk ma stchórzyć w obawie o losy swej rządzącej Platformy Obywatelskiej.
Nie chcę krakać, ale kibolski ruch terrorystyczny ma niebagatelne atuty. Jest zbiorowiskiem centralnie sterowanym, któremu podporządkowanych jest około ćwierć miliona żołnierzy. Spora ich część pójdzie do urn i zagłosuje zgodnie z dyrektywą. Opozycja wszelkiej maści już ten wiatr w żagle łapie i jest w stanie zbratać się z "dyskryminowaną, Bogu ducha winną, kochającą futbol częścią społeczeństwa". Wprawdzie Polska 2011 roku, to nie Bizancjum 532 roku, a Tusk to nie cesarz Justynian I Wielki, aliści powinien wiedzieć, jako absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego, że stadiony to całkiem dobre miejsca do wzniecania zamieszek antyrządowych. Aby zaprowadzić porządek w kraju w Konstantynopolu trzeba było wyrżnąć za sprawą Balizariusza 30 tysięcy widzów hipodromu, tylu, ilu nie przyszło na zamknięty stadion Legii...
Ryszard Niemiec
(GAZETA KRAKOWSKA)