Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
NARODZINY „PIŁKARZA”2026-03-20 10:52:00

W przedwojennym Krakowie rozpościerał się spod Wawelu całkiem interesujący widok na prasę sportową. 1921 to rok założenia „Przeglądu Sportowego”, dopiero po czterech latach przeniesionego do stolicy. A wręcz imperium dysponował Marian Dąbrowski, właściciel słynnego „Krążownika Wielopole”, gdzie miał siedzibę tygodnik „Raz, Dwa, Trzy”. Było to pismo stojące na fantastycznym poziomie edytorskim, bazujące na konkretnej informacji, ale i publicystycznie uderzające w wysokie tony.


Zaraz po okupacji należało podjąć próbę odrodzenia zdewastowanego rynku. Krakowski oddział PAP, za sprawą Stanisława Habzdy i Antoniego Targosza, już na wiosnę 1945 zaczął wydawać „Biuletyn Sportowy”, ale trwało to tylko kilka miesięcy i stanowiło uwerturę do wyzwań na większą skalę. W miejsce „Biuletynu” pojawił się ilustrowany tygodnik „Start”, redagowany przez Maksymiliana Stattera. W gronie jego współpracowników, oprócz Habzdy i Targosza, znaleźli się Irena Pancerz-Grabowska, Jan Rotter, Jerzy Janicki, Witold Zechenter, Stefan Gajos, Janina Michalak-Steinmetz, Jan Bujwid i Zygmunt Chruściński.


Wydawany przez „Dziennik Polski” czterostronicowy dodatek „Życie Sportowe” stanowił zalążek tygodnika „Sport i Wczasy”. Jego bazę stanowiły Katowice, stąd nie dziwi, że ostatecznie został wchłonięty przez coraz bardziej ekspansywny „Sport”. Zanim to nastąpiło, w krakowskim oddziale „Sportu i Wczasów” trwali na posterunku m.in. Antoni Targosz, Jan Rotter, Kazimierz Zimnal, Henryk Stoczkiewicz i Krystyna Malinowska. Niektórzy z wcześniej wymienionych będą się często pojawiać w opowieści o dziejach naszej gazety…


Deklaracja programowa

Pierwszy numer „Piłkarza”, protoplasty „Głosu Sportowca” i „Tempa”, ujrzał światło dzienne 9 marca 1948. Stanowił cotygodniowy dodatek sportowy do „Echa Krakowa”, które zaczęło ukazywać się trzy lata wcześniej. Kto spowodował, że „Piłkarz” stanął na środku boiska i rozpoczął mecz? Spiritus movens przedsięwzięcia był dr Leon Cieślak, sekretarz „Echa”, który zaraził pomysłem naczelnego, Władysława Machejka. Byli zgodni, aby wystartować u progu nowego sezonu. Wszak liga futbolowa była za pasem…


Na tytułowej stronie, ale gdzieś z boku i wcale nie u samej góry, zamieszczono tekst deklaracji programowej:


Do Czytelników


Bez wątpienia sportem, który najwięcej pasjonuje ludzi w Polsce jest piłkarstwo.


Wystarczy przyglądnąć się wypełnionym widowniom, wystarczy podsłuchać poniedziałkowe rozmowy w tramwajach, biurach, by zrozumieć, iż piłka nożna interesuje prawie wszystkich.


Nasz nowy dodatek sportowy „Piłkarz”, który dziś po raz pierwszy oddajemy w ręce naszych Czytelników, poświęcony będzie w przeważającej części piłce nożnej.


Od dokładnych sprawozdań z meczów, poprzez fachowe artykuły, omawiające najważniejsze zagadnienia w tej dziedzinie, do najdrobniejszych nieraz szczegółów z życia klubów czy zawodników, starać się będziemy dać Czytelnikowi wszystko, co związane jest z tą najpopularniejszą gałęzią sportu.


Podawać będziemy wyniki nie tylko meczów ligowych czy międzypaństwowych, ale i spotkań klas niższych, towarzyskich czy juniorów. Postaramy się w poniedziałkowym numerze uchwycić możliwie wszystkie imprezy piłkarskie z szczególnym uwzględnieniem krakowskiego terenu.

W „Piłkarzu” znajdzie się miejsce i dla innych sportów - proporcjonalnie do ich popularności i zainteresowania jakie wywołują.


W pracy swej liczymy na żywą współpracę naszych Czytelników. Razem z Wami prowadzić będziemy „Piłkarza”.


.
.

.
.

.
.

.
.

Numery piłkarskich butów…

Którzy dziennikarze podjęli się tego zadania? Prezentacji skromnego zespołu dokonano w wyraźnie żartobliwej formie. Na rysunku przedstawiającym drużynę znaleźli się Zygmunt Chruściński, Witold Horain, Marian Toliński, Alojzy Grzybowski i Tadeusz Dobosz, do tego dołączono krótkie charakterystyki dziennikarzy tworzących trzon redakcji. Chruściński nie obraził się, że wytknięto mu pisanie tasiemcowych artykułów, z których nawet po skróceniu zostają jeszcze co najmniej trzy pełne szpalty. Horain nie oprotestował, że gdy układa listy tenisowe, to zawsze znajdzie miejsce dla siebie. Ponadto był znakomitym bilardzistą. Grzybowski nie wnosił obaw o mogące go czekać konsekwencje zdania, iż nie lubi koloru czerwonego (bo tylko w sporcie…). Toliński mógł czuć się dowartościowany dopiskiem o pozostałej mu z kariery sportowej celności rzutu do kosza, dokąd z pozycji szefa redakcji wrzucał artykuły nie nadające się do druku. Najłagodniej został potraktowany beniaminek Dobosz. Nawet pochwalono go za encyklopedyczną wiedzę, dotyczącą numerów butów piłkarzy, ich stanów majątkowych i rodzinnych.


Gracz z Kohutem to za mało…

„Piłkarz”, skoro nazwa zobowiązywała, musiał na starcie uwzględnić, że już za kilka dni miała zainaugurować rozgrywki pierwsza liga. Stąd zawartość premierowego wydania zdominowały meldunki z najważniejszych krakowskich klubów. Do optymizmu panującego w Wiśle przekonywał jej prezes, dyr. Tadeusz Orzelski, choć legendarnego prawego łącznika, Mieczysława „Messu” Gracza martwiła sytuacja w ataku. Bo „(Józef) Kohut i ja to jeszcze trochę za mało”, zaś „(Władysław) Giergiel ma dyskwalifikację” (do maja). W opinii prezesa Stanisława Żura do pięknej przeszłości chciała nawiązać Cracovia, wierzył w nią kierownik sekcji piłkarskiej dr Ignacy Izdebski, zaś reprezentacyjny pomocnik Edward Jabłoński składał solenne przyrzeczenie, iż „damy z siebie wszystko”.


Formę piłkarzy Garbarni miał oszlifować czeski trener, przez prezesa Andrzeja Kuczalskiego jeszcze nie wymieniony z nazwiska. (W końcu nikt z Czechosłowacji w tamtym okresie do Garbarni nie dotarł i trzeba było korzystać z usług Franciszka (Eugeniusza) Wilczkiewicza, wielce zasłużonego dla klubu z Ludwinowa…). Do personaliów natomiast odniósł się as atutowy ataku „Brązowych”, Mieczysław Nowak, który ufał w umiejętności partnerów z formacji. Konkretnie miał na myśli Leopolda Parpana, Stanisława Lasiewicza, Mariana Foryszewskiego i Zdzisława Ignaczaka. Swoim reprezentantem w najwyższej klasie rozgrywkowej ponadto szczycił się w Małopolsce Tarnów. Zażartą walkę o każdy punkt deklarował kapitan Tarnovii, Rudolf Pyrich, ale - mimo obecności w składzie reprezentanta kraju, Antoniego Barwińskiego - ostatecznie nie wykonano tego zadania. Tarnovia w dramatycznych okolicznościach opuściła szeregi ligowe, to samo dotyczyło Garbarni, ale to akurat na jej stadionie miał się 5 grudnia 1948 rozegrać decydujący akt sezonu. Do słynnego meczu Cracovii z Wisłą wrócimy nieco później.


pilkarz11


Żegnając Mariana Tolińskiego

Po wydaniu zaledwie dziewięciu numerów spadł na redakcję potężny cios. Informował o tym opatrzony zdjęciem komunikat w żałobnej ramce:


„W dniu 10 maja 1948 o godzinie 3-ciej zmarł mgr Marian Toliński, kierownik działu sportowego „Echa Krakowa” i redaktor odpowiedzialny „Piłkarza”, członek Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Szwedzkiej, zarządu piłki ręcznej KS Cracovia, Wydziału Gier i Dyscypliny KOZPR-u, Związku Dziennikarzy i Związku b. Więźniów Obozów Koncentracyjnych.


Studia uniwersyteckie ukończył Zmarły na U. J. w r. 1939. W czasie łapanek ulicznych 3-go maja 1940 wpada w ręce siepaczy hitlerowskich i osadzony w obozie oświęcimskim przebywa tam aż do dni wyzwolenia.


W Oświęcimiu wraz z grupą innych więźniów bierze żywy udział w pracy konspiracyjnej, wykazuje wiele inicjatywy i mocy charakteru.


Po wyzwoleniu wraca do czynnego życia sportowego w K. S. Cracovia, gdzie prowadzi sekcję piłki ręcznej pań.


Po założeniu „Echa Krakowa” organizuje dział sportowy tego pisma, a 7 marca br. wychodzi z Jego inicjatywy specjalny tygodniowy przegląd sportowy „Piłkarz”.


Na wszystkich odcinkach życia zawodowego i społecznego, w których Zmarły brał udział, dał się poznać jako człowiek nieposzlakowanego charakteru i niezwykle uczynny.

Sport krakowski utracił przez Jego śmierć jednego z najcenniejszych swych działaczy.


Cześć Jego pamięci!

Redakcja „Piłkarza”


Tyle wersja oficjalna. Z tym sprostowaniem, że pierwszy numer „Piłkarza” ukazał się nie 7 marca, tylko dwa dni później. Zdecydowanie ważniejsze, iż Mariana Tolińskiego pożegnano na łamach nadzwyczaj serdecznie, co jak najbardziej oddawało jakże piękną cechę jego charakteru. Zygmunt Chruściński przypomniał sportowy fragment życiorysu, początki w krakowskiej Polonii, występy w szeregach siatkarzy, koszykarzy i szczypiornistów, działalność na niwie sędziów piłkarskich. Kartkę z kalendarza zerwał Tadeusz Mroczek. To, że Marian Toliński wrodzonym czarem i ujmującym obejściem umiał jednać sobie ludzi zaakcentował Ryszard Zdeb. O stracie życzliwego przełożonego napisał Antoni Ślusarczyk, który pamiętał Zmarłego jeszcze z czasów przedwojennych. Przebieg ostatniej rozmowy, na kilka godzin przed najgorszym, zrekonstruował Tadeusz Dobosz. O miłości do kwiatów, co było miarą Jego dobroci, wspomniała O. Musiałowa.


Zacytujemy w tym miejscu jednak kogoś innego, słynną później z telewizyjnych rozmów, prowadzenia festiwali piosenkarskich, a w ogóle z dziennikarstwa na wskroś doskonałego, Irenę Dziedzic, która od 1945 pracowała w „Echu Krakowa”:


- Marian, zlituj się, skończcie z tym sportem, przecież muszę złapać parę depesz…

- Już zaraz dziecko, sport jest przecież też ważny, jeszcze kilka minut posiedzę przy radiu - nie denerwuj się…

Podczas największego napięcia pracy w redakcji - zawsze spokojny i opanowany, umiejący natchnąć swym tak bardzo potrzebnym spokojem kolegów - oto jaki był Marian... Mimo że minęło już kilka dni od czasu, gdy Go pochowaliśmy - wierzyć się nie chce, że już nigdy...

Nigdy nie przyjdzie z jakąś bardzo ważną i zawiłą sprawą, którą tak cudownie zawsze potrafił „wyklarować”…

Nigdy nie powie: och, co za młyn, powiadam ci. A zaraz po tym: ale nic, jakoś zdążymy na czas...

Nie powie: może chcesz dobrego papierosa, może czarnej kawy? to ci dobrze zrobi.

Nie ma już komu „wypłakać w kamizelkę” wszystkich swoich małych i dużych kłopotów, na które tylko On umiał znaleźć mądre rozwiązanie…

Odszedł serdecznie dobry Człowiek, Kolega, Przyjaciel, a nam jest smutno, bardzo smutno…


Znany literat Tadeusz Hołuj nosił w oświęcimskim obozie koncentracyjnym nr 62937. Marian Toliński znalazł się w tym strasznym miejscu znacznie wcześniej. Najwcześniej jak tylko to możliwe…


„(…) Urodzony 23. III. 1915 r. w Krakowie, związany z tym miastem silnymi więzami uczuciowymi, dostał się w ręce gestapo już w maju 1940 r. i przetransportowany z krakowskiego więzienia do tarnowskiego znalazł się w pierwszym transporcie więźniów politycznych, którzy otworzyli krwawą historię obozu oświęcimskiego. Toliński, oznaczony obozowym numerem 49, niemal od początku związał swe osobiste losy ze szpitalem obozowym obozu głównego. Był tu jako pacjent, pielęgniarz, pracownik ambulatorium bloku 28 i apteki więźniarskiej. (…)


Drobny, szczupły Marian był człowiekiem skromnym i cichym, pogodnego usposobienia i wielkiego hartu ducha. Znano go z tej pogody, a nawet wesołości, nie podejrzewając, że pod nią kryje się ogromne wyczerpanie psychiczne, Marian bowiem przeżywał obóz dramatycznie, z „otwartymi oczyma”, z pełną świadomością tego, co się w nim działo. Praca w szpitalu, w samym centrum obozowego systemu oświęcimskiego, w nieustannym zagrożeniu, najtrudniejsze lata terroru nie pozbawiły go wprawdzie ani ludzkiej godności, ani prawości charakteru, przeciwnie, spowodowały zacięty upór w walce o zdrowie i życie współtowarzyszy, ale niszczyły siły psychiczne stale i coraz bardziej. (…)


Po wyzwoleniu ten zniszczony obozem człowiek natychmiast stanął do pracy w kraju. Pracując zawodowo jako redaktor sportowy „Echa Krakowa" poświęcał wiele czasu i energii działalności społecznej. Ofiarnie i bezinte­resownie pracował w Związku Byłych Więźniów Politycznych, był działaczem sportowym, sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego Przyjaciół Studentów WF. Ale organizm nie trzymał już tego trudu. Marian zmarł w maju 1948 r., szczerze żałowany przez rzeszę współ­towarzyszy obozu i pracy. (…)


Bezlitosny czas niszczy pamięć o takich jak on ludziach, choć dobro jakie czynił w okrutnych latach niewoli nie powinno pozostać w ludzkiej pamięci bezimiennie.”


W zachwytach nad „Pasami”

Mimo tej niepowetowanej straty trzeba było trwać na posterunku… Na łamach dominował oczywiście futbol, a zwłaszcza skrupulatny opis rywalizacji w ekstraklasie. Z krakowskiej perspektywy był to temat wdzięczny, choć nie całkiem. Po porażce z Cracovią dopełnił się parszywy los zdegradowanej Garbarni, mimo dzielnej postawy miejsca w elicie nie udało się zachować Tarnovii. Natomiast frapujący wyścig o tytuł toczyły „Pasy” i „Biała Gwiazda”, do wyłonienia mistrza niezbędny był dodatkowy mecz. Akurat na malowniczym obiekcie Garbarni, gdzie Cracovia stanęła z Wisłą na udeptanej ziemi. Dla skromnego zespołu redakcyjnego było to niewątpliwie bardzo trudne zadanie, również pod względem zachowania obiektywizmu. A przecież niektórzy dziennikarze też byli kibicami… Choćby z tego względu, niezależnie od sympatii, należało trzymać fason…


Z całej Polski zjechała na Ludwinów dziennikarska elita. M. in. Narcyz Suessermann, czyli znany z łamów Tadeusz Maliszewski, zaliczany do grona najwybitniejszych komentatorów piłkarskich. Z ramienia „Piłkarza” wytypowano do obsługi meczu trzech żurnalistów. Ukrytych pod inicjałami, ale ich rozszyfrowanie było dziecinnie proste. „Z. Chr.” to oczywiście Zygmunt Chruściński. „A. G.” - Alojzy Grzybowski. Zaś „T. D.” - Tadeusz Dobosz.


I właśnie jemu, omal debiutantowi w zawodzie, przypadło zadanie najbardziej odpowiedzialne: na kanwie opisu meczu skomentowanie jego różnorakich aspektów. Nad Cracovią rozpływał się w zachwytach („o żelaznym bloku ofensywy biało-czerwonych należałoby pisać w superlatywach”; „bracia Jabłońscy walczyli o lepsze z Gędłkiem i Glimasem”), ton opinii na temat gry Wisły był mocno krytyczny. Łącznie z uwagą, że „Kohut i Cisowski całkowicie zawiedli”. Dostało się również arbitrowi, z zawodu architektowi, który niebawem zaprojektował Stadion Śląski w Chorzowie. „Inż. (Julian) Brzuchowski z Warszawy nie miał swojego dnia. Cracovia jednak na pewno zapomni szereg krzywdzących decyzji sędziego”.


Czy zatem udało się „Piłkarzowi” zachować obiektywizm? Nie da się tego dokładnie zmierzyć. Ekipa obsługująca mecz składała się wyłącznie z sympatyków Cracovii, ale przy skromnym zasobie kadr swoboda manewru w kierunku zrównoważenia sympatii klubowych istniała tylko w teorii. Ponadto, w końcu to Cracovia wygrała najważniejszy mecz 3-1, więc siłą rzeczy musiała być lepsza…


Oprócz dokumentacji zdjęciowej - łącznie z „główkami” zwycięzców, co było sympatycznym zwyczajem ówczesnej prasy - zamieszczono garść drobiazgowych informacji statystycznych, a także skrajnie skomplikowany diagram graficznie obrazujący przebieg całego sezonu.


W następnym z nich, tym w 1949, obaj krakowscy potentaci zamienili się rolami. Triumfatorów spod znaku „Białej Gwiazdy” przedstawił Tadeusz Toliński, młodszy brat zmarłego rok wcześniej Mariana. Wprawdzie jeszcze przez wiele lat powinności piłkarskiego reportera spadały na barki pana Tadeusza, ale sądzić należy, że robił to bardziej z poczucia obowiązku niż z przyjemności. Żużel, rajdy motocyklowe i szeroko traktowane dyscypliny zimowe stanowiły żywioł dziennikarza, który pracował w „Tempie” aż do śmierci.


Gdy Bierut przegrał ze Stalinem

Delegacyjne wyjazdy zagraniczne należały w tamtych czasach do absolutnej rzadkości. W czerwcu 1948 kulisy sromotnej klęski w Kopenhadze (Dania - Polska 8-0) relacjonowano zdalnie, więc anonimowo. Natomiast jesienią 1949 można było pochwalić się obecnością specjalnego wysłannika do Vitkovic, gdzie Czechosłowacja pokonała Polskę 2-0. Zrobiła to zasłużenie, w grze biało-czerwonych było mnóstwo przykrych momentów, zwłaszcza po zmianie stron. Zaskakujące, że nie szczędzącym krytycznych uwag komentatorem meczu był ktoś nie związany etatowo z „Piłkarzem”, zaś znany później jako wzięty fotoreporter prasowy, obsługujący m.in. Olimpiadę ’52 w Helsinkach. Nazywał się Otto Link i mieliśmy przyjemność wiele lat później osobiście go poznać. Prezentacji dokonał Krzysztof Mrówka, pan Otek był jego wujkiem. Tak, tak, ten sam Krzysiek, który na oścież otworzył łamy „Tempa” przed ligą angielską…


Szans na ucieczkę przed ingerencją polityki w zawartość tygodnika nie miał „Piłkarz” żadnych. Zresztą jak wtedy każdy tytuł… To były nakazy płynące odgórnie, bez możliwości jakiegokolwiek oprotestowania. W urzędowych tekstach przesyłanych z zewnątrz nie wolno było zmienić kropki, ani przecinka. Raz nawet, na co zaklinali się najstarsi drukarze, urzędowa dyrektywa określała grubość ramy żałobnej. Tak ponoć było, gdy w marcu 1953 cały naród, ba, cały postępowy świat płakał nad trumną Józefa Stalina. „Piłkarz” oczywiście musiał robić to samo. Niezmiernie rzadko w historii pisma czerwony kolor winiety, zdecydowanie większej niż normalnie, zmieniono na czarny. Stalin musiał być dyktatorem nawet po śmierci. Z czterech kolumn „Piłkarza” zabrał dla siebie tylko trzy…


A niejako przy okazji zdecydowanie wygrał w korespondencyjnym pojedynku z Bolesławem Bierutem. Temu z kolei rok wcześniej, z okazji 60. urodzin, złożono serdeczne życzenia. Ekspozycja sylwetki Bieruta zajęła całą stronę tytułową, wszak z drobnym bonusem. Oto na kolumnie następnej wykrojono jeszcze miejsce na opublikowanie zobowiązań ludzi sportu z tej niebywałej okazji. Dominowały meldunki o składaniu zobowiązań, oczywiście przekraczających stuprocentową normę. Nie ulega kwestii, że nie tylko w tej sytuacji brylował w rankingu przodowników skądinąd ceniony zawodnik Garbarni (wtedy Włókniarza) Stanisław Lasiewicz.


Natomiast nie udało się uratować Ethel i Juliusa Rosenbergów przed krzesłem elektrycznym, choć wolności dla małżonków szpiegujących na rzecz Sowietów żądali piłkarze NRD. Informacja na ten temat znalazła się na łamach „Piłkarza”. Dwight Eisenhower widać jednak nie należał do czytelników tygodnika…


Skazany na zapomnienie

O jedne sprawy walczono bardzo, tematy niewygodne były potraktowane milczeniem. Jakby niektórzy ludzie w ogóle nie istnieli. Mimo skrupulatnego wertowania łamów nie udało się znaleźć żadnej informacji o przedwczesnej śmierci Stanisława Żura, byłego prezesa Cracovii w pierwszych latach powojennych. Nie było mu po drodze z władzą ludową, ale za „Pasy” dałby się pokrajać… Najpierw pozbawiono go funkcji, a później skazano na zapomnienie. Zatem, ani słowa o prezesie Żurze nawet wtedy, gdy odszedł stąd do wieczności.


Tej cenzury z całą pewnością nie nałożyli redaktorzy „Piłkarza”, tym bardziej, że większość z nich zdecydowanie sympatyzowała z Cracovią, a nawet była jej czołowymi zawodnikami. Więc kto? Z całą pewnością czynniki polityczne, sekujące osoby niepokorne. To niewątpliwie tam wymyślono informacyjny szlaban na Stanisława Żura, choć jeszcze przed zjazdem zjednoczeniowym PPR i PPS w grudniu 1948 o takich jak Żur jeszcze pozwalano pisać. Łaskawie…


Z własnym sędzią…

Niektóre ze stricte sportowych inicjatyw „Piłkarza” były godne poparcia, inne niekoniecznie. Temat do dyskusji wywołał znany przede wszystkim z pracy radiowca, ale i współpracujący z „Piłkarzem” Witold Zakulski. Opublikował on w dwóch odcinkach rozważania dotyczące „eksperymentalnej tabeli układu sił piłkarskich w Europie”. Wynikał z nich niekwestionowany prymat Węgrów, rzeczywiście wówczas najlepszych na świecie. Zgadzało się też coś innego: omal na szarym końcu stawki, bo 20. miejsce „biało-czerwonych”. Polska wyprzedzała tylko Szwajcarię, Portugalię, Irlandię, Norwegię, Finlandię i Luksemburg. W odniesieniu do Portugalczyków trudno byłoby w to dzisiaj uwierzyć. O ile tekst Zakulskiego wzbudzał kontrowersje, to z politowaniem należało potraktować zachwyty nad fenomenalnym poziomem radzieckich sędziów piłkarskich. Byli stawiani za wzór dla naszych rozjemców. Zdarzyło się na stadionie Wisły (wtedy Gwardii…), że słowo stało się ciałem. W tym sensie, że na mecz z „Białą Gwiazdą” przyjechało Dynamo Tbilisi z własnym sędzią, Czchaturaszwilim. Kto w to uwierzy? A jednak…


Ważniejsze, że w tych ponurych czasach było wiele gestów sympatycznych. Tuż obok tytułowej winiety latem 1948 zamieszczono zdjęcie Zbigniewa Turskiego, opatrzone krótką informacją o zdobyciu przez niego złotego medalu igrzysk w Londynie. Bohater siedział przy fortepianie, bo światowy laur był nagrodą za skomponowanie „Symfonii olimpijskiej”. Dzieła docenionego nie tylko przez melomanów.


Z kolei w odcinkach urokliwie snuł przedwojenne wspomnienia Zygmunt Chruściński, który prowadził pismo po zgonie Mariana Tolińskiego. Trwało to cztery lata, pod koniec maja 1952 „Piłkarz” stracił kolejnego szefa. I znów trzeba było uderzać w żałobne tony… Postać godną swego miejsca w książce „Poczet związkowych legend”, którą w 2021 roku z okazji swego 110-lecia wydał Małopolski Związek Piłki Nożnej. Autorami byli Jerzy Cierpiatka, Jerzy Nagawiecki i Ryszard Niemiec, czyli niegdysiejsi dziennikarze „Tempa”. Tym bardziej mamy moralne prawo, aby opublikować fragmenty tego opracowania.


.
Zygmunt Chruściński. Fot. Archiwum rodzinne Chruścińskich.

Zygmunt Chruściński: „Pasiaste serce”

W latach 20. ubiegłego wieku - bardziej pasujących do zdjęć w fotoplastikonie, niźli telewizyjnego przekazu w wersji 4K - monumentalne Camp Nou jeszcze w ogóle nie było uwzględniane w planach urbanistycznych. „Barca” grała na Camp de Les Corts, obiekcie znacznie mniejszym, choć i tak wystarczająco dużym, aby niósł się na nim doping wielu tysięcy gardeł. 15 września 1923 wizytę złożyła tam Cracovia, otwierając kartę międzynarodowych występów polskich drużyn. Nie tylko z historycznych powodów to był cenny wpis. Sportowo też wyglądało to dostojnie. Padł remis 1-1, co bez wątpienia stanowiło powód do chwały. Dla całej drużyny i osobiście zawodnika, który zmusił do kapitulacji sławnego Ferenca Plattkę. To bohater niniejszego tekstu, Zygmunt Chruściński.


Najpierw, po zagraniu Jana Reymana, trafił w słupek. Już po zmianie stron nie zyskał przychylności arbitra, który z powodu ofsajdu anulował gola. Ale w tzw. międzyczasie, jeszcze przed pauzą, miała miejsce akcja, która znalazła się w protokole bramkowym. „Wreszcie w 38 minucie wyrabia Kałuża dogodną pozycję i oddaje Chruścińskiemu, który zdobywa pięknym strzałem pierwszego goala dla Cracovii przywitanego dość skąpemi oklaskami widowni. I znów Cracovia w przodzie - Chruściński strzela w słupek” - relacjonował „Przegląd Sportowy”, choć nie tylko on obszernie opisywał wyprawę Cracovii do Katalonii. Bo i „Tygodnik Sportowy”, „Sport” (jeszcze nie ten katowicki…), ”Ilustrowany Kuryer Codzienny”, „Stadjon”… Obfite w komplementy dla „Pasów”, mimo wysokiej porażki w rewanżu, były łamy hiszpańskiej prasy. „La Tribuna”, „El Correo Espanol” czy „El Mundo Deportivo” z dużym uznaniem przyjęły grę Cracovii.


Zygmunt Chruściński był zawodnikiem doskonałym. Na miarę dziewięciu występów w drużynie narodowej oraz trzech tytułów mistrzowskich Cracovii, której derbowe boje z rywalką po drugiej stronie Błoń miały znaczenie szczególne. Atrakcyjny afisz ma to do siebie, że nigdy nie martwi się o czas akcji. Ta kwestia pozostaje wtórna wobec rangi wydarzenia. Jeśli jest o dużym ciężarze gatunkowym - wszystko gra… W przypadku meczów Cracovii z Wisłą rywalizacja toczy się już na przestrzeni wieków, a mimo to kolejne pokolenia wciąż chcą być świadkami pasjonującej gry. Do oglądania nikogo nie trzeba specjalnie zapraszać. Krakowski fenomen, jakby na sprawę nie patrzeć.


Derby pod Wawelem to hasło magiczne. Podnoszące poziom adrenaliny u piłkarzy (to normalne) i dziennikarzy (już nie całkiem). Żurnaliści od momentu rozpoczęcia rywalizacji między Cracovią i Wisłą chcieli być w wysokiej formie. Tropili afery (wzmocnienie się przez Wisłę czeskimi graczami, winowajcą był akurat ktoś o nieposzlakowanej reputacji, czyli Adam Obrubański). Przestrzegali (aby wiślak Stefan Śliwa za pomocą protezy ręki straconej na wojnie nie narażał na szwank zdrowia, a może nawet życia konkurentów). Alarmowali (by przemarzniętych do szpiku kości futbolistów ogrzać szklanką mleka z pobliskiej mleczarni). Oskarżali (nawet Henryka Reymana, gdy nie chciał się pogodzić z decyzją sędziego i został wyrzucony z boiska, a wraz z legendarnym snajperem solidarnie zeszła cała drużyna). Bili na alarm (po wspólnym zdemolowaniu krakowskich ulic ponad dwie dekady wstecz).


Bywały czasy, gdy prestiż derbowych bojów podobno podnosili wysocy dygnitarze partyjni i państwowi, a także miejscowi notable. Również elity intelektualne i artystyczne Krakowa chętnie wplatały się w stadionowy tłum. M.in. dlatego, że na boisku też była uprawiana sztuka, tyle że o innym charakterze. Przychodziły na stadiony często, ale to derby stanowiły dzień świąteczny. Sytuację nadzwyczajną. Coś, co nie zdarza się na co dzień. Okazję, aby przez dwie godziny dumnie i zarazem gwałtownie ujawniać duszę namiętnego kibica, a nie przedstawiciela artystycznej bohemy.


.
Cracovia, 1930. Zygmunt Chruściński idealnie w centrum, nad nim z lewej strony Józef Kałuża. Fot. Archiwum rodzinne Chruścińskich


Boiskowi aktorzy też byli jak się patrzy. Przemawiający do publiczności ogromem umiejętności piłkarskich i charyzmą postaci. W okresie międzywojnia takimi symbolami byli Józef Kałuża i Henryk Reyman. Każdy z nich wyznawał inny dekalog klubowy. Kałuża - Cracovii, Reyman - Wisły. Czasem jednak ta linia podziału mierzonego honorem ukochanych drużyn zanikała. Gdy chodziło o wspólną, krakowską sprawę.


A jak odczuwał atmosferę derbów Zygmunt Chruściński? Odniósł się do sprawy w publikacji zatytułowanej „Święta wojna”:


„Najcięższe pod względem nerwowym były mecze z lokalnym i „odwiecznym” rywalem - Wisłą. Obojętne było czyśmy dany mecz wygrali, czy też zakończył się on porażką, spotkania te kosztowały nas (a przypuszczam, że i naszych przeciwników) dużo nerwów. Chodziło bowiem - jak to zresztą i dzisiaj się dzieje - o prestiż lepszej drużyny.


Miałem w drużynie Wisły swych najlepszych przyjaciół, lecz na boisku, w czasie gry - nie widziałem ich, zapominałem o nich - byli tylko przeciwnikami, bo takimi stawali się z chwilą rozpoczęcia meczu. Jestem przekonany, że to uczucie było także ich udziałem i oni też zapominali o tym. Przed meczem i po meczu byli to najmilsi koledzy, z którymi chętnie i miło roztrząsało się miniony mecz i dyskutowało te, czy inne - dobre lub złe pociągnięcia. W ferworze walki zapominało się o niejednym, mając tylko na myśli: - zwycięstwo dla barw naszego klubu! Ale tak, jak Henryk czy Jan Reymanowie, lub Balcer, Gieras, Kaczor, Koźmin, Kotlarczykowie czy Makowski byli dobrymi „wiślakami” i kochali swój klub i dla niego walczyli o palmę pierwszeństwa - tak i ja, jak i moi koledzy kochali swój klub - Cracovię!


Ukochali ją nie tylko dzisiejsi, lecz i dawni jej gracze, mili chłopcy, najlepsi jej przyjaciele i wzorowi członkowie: Synowiec, Mielech, Cikowski, Kubiński, Styczeń, Strycharz, Malczykowie, Węglowski, Szumiec, Mitusiński i bracia Zastawniakowie. Bo klub, w którym spędza się najpiękniejsze swoje młodzieńcze lata, klub który wychowuje, uczy szlachetnego postępowania w grze - a zatem i w życiu - klub, który uczy walczyć i pokonywać przeciwnika w grze i pokonywać przeciwności w życiu, klub który uczy przywiązania do swych barw - jest jak najlepsza i najukochańsza matka, którą czcić i szanować należy!”


Przesłanie zawarte w słowach Chruścińskiego nigdy nie powinno stracić na aktualności.


W latach 20. XX wieku, Chruścińscy zamieszkali na Półwsiu Zwierzynieckim, przy ulicy Słonecznej 4. Zygmunt był już wtedy czołowym piłkarzem Cracovii i bliżej mu było na stadion, na mecze i treningi właśnie ze Słonecznej. Wcześniej, jeszcze w czasach austriackich, mieszkał na Czarnej Wsi, tam w Czarnowiejskim KS stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Prawdziwa kariera zaczęła się jednak po I Wojnie Światowej, gdy zapisał się właśnie do Cracovii. Mieszkanie naraił mu dr Lustgarten, który też mieszkał na Słonecznej… Wszak cała ta dzielnica była zawsze „pasiasta”! Nawet tamtejszy proboszcz – słynny ksiądz infułat dr Ferdynand Machay, działacz Narodowego Komitetu Obrony Spisza, Orawy, Czadeckiego i Podhala, zanim został proboszczem mariackiej fary, był wiernym kibicem Pasów i nieformalnym kapelanem Cracovii! To na ulicach Półwsia kopali piłkę młodzi chłopcy – późniejsi słynni piłkarze Bolesław Kotapka, Mieczysław Szumiec, Zygmunt Alfus, ale biegały tam za szmacianką również wybitne postaci polskiej kultury: wielki aktor Gustaw Holoubek, wybitny rzeźbiarz Konstanty Laszczka, wielebny ksiądz Mieczysław Maliński – późniejszy przyjaciel Ojca Świętego, a nawet późniejszy peerelowski premier Józef Cyrankiewicz! Zwierzyniecka kolebka futbolu, chciałoby się powiedzieć…


Do Podgórza rodzina Zygmunta Chruścińskiego przeniosła się w 1939 roku, z pięknego mieszkania przy ulicy Słonecznej 4, skąd wyrzucili ich hitlerowscy najeźdźcy. Po wojennych peregrynacjach rodzina Chruścińskich już nie wróciła na Półwsie Zwierzynieckie. Zamieszkała w obszernym mieszkaniu przy ulicy Retoryka. Piękna kamienica projektu Teodora Talowskiego z inskrypcją „festina lente”. To był prawdziwy krakowski salon i to nie ze względu na piękno mieszkania czy thonetowskie meble. Goście bywali tu znakomici, a rzec można spotykała się tu śmietanka towarzyska powojennego Krakowa! Oczywiście z przewagą zaprzysięgłych miłośników Cracovii. Kilka razy w tygodniu do Chruścińskich, a później do wdowy po Zygmuncie, wpadali na kawkę lub herbatkę, ciastko i lampkę likierku, ludzie przez lata związani z „Pasami”.


Pani Lustgartenowa – wdowa po legendarnym doktorze, państwo Reymanowie, których serca po części zajmowała tradycja wiślacka, Stanisław Cikowski – słynny piłkarz, reprezentant Polski, a później ginekolog położnik, który wszak odbierał narodziny kolejnych Chruścińskich, czy wreszcie Doboszowie, Otfinowscy i oczywiście Henryk Martyna – choć rodowity krakus – przez lata związany z warszawską Legią, wielki miłośnik zakąsek i ciast wszelakich. Po kolejnym kieliszku wybornej naleweczki towarzystwo siadało do kart. Grano głównie w remika, rzadziej w brydża. Podczas gry często można było usłyszeć przeróżne anegdotki. A to o butach Kałuży, o łysinie Stycznia, nogach Synowca, lwowskich przygodach Kuchara, szmoncesach Munia Sperlinga i zdrajcach, którzy porzucili Cracovię: Marianie Łańce, Józefach Nawrocie i Ciszewskim. Oczywiście również na wesoło, dogadując przy tym Martynie i Reymanowi…


Z licznych fotografii zachowanych w domowym archiwum Chruścińskich przebija ogromna elegancja, z jaką nosił się Pan Zygmunt. Tak było zawsze. Jeszcze w latach przedwojennych, gdy był kierownikiem działu sportowego „Expressu Ilustrowanego”. Z tego okresu pochodzi bezcenne zdjęcie ze Stanisławą Walasiewiczówną… Ten szyk zachował także po okupacji, kiedy współpracował z PAP-em i „Startem”. No i oczywiście w „Piłkarzu”, w którym od pierwszego numeru towarzyszył Marianowi Tolińskiemu, by wkrótce przez cztery lata redagować tygodnik cieszący się dużą popularnością.


.
Wspólne zdjęcie Zygmunta Chruścińskiego z mistrzynią olimpijską, Stanisławą Walasiewiczówną. Fot. Archiwum rodzinne Chruścińskich.


Przekaz o Zygmuncie Chruścińskim zawdzięczamy Jackowi Chruścińskiemu, cenionemu muzykowi (m.in. „Wawele”), który choć nigdy nie poznał Dziadka, to kultywuje Pamięć o Nim.


Zygmunt Chruściński (ur. 17 lutego 1899 w Krakowie, zm. 29 maja 1952 tamże) – polski piłkarz występujący na pozycji pomocnika lub napastnika, reprezentant Polski w latach 1924–1932, trener piłkarski, dziennikarz sportowy.


W Cracovii trenował od 1912 roku, ale do pierwszej drużyny przebił się w roku 1919. Występował w niej do końca swojej kariery. Początkowo grał w ataku, później cofnięto go do pomocy. Jest jednym z dwóch obok Stanisława Malczyka zawodników, który ma w dorobku trzy tytuły mistrzowskie w piłce nożnej i wicemistrzowski w 1934 roku. W Cracovii (w latach 1919–1935) rozegrał 422 mecze, co było do roku 1957 klubowym rekordem. Dziewięciokrotnie (w latach 1924–1932) reprezentował barwy narodowe, strzelając jednego gola, w premierowym występie przeciwko USA. Dwukrotnie był kapitanem reprezentacji. Po zakończeniu kariery piłkarskiej był trenerem, prowadził Garbarnię Kraków, RKS Czechowice, TS Mościce, KS Chełmek oraz Cracovię.


Był kierownikiem działu sportowego w „Echu Krakowa” i jednym z założycieli tygodnika „Piłkarz”, którego był po Marianie Tolińskim redaktorem naczelnym. To z „Piłkarza”, poprzez „Głos Sportowca”, wywodziło się niezapomniane „Tempo”. Zmarł nagle w wieku 53 lat, został pochowany na cmentarzu Rakowickim. Jego syn Leszek grał również w Cracovii, aktywnie działał w KOZPN, ale i współpraca z „Piłkarzem” nie była mu obca. Zaś wnuk Jacek Chruściński napisał popularną piosenkę kibiców Cracovii pt. „Pasiaste serce”.

Został odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi.


.
.

.
.

.

Tadeusz Dobosz: filar redakcji

Przez trzy lata po zgonie red. Chruścińskiego, aż do ostatniego numeru „Piłkarza”, nie miał on formalnie nowego redaktora naczelnego. Wedle dr Bogdana Tuszyńskiego kierownictwo redakcji pełnił duet Tadeusz Dobosz - Antoni Ślusarczyk. Byli młodzi, nie brakowało im energii ani pomysłów. Domenę Dobosza stanowił futbol, kochał go i znał się na nim. Cieszył się estymą piłkarskiego eksperta nie tylko w lokalnym środowisku, ceniono go w całym kraju. Lubił hokej na lodzie, uwielbiał tenis stołowy. Zainteresowania Ślusarczyka również sięgały innych dyscyplin, choć związków z futbolem też nie uniknął. Stanowiąc później kierownicze ogniwo w dziale sportowym „Echa Krakowa”, który to dział długo relacjonował wydarzenia pod Wawelem na łamach „Przeglądu Sportowego”, w początkach lat 80. został Antoni Ślusarczyk zastępcą redaktora naczelnego „Tempa”.


Tadeusz Dobosz miał zdolność do analitycznego ujmowania tematów. Kiedyś wziął na tapet rolę boiskowego łącznika, jako mózgu linii ofensywnej, na przykładach czołowych polskich zawodników: Mieczysława Gracza, Gerarda Cieślika, Jerzego Krasówki czy Teodora Anioły. Przy innej okazji uzasadniał dlaczego pozycja kierownika ataku (czyli środkowego napastnika) stanowi piętę achillesową zespołów ligowych. Szukał też źródeł niepowodzeń: „dlaczego Stal Nowa Huta opuściła drugą ligę?”


Był autorem kilku tomików poezji, a także hymnu piłkarskiego, który znał cały Kraków. Kulisy tej sytuacji grubo później odsłonił stadionowy bard, Aleksander „Makino” Kobyliński. Sprawa dotyczyła połowy lat 70. ubiegłego wieku:


- Poprosiłem redaktora Dobosza, aby napisał piosenkę o Wiśle i Cracovii. On poszedł do szpitala, bo był bardzo chory. Powiedział mi, że w związku z tym chyba tego nie napisze. A ja mówię: - Zróbmy tak. Ja pójdę do Pana do szpitala i będę błagał przy łóżku. Zobaczy Pan, że wyzdrowieje. I napisał, to było na 70-lecie Cracovii i Wisły: „70 lat stuknęło dwóm klubom w Krakowie”. Nazwał to „Święta wojna”. Śpiewałem to później przez wiele lat. A teraz nie śpiewam, że nie 70 lat stuknęło, tylko 106… (Aleksander Kobyliński zmarł 14 maja 2025 roku – JC) Dobosz był wspaniałą postacią. Miał wątpliwości, na jaką melodię napisać. Zasugerowałem, aby na melodię krakowiaka. On: ale jakiego krakowiaka? Ja: - Zna Pan „Kto wypowie twoje piękno Krakowie prastary?”. To Doboszowi idealnie przypasowało i napisał. Ale niektórym do tej pory nie pasuje ten wers o garbatej doli Cracovii. Zapominają, że Cracovia była wtedy w III lidze i przeżywała wielki kryzys. Dobrze chociaż, że sławny szatny Jan Wiecheć tego nie dożył…


Na ringu w Warszawie

Wróćmy jednak do „Piłkarza”, który w pierwszej połowie 1953 szeroko otworzył łamy dla boksu. Szykowały się warszawskie mistrzostwa Europy, do których uwerturą był turniej w Poznaniu o krajowy prymat. Pojawiła się z tej okazji w roli żurnalisty postać cokolwiek enigmatyczna: Zbigniew Namysłowski. Kto zacz? Dla fanów polskiego jazzu postać wręcz kultowa, ale z działalności dziennikarskiej całkowicie enigmatyczna. Od razu uprzedzamy, że nie jesteśmy w stanie rozwikłać zagadki pod tytułem „Namysłowski”. Poza tym, że z całą pewnością nie był to mistrz saksofonu, miał wtedy zaledwie 14 lat. Ale czy Namysłowski-żurnalista w ogóle istniał? Czy aby, z bliżej nieokreślonych powodów, wymyślono postać fikcyjną, choć później o personaliach bezapelacyjnie słynnych?


Z rozszyfrowaniem wysłanników „Piłkarza” na turniej w Hali Mirowskiej już nie było żadnych problemów. Wbrew temu, co napisano kilka akapitów wcześniej, gdzie nie było mowy o boksie, red. Dobosz zajął się tą dyscypliną. Właśnie on był autorem obszernego komentarza, w którym dominowały zachwyty nad fantastyczną postawą polskich pięściarzy. Inne aspekty imprezy, która wzbudziła szczery zachwyt w całym kraju, poruszał w swych tekstach red. Ślusarczyk.


Sądząc ze zdjęciowej ekspozycji na stronie tytułowej, największą popularnością cieszył się „czarodziej ringu”, czyli Leszek Drogosz. Zdjęcie Drogosza - czyżby dlatego, że był naszym najmłodszym mistrzem Europy? - znalazło się u samej góry, tuż obok tytułowej winiety. Henryka Kukiera, Zenona Stefaniuka, Józefa Krużę i Zygmunta Chychłę postawiono nieco niżej, ale i tak w centrum. Tak czy inaczej, wszyscy oni byli „dziećmi” Feliksa Stamma. A raczej Sztama, bo spolszczona wersja nazwiska słynnego trenera wtedy obowiązywała powszechnie. O ocenę turnieju poproszono m.in. jednego z najlepszych polskich sędziów, Klemensa Bogdanowicza. Jeśli nas pamięć nie myli, miał swój zakład fryzjerski w Krakowie, ale przy okazji ME wziął się za „strzyżenie” innych sędziów. Bogdanowicz skrytykował zwłaszcza tych rozjemców, którym zdarzały się zbyt często pomyłki w punktowaniu. Dodajmy z obowiązku, że byli to szczególnie sędziowie z państw zachodnich…


Nastrój powszechnej radości został jednak zmącony. Z treści nekrologu zamieszczonego na pierwszej stronie wynikało, że (w wieku zaledwie 37 lat) zmarł Rafał Praga, redaktor naczelny „Expressu Wieczornego". Miało to miejsce na kortach Legii akurat ostatniego dnia bokserskiego championatu. Do triumfu polskich pięściarzy wielekroć wracał zafascynowany boksem Daniel Olbrychski. Choćby dwie dekady później, w sympatycznych pogawędkach z trenerem Stammem, którego słynny aktor był „podopiecznym” w trakcie realizowania filmu „Bokser”. Ale skąd Olbrychski w kontekście zgonu Pragi? Ponieważ właśnie on był przez rok ukrywany przez rodziców Daniela, w ich mieszkaniu, podczas okupacji. Gdy już po wojnie ojciec Olbrychskiego szukał pracy, właśnie redaktor naczelny „Expressu” dał mu dorywczo zatrudnienie. Zaś Daniel Olbrychski do dziś zachowuje Rafała Pragę w miłej pamięci, po prostu jako dobrego człowieka…


WP w Nowej Hucie

Już w następnym numerze po bokserskiej victorii w Hali Mirowskiej nastąpiło pójście za ciosem przez „Piłkarza”. Oto opublikowano zatytułowany „Najmłodsza kadra” fragment powieści Jerzego Orlewskiego. To tylko jeden z przykładów nawiązaniem współpracy z literatami, przed którymi otwarto łamy tygodnika. W „Piłkarzu” gościły zatem teksty Wojciecha Natansona, Tadeusza Kwiatkowskiego, Jerzego Bobera czy Ryszarda Kosińskiego. Trzy dekady później prof. Władysław Kwaśniewicz wyzna publicznie, że marzy mu się „Tempo” literackie…


Powieść Orlewskiego dotyczyła boksu, a ściślej treningu adeptów tej dyscypliny pod okiem instruktora Kawuli w „Domu Młodego Hutnika”. Nowa Huta zagościła na łamach gazety nieco wcześniej, dosłownie dwa tygodnie. Gdy „Kryterium na trasie Kraków - Nowa Huta (było) ostatnim akordem VI Wyścigu Pokoju”. Nie było więc żadnego przypadku, że towarzyszyła temu „Potężna manifestacja mieszkańców Krakowa na rzecz pokoju”. Jakiej rangi wydarzeniem był ten kolarski wyścig, jak mocno zapadł w pamięć? Ceniony trener piłkarski Władysław Łach, jako chłopak z Grębałowa wtedy naoczny świadek wjazdu kolarzy do Nowej Huty, jeszcze sześć dekad później zaklinał się, że nigdy nie zapomni tamtych scen. Bo to autentycznie było wielkie święto…


Bez zginania karku

Z urokliwej „kreski” zamieszczonej 2 stycznia 1950 z okazji setnego numeru „Piłkarza” wynika, że pracowali przy nim: Zygmunt Chruściński, Tadeusz Dobosz, Alojzy Grzybowski, Antoni Ślusarczyk, Tadeusz Toliński, Jerzy Bibel, Adam Książek, Tadeusz Mroczek, Witold Zakulski, Władysław Walczycki i jako żeńska ozdoba redakcji Krystyna Segda. Niewątpliwie trzeba dodać do tego grona Tadeusza Sołtykowskiego, krakowskiego korespondenta katowickiego „Sportu”. Niektórzy na etatach, inni w charakterze współpracowników. Niekiedy jest niezmiernie ciężko odtworzyć choćby szczątkowe życiorysy, tyle lat minęło… Na przykład nie mamy potwierdzenia, że Władysław Walczycki to ostatni konspiracyjny komendant „Szarych Szeregów” w Bieżanowie, choć ta wersja jest prawdopodobna.


Bodaj pod koniec 1952 trafił do zespołu Zbigniew Ringer, rozpoczynając wieloletnią przygodę z żurnalistyką, przede wszystkim sportową. Zaczął od dyscypliny, którą lubił bardzo, czyli narciarstwa. W Zakopanem trwał czterodniowy mecz narciarski między miejscowym CWKS a czechosłowackim ATK. Królem skoków, co nie dziwiło wcale, okazał się Stanisław Marusarz, zaś red. Ringer ponad wszelką wątpliwość obsługiwał toczące się równolegle narciarskie mistrzostwa województwa krakowskiego, gdzie w rywalizacji wsi przodował Nowy Targ.


Później, już w „Dzienniku Polskim”, został Ringer na długie lata kierownikiem działu sportowego i cenionym, acz niekiedy mocno kontrowersyjnym felietonistą. Najpierw autorem „Tygodnia w sporcie”, a później „Bez dogrywki”. Można polemizować z niektórymi poglądami, ale nikt nie był w stanie podważyć, że felietony Ringera cechował osobisty charakter. Jak uczyli w dobrej szkole dziennikarstwa.


Relacjonował wydarzenia bardzo różnego kalibru. Od prowincjonalnych aren aż po te największe, rangi igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Po powrocie z Olimpiady w Rzymie, wraz z Ryszardem Malinowskim (z „Gazety Krakowskiej”, również współpracował z „Piłkarzem”) dzielił się wrażeniami podczas spotkań z udziałem licznego grona czytelników. Był miłośnikiem gór, nart i turystyki, współtwórcą Polskiego Stowarzyszenia Prasy Lokalnej. Jak gdzieś napisano, był człowiekiem, który nigdy przed żadną władzą nie zgiął karku. Czasami za dużą cenę. Z początkiem lat 80. ubiegłego wieku właśnie w kategoriach kary należało potraktować jego krótkotrwały powrót do „Tempa”…


Ile jest warte 10 groszy?

Z kolei w innym sensie wrócił do Krakowa dr Stanisław Mielech. Tu kończył studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tu był filarem Cracovii. Tu jeszcze w międzywojniu współpracował z lokalną prasą sportową, a w okresie już powojennym trafił na łamy „Piłkarza”. Czasem niekiedy z nietypową dla siebie tematyką, na przykład opieki lekarskiej nad sportowcami w ZSRR. Paradoks, że z tekstem sąsiadowała anonimowa publikacja, że „coraz niżej spada piłkarstwo w titowskiej Jugosławii”. A przecież akurat na futbolu znał się dr Mielech, autor m.in. „Goli, faulów i ofsajdów”, doskonale… Wkrótce pojawił się na łamach „Piłkarza” już w ulubionej materii, na marginesie nowych metod szkolenia piłkarzy.


W gronie współpracowników redakcji znalazł się również Leszek Chruściński, syn Zygmunta. Był dyrektorem „Miastoprojektu”, biegle władał niemieckim, ale z tłumaczeniami z innych języków też sobie radził. Włącznie z węgierskim, zapewne korzystając z pomocy ojca. Wszak Zygmunt Chruściński w latach błyskotliwej kariery piłkarskiej w Cracovii musiał mieć styczność z tym językiem, skoro trenerem „Pasów” był we wczesnych latach 20. Węgier Imre Pozsonyi… Z tekstów Leszka Chruścińskiego duże wrażenie wywołała m.in. dogłębna analiza szans sportowców radzieckich przed igrzyskami w Helsinkach. Niektóre z tych prognostyków sprawdziły się, inne nie. Jak w sporcie…


Na łamy „Piłkarza”, choć incydentalnie, trafił również Jan Rotter, który przekonywał, że „w sporcie znajdziesz siły i zdrowie do pracy”… Tej epokowej postaci poświęcimy później wiele uwagi.


Nakład „Piłkarza” wynosił średnio 50-60 tys. egzemplarzy, w zależności od rynkowych potrzeb „Echa Krakowa”, którego jak wiadomo stanowił dodatek sportowy. 9 lipca 1951 centralną postacią na okładce był bramkarz AKS (wtedy Budowlanych) Chorzów Antoni Janik, popisujący się na Ludwinowie efektownymi paradami w meczu z Garbarnią (wówczas Włókniarzem). Ale bodaj najistotniejsza informacja mieściła się w tytułowej ramce. Podano w niej cenę „Piłkarza”, pierwszy raz sprzedawanego oddzielnie. Wynosiła 10 groszy. Drogo? Pewnikiem nie, skoro dopiero 2 maja 1955 „Piłkarz” przeobrażał się w „Głos Sportowca” i mógł to zrobić w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.


JERZY CIERPIATKA


pilkarz_1948_1_page1.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty