Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
W miejsce PIŁKARZA - GŁOS SPORTOWCA2026-03-26 10:35:00

Jak najbardziej słusznie zadbano o to, aby „Głos” od razu rozległ się donośnie. Zaś jego redaktorzy dynamicznie przystąpili do akcji. Czytelników powitano okolicznościowym wstępniakiem, w którym zaakcentowano, że na nowych łamach nie będzie miejsca na uprawianie monokultury piłkarskiej (co zgodnie z własnym szyldem czynił poprzednik) i że oprócz innych dyscyplin redakcja szeroko otworzy łamy również dla turystyki. Jaki wybrać czas akcji?


Fotki cyklistów

 

Najlepiej równo ze startem ósmej edycji „Wyścigu Pokoju”, który zaczynał rywalizację od Pragi. Nie omieszkano odnotować, że uczestników tej popularnej imprezy przyjął ówczesny prezydent Czechosłowacji, Antonin Zapotocky.

 

glosSportowcaNr1


Zapewne w trosce, aby cykliści nie pomylili kierunków zamieszczono dokładną trasę całego wyścigu. Nie zabrakło pełnej listy startowej. Naszą drużynę, co nie dziwiło wcale, potraktowano na specjalnych prawach. Zamieszczono fotki wszystkich reprezentantów, którymi byli: Grzegorz Chwiendacz, Eligiusz „Elek” Grabowski (jego ówczesna małżonka zostanie później żoną Roberta Gadochy…), Władysław Klabiński, Stanisław Królak, Henryk Łasak i Mieczysław Wilczewski. Sąsiadowali numerami z Gustavem „Taeve” Schurem, który wkrótce wygra klasyfikację indywidualną. Ale za rok na ustach wszystkich będzie Stanisław Królak, zanim polskiego triumfatora „WP” jacyś nasi „stróże moralności” sportowej postanowią zdyskwalifikować…

 

Uchylając kapelusza przed Pietrzykowskim

 

Inną wielką imprezą, która w roku 1955 skupiała uwagę były bokserskie mistrzostwa Europy w Berlinie Zachodnim. Do Cetniewa, w celu śledzenia ostatniej fazy przygotowań podopiecznych Feliksa Stamma, pojechał służbowo Zbigniew Olesiuk. Dokonano przeglądu kadr najgroźniejszych rywali. Jednym z nich był broniący tytułu z Warszawy ’53 enerdowski pięściarz Ulrich Nitzschke. Nikt jeszcze nie wiedział, że w późniejszych latach wybierze wolność w tej drugiej części Niemiec i tam zostanie zawodowym bokserem.

 

Polacy spisali się w Berlinie doskonale, choć już nie tak imponująco jak dwa lata wcześniej. Tytuły mistrzów kontynentu wywalczyli Zenon Stefaniuk, Leszek Drogosz i Zbigniew Pietrzykowski, przed którego wielką klasą uchylali kapelusza gospodarze turnieju. Telewizja była wtedy w powijakach, poza gazetami podstawowy nośnik informacji stanowiło radio. Wysłało na ME dwóch doświadczonych dziennikarzy: Witolda Dobrowolskiego i Tadeusza Pyszkowskiego. Sprawozdawali na antenie o cokolwiek dziwnych porach. O 22:00, o 22:20, a najpóźniej popłynęli na falach eteru podczas podczas wieczornych walk finałowych. Za dziesięć minut wybijała północ…

 

Święto światowej młodzieży

 

Pod względem propagandowym bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem był V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie. Zamieszczono obszerny fotoreportaż o otwieranym Stadionie Dziesięciolecia. Zgodnie z prawdą napisano, że takiego obiektu jeszcze w Polsce nie było. Niebawem powstał następny kolos, w Chorzowie, który w przeciwieństwie do zamienionego na bazar Stadionu Dziesięciolecia do dziś pozostaje areną sportową. Na otwarciu festiwalu pojawiła się cała wierchuszka polityczna: Bolesław Bierut, Jakub Berman, Józef Cyrankiewicz, Edward Ochab, Aleksander Zawadzki. Dla Władysława Gomułki to jeszcze nie była odpowiednia pora… Relację z rozpoczęcia światowego zlotu napisał Zbigniew Ringer, ponadto reporterami byli Antoni Targosz, Tadeusz Dobosz, Zbigniew Olesiuk i Karol Hig.

 

W trybie interwencyjnym

 

Oferta „Głosu Sportowca” była różnorodna, choć czasem odnosiło się wrażenie nieco przypadkowego wyboru tematów. Stąd zamieszczanie tasiemcowych terminarzy spotkań, albo mnóstwa tabel, co pochłaniało sporo miejsca. Ale docierano w różne strony. Barbara Grajnert (a raczej chyba Greinert, bo pod tym nazwiskiem figuruje w spisie współpracowników „Tempa”) zderzyła z rzeczywistością projekt budowy podgórskiego kombinatu sportowego (wtedy jeszcze Włókniarza, a już wkrótce Korony) przy ul. Kalwaryjskiej (wtedy Pstrowskiego). Za ciosem poszedł Kazimierz Zimnal, który publicznie pragnął dowiedzieć się dlaczego zwleka się z budową Domu Turysty.

 

Też w trybie interwencyjnym Antoni Targosz przedstawił nieciekawą sytuację piłkarzy Tarnovii. M.in. oddał głos dwóm zawodnikom tego zasłużonego klubu. Były reprezentant kraju Antoni Barwiński i Jan Kotfis (akurat stryj Marka, który trzy dekady później był filarem futbolowej drużyny „Tempa”) zgodnie stwierdzili, że „przy lepszej opiece nad nimi i kolegami istnieją poważne możliwości uratowania drużyny od spadku”. Słowo niestety nie stało się ciałem, Tarnovia została zdegradowana.

 

Innym miejscem, gdzie nie działo się dobrze była Nowa Huta, gdzie „ze sportem jeszcze trudno”. Za to „w Trzebini zrobili coś z niczego”.

 

Hasselbuscha pamiętał Rudzki!

 

Piłkarze krakowscy, występujący w najwyższej klasie rozgrywkowej, od czasu do czasu pokazywali się z dobrej, albo wręcz doskonałej strony. Wisła (wtedy jeszcze Gwardia) odprawiła z trzybramkowym bagażem ekipę mistrzów Polski, czyli Polonię Bytom (wówczas Ogniwo). Bydgoska imienniczka bytomian, jeszcze jako Gwardia, z braćmi Norkowskimi w składzie, zdecydowanie przegrała u siebie z Garbarnią 0-3. Do dubletu Wilhelma Glajcara dołożył swoje trafienie reprezentant Henryk Bożek.

 

Nie umknęło uwadze nazwisko arbitra. Tym stołecznym sędzią był Zdzisław Hasselbusch, którego przedwojenne występy piłkarskie w Huraganie Wołomin pamiętał słynny aktor Kazimierz Rudzki. Gdyby nie dwie porażki na finiszu rozgrywek „garbarze” mogli skutecznie powalczyć o wicemistrzostwo kraju. Zanim nastał ten dramatyczny dla Ludwinowa finał przyszło pożegnać zmarłego Gustawa Batora, przedwojennego asa „Brązowych”. Wbrew rozpowszechnianym później wersjom Bator nie zginął w obozie koncentracyjnym, de facto zmarł właśnie w 1955 roku. Równo dekadę po zakończeniu wojny, więc nie w obozie…

 

O narybek dbano również na łamach „Głosu Sportowca”. Ofensywie krakowskiej młodzieży poświęcono fotoreportaż z Błoń i Krzemionek, Jan Rotter uzupełnił to tekstem o szalenie popularnym w tamtych czasach „turnieju dzikich drużyn”. Odwiedzano również inne miejsca na piłkarskiej mapie Krakowa. Były to na przykład takie kluby jak Bieżanowianka, Kabel (jeszcze jako Stal Kabel), Wanda Nowa Huta (wtedy Budowlani) i Dębnicki (wówczas Sparta, a teraz znów Tramwaj). W tej ostatniej drużynie przykuły uwagę dwa nazwiska. Stanisław Szymczyk stał się wkrótce filarem Cracovii, z kolei z Janem Ryszką, wieloletnim trenerem, przychodziło redaktorom często spotykać się w… drukarni. Zgodnie z długo wykonywanym przez niego wyuczonym zawodem metrampaża.

 

Personalia awanturników

 

W innym miejscu tygodnik wdał się w polemikę z katowickim „Sportem”. Był to głos w obronie krakowskich arbitrów, ponoć postponowanych przez żurnalistów ze Śląska. W tejże samej „mozaice piłkarskiej” odniesiono się do bandyckich zachowań trzech kibiców nowosądeckich, którzy obrzucili kamieniami sędziego Henryka Diducha z Tarnowa, „raniąc go poważnie”. Po pięciu awanturach obiekt Sandecji (wówczas Kolejarza) został zamknięty na sześć miesięcy. A winowajcy? Ich personalia zostały ujęte kompleksowo: z imienia, nazwiska i adresu zamieszkania.

 

Winą za zły stan rzeczy obarczano nie tylko chuliganów. Na łamach dostało się działaczom i trenerowi Sparty Dębniki, Zbigniewowi Sroczyńskiemu, którzy spowodowali przedwczesne, demonstracyjne zejście piłkarzy z boiska. Sędziowie futbolowi łamali przepisy, mylili się na potęgę, zaś Henryk Bobula - jednocześnie zawodnik i trener Kolejarza (później Prokocim) – „grał brutalnie i obrażał sędziego”. Znany krakowski bokser Leszek Kudłacik upił się i urządził bijatykę. Zawodnicy LZS Czyżyny grali bez ważnych kart zdrowia, „kibice” LZS Brzezie pobili piłkarzy LZS Wiśnicz.

 

„To smutny rejestr wypadków z ostatnich dni” - sprecyzowano czas akcji, którym towarzyszyła obojętność, bądź bierność ze strony władz sportowych. „Czy wypadki te znalazły właściwy oddźwięk w tych organizacjach, czy działacze kół - co należy do ich podstawowych obowiązków - z miejsca zajęli odpowiednie stanowisko i pociągnęli do odpowiedzialności oraz ukarali winnych? - pytano na łamach „Głosu”. I niestety było to pytanie retoryczne.

 

Nie od razu, ale jednak władze Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej podjęły uchwałę o darowaniu bądź złagodzeniu kar dla działaczy i sportowców. Z oczywistych względów nie mogło się to odnosić do Dzierżoniowa, bo stamtąd właśnie podjęto próby „pozyskania” utalentowanych juniorów Cracovii. Kaperownicze praktyki zostały napiętnowane w interwencyjnym artykule, którego tytuł mówił wiele: „Handel żywym… juniorem”. Do sprawy wrócono, gdy władze centralne zdyskwalifikowały głównego kaperownika, niejakiego Gielatę, na pięć lat. Nie tylko zdaniem „Głosu”, który domagał się dyskwalifikacji dożywotniej - za nisko.

 

„Gdzie tkwi źródło kaperownictwa?” - publicznie zastanawiał się na łamach instruktor piłki nożnej, Lucjan Zuzia. Listy do redakcji, ale już „Tempa”, słać będzie regularnie jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku.

 

Pełna szczerość…

 

Tematykę zagraniczną podejmowano rzadko, od czasu do czasu. Skrótowo omówiono artykuł zamieszczony przez największy tytuł prasy sportowej w Europie, „L’Equipe”. Francuski dziennik postawił w 1955 roku intrygującą kwestię: „w Melbourne czy gdzie indziej?” - tam za rok miały się odbyć igrzyska olimpijskie. Póki co w Krakowie zaproszono czytelników do kina. Na ekranie można było obejrzeć film traktujący o Olimpiadzie w… Helsinkach (1952). Słowem, aktualności z myszką…

 

Pewnikiem dla politycznej poprawności obok zamieszczono fragmenty materiału „Deutsches Sportecho”, enerdowska gazeta alarmowała FIFA, że piłkarzom NRD odmówiono wiz wjazdowych do Włoch. Na tytułowej stronie wyeksponowano, że futboliści Kraju Rad pokonali rywali z Niemiec Zachodnich 3-2, ówczesnych mistrzów świata. Wrażeniami z tego spotkania podzielił się naoczny świadek wydarzenia na Łużnikach, ceniony szkoleniowiec Zygmunt Jesionka.

 

Krajem Rad zachwycano się przy każdej okazji, zwłaszcza w chwilach podniosłych. „Sportowcy polscy wraz z całym narodem witają radośnie XXXVIII rocznicę Wielkiej Rewolucji” - informował od góry pierwszej strony ogromniasty tytuł opatrzony okolicznościową laurką. Począwszy od roku 1920 i III Zjazdu Komsomołu odtworzona została chronologia wydarzeń, w każdym przypadku oczywiście istotnych. W konkluzji nie omieszkano zaakcentować, że „wielkie osiągnięcia radzieckiego sportu wzorem i zachętą dla sportowców polskich, którzy dzisiaj w 38. Rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej przesyłają swe serdeczne pozdrowienia całemu narodowi radzieckiemu i jego sportowcom”. Słowem, pełna szczerość... Co do tego dodać?

 

O boksie w Nowej Hucie

 

Może to, iż zdobycie złotych medali przez radzieckich hokeistów na Olimpiadzie w Cortinie d’Ampezzo skomentowano obszernym materiałem, w którym oczywiście nie mogło zabraknąć zaakcentowania, że w pokonanym polu znaleźli się Kanadyjczycy. Naszym bohaterem, brązowym medalistą w kombinacji norweskiej, był zakopiańczyk Franciszek Gąsienica Groń. Ten medal ogromnie ucieszył matkę, która na łamach „Głosu” przekazała, że "z Franka to dobry sportowiec, żołnierz i syn”.

 

Wyraźny kryzys przeżywał krakowski boks, więc głowiono się nad znalezieniem dróg poprawy. Zanim to nastąpiło wskazano winnych. Byli to członkowie Wojewódzkiej Rady Trenerów, którzy pracowali źle. Coraz głośniej zaczęło być o pięściarzach z Nowej Huty. Za kilka lat, pod wodzą Bronisława Olejniczaka, staną się w kraju potęgą. Na razie odniesiono sukces organizacyjny. Oto właśnie w Nowej Hucie rozegrano mecz międzypaństwowy Polska - Węgry (16-4). Najwięcej pochwał zebrali Tadeusz Walasek i Zbigniew Pietrzykowski, jeszcze nie występujący w swych sztandarowych kategoriach (Walasek - średnia, Pietrzykowski - półciężka). Licznie zgromadzoną publiczność witał dyrektor Kombinatu Antoni Czechowicz.

 

Akurat w Nowej Hucie niestety rozegrała się awantura. Podczas zabawy wdało się w bójkę i dopuściło kradzieży dwóch bokserów Hutnika: Dadok i Dziadura. Zawieszone zostało kierownictwo sekcji, zaś jej pięciu zawodników zdyskwalifikowano i wykreślono z klubu. Byli to: Mordarski, Synowiec, Chmura, Wołoszyn i wspomniany wcześniej Dziadura. Za to po „przykrych wypadkach w Nowej Hucie” jakoś upiekło się Dadokowi.

 

Wracając na chwilę do krakowskiego WKKF… Od swego startu był „Głos Sportowca” jego organem. Stąd nie dziwił wcale obszerny wywiad udzielony Antoniemu Targoszowi przez przewodniczącego Mariana Kadowa, który roztaczał nowe perspektywy pracy działaczy sportowych. Przy innej okazji tenże działacz agitował, aby każdy sportowiec był członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej…

 

Krótka samodzielność

 

Redakcja mieściła się początkowo w lokalu przy Rynku Kleparskim 4. Jeśli nas pamięć nie myli, dokładnie pod tym samym adresem urzędowała krakowska cenzura.

 

Później przynależał „Głos” do „Dziennika Polskiego” (Wielopole 1), następnie ogłosił 1 maja 1957 roku, że staje się pismem samodzielnym. „Redakcja Głosu Sportowca pragnie nadal najszerzej rozwijać współpracę z działaczami sportowymi Krakowa i województwa krakowskiego oraz podnosić poziom pisma, aby mogło z pełną odpowiedzialnością spełniać swe zadania propagandowe i informacyjne” - napisano w okolicznościowym wstępniaku. W krótkim okresie samodzielności (prawdziwej czy rzekomej?) w skład redakcji wchodzili: Antoni Targosz (redaktor naczelny), Tadeusz Dobosz (sekretarz), Jan Rotter (członek kolegium), Kazimierz Zimnal i Ryszard Malinowski. Wcześniej pracujący w „Piłkarzu” i „Głosie Sportowca” Zbigniew Ringer od 1 maja 1957 został kierownikiem działu sportowego „Dziennika Polskiego”. Wkrótce trafił „Głos” pod opiekuńcze skrzydła „Gazety Krakowskiej”…

 

RotTolZimRin

Przy stoliku, na środkowym planie, czwórka dziennikarzy krakowskich. Od lewej: Jan Rotter, Tadeusz Toliński, Kazimierz Zimnal i Zbigniew Ringer. Fot. z archiwum Barbary Rotter-Stankiewicz


GSstopka


Już w połowie lat 50. ubiegłego wieku dochodziło do spektakularnych meczów Aktorzy - Dziennikarze. Ludzie pióra wygrali z ludźmi sceny wyraźnie (4-1), pokonanym na otarcie łez pozostało strzelenie gola przez Mariana Cebulskiego. W zupełnie innej roli niż zwykle wystąpili znakomici piłkarze: Mieczysław Gracz (Wisła) i Tadeusz Parpan (Cracovia) byli tym razem sędziami.

 

Po raz trzeci bliska wywalczenia tytułu mistrza kraju była Garbarnia, apetyty zaostrzyło zdecydowane zwycięstwo nad Wisłą (3-0). O bramce, kapitalnie zdobytej przez Glajcara, mówiono pod Wawelem przez kilka dekad. Dwie porażki na Ludwinowie, z Legią (CWKS) Warszawa i Zagłębiem (Stalą) Sosnowiec nie pozwoliły na mistrzowską fetę. Przebieg pierwszego z tych meczów uwiecznił na kliszy fotograficznej Jan Borek. Zaś sprawozdawał Jan Rotter.

 

Z wizytą przyjaźni w Chinach

 

Tenże redaktor w regularnych meldunkach informował o pamiętnym wyjeździe piłkarzy Garbarni do Chin. Była to wizyta oficjalna, podczas jednego z meczów witał „Brązowych” premier Czou En-laj (Zhou Enlai), najbliższy współpracownik Mao Tse-tunga (Mao Zedonga). Kto informował o przebiegu tournee? Raz była to attache prasowa, pani Lobman, kiedy indziej pracownik referatu prasowego ambasady, magister Bartoszek. (U redaktora Rottera akcentowanie cenzusu wykształcenia było regułą). Na cóż więc zwrócił magister Bartoszek uwagę, na chwilę odchodząc od futbolu? Ano, że wśród suwenirów przywiezionych przez krakowskich piłkarzy robił furorę album „Wit Stwosz”, choć pewnie nie tylko.

 

Co się stało z Bierutem?

 

„Garbarze” nieoczekiwanie poczekali w Moskwie na kontynuację powrotu do kraju. Pierwszeństwo musiał mieć samolot z trumną Bolesława Bieruta na pokładzie. Towarzysz „Tomasz” nagle zmarł w stolicy Kraju Rad, snuto na ten temat przeróżne teorie spiskowe. Wręcz intrygujące, że o śmierci Bieruta, ani o jego pogrzebie, nie było na łamach „Głosu” dosłownie nic. Nieboszczyk przepadł jak kamień w wodę…

 

Początkowo sądziliśmy, że rocznik 1956 nie jest w „Jagiellonce” kompletny. Kilku numerów istotnie brakuje, ale te z marca akurat są kompletne. Więc co się zdarzyło, skoro w „Przeglądzie Sportowym” żegnano Bieruta na kolumnach całych, a w „Sportowcu” nie omieszkał Stefan Rzeszot popełnić okolicznościowy felieton? Tekst był oczywiście przepełniony żalem i bólem…

 

Skłaniamy się ku wersji, że zamiast „Głosu” sprawę całościowo załatwił „Dziennik Polski”, którego dodatkiem był w owym czasie „Głos Sportowca”. Najwyraźniej uznano w kręgach kierowniczych, że to wystarczy. Tak czy inaczej, uznać to trzeba za akt dużej odwagi.

 

Szymborski czy Szczurzyński?

 

Jak wszędzie, zdarzały się lapsusy. Zdjęcie z meczu Wisły z ŁKS-em opatrzono podpisem, że znad głowy (Wiesława) Gamaja zbiera piłkę (Henryk) Szymborski, którego to napastnika najwyraźniej pomylono z bramkarzem łodzian, (Henrykiem) Szczurzyńskim. Istotniejsze było jednak to, że towarzyszono niesamowitym wyczynom Chełmka w Pucharze Polski, który po wyeliminowaniu na starcie gdańskiej Lechii wyrzucił za burtę wicemistrzów kraju, sosnowieckie Zagłębie (Stal), zaś dopiero w 1/8 finału odpadł w dramatycznym okolicznościach z bezkonkurencyjną Legią (CWKS) Warszawa. I to na jej stadionie. Oceniając mecz z Zagłębiem skonkludowano, że „ambicja wzięła górę nad techniką”.

 

Koncewicz na cenzurowanym

 

Wisła (Gwardia) odprawiła z kwitkiem mistrza kraju Legię (CWKS) 2-0, tej niespodziance, o ile nie sensacji (w Warszawie było sławetne 12-0 dla „wojskowych”…) towarzyszyły bulwersujące okoliczności. Chodziło o zachowanie słynnego trenera Legii, Ryszarda Koncewicza, który przez długie lata bywał co jakiś czas selekcjonerem drużyny narodowej. „Głos” piórem red. Rottera kategorycznie stwierdził, że Koncewicz nie nadaje się na wychowawcę młodzieży. A to dlatego, że z ławki wyzywał „wiślaków”, m.in Jerzego Piotrowskiego. Do tego doszły inwektywy pod adresem arbitra, a także lekceważące zachowanie wobec „pismaków”: „nie będę z wami gadał, niech trenerzy Wisły to zrobią”. W końcu przyznał Koncewicz, iż „CWKS grał słabiej, ale że przegrał to wina sędziego”. „I to ma być wychowawca?!” - zapytano w tytule.

 

KoncewiczRotter

Ryszard Koncewicz i red. Jan Rotter. Fot. z archiwum Barbary Rotter-Stankiewicz


oKoncewiczu


Nie był to jednak finał sprawy, bo po kilku dniach „Głos Sportowca” zamieścił list znanego niegdyś piłkarza, a później trenera - Romana Zbroi. Ten oznajmił wprost, że „To nie pierwszyzna dla trenera Koncewicza”, posiłkując się przypomnieniem meczu Lechia Lwów - Cracovia (jeszcze z 1931 roku…) oraz Wawelu (OWKS) Kraków - Polonia (Ogniwo) Bytom w 1953 roku. Oba te spotkania dotyczyły Koncewicza, choć w różnych rolach. Ostry przebieg sprawy był o tyle zaskakujący, że Roman Zbroja został trzy dekady później trenerem dziennikarskiej drużyny „Tempa” i można było odnieść wrażenie, że nie skrzywdziłby nawet muchy.

 

A i z Ryszardem Koncewiczem przyszło nam kilka dekad później spotkać się w jego stołecznym mieszkaniu. Trener starał się rozwiązać problem w futbolu stary jak świat: „Czy jest prawdą, że bramkarz i lewoskrzydłowy bywają na bakier ze zdrową psychiką?”. Rozmowa upłynęła w czarującej atmosferze, choć trener wiedział, że jesteśmy z „Tempa”. Nie wiadomo natomiast czy kojarzył, że poprzednikiem „Tempa” był „Głos Sportowca”. Raczej nie…

 

Dedykacja Załuckiego

 

Wisła i Cracovia obchodziły w 1956 roku dostojne jubileusze półwiecza. W akademii „Białej Gwiazdy” uczestniczył Marian Załucki i nie byłby sobą, gdyby z pozycji satyryka nie wygłosił specjalnie napisanego wiersza. Nosił tytuł „Czy Wam nie smutno?”, fragmenty warto zacytować:

 

Nie będę tu strzelał dowcipem

Nie można… Niech Bóg mnie uchowa!

Po pierwsze - wzruszenie

Po drugie - niedyspozycja strzałowa

Po trzecie -

o przebaczenie chcę prosić

zebranych tu ludzi

Że im tutaj kibic Cracovii

Ten jubileusz paskudzi…

Wiadomo - życie ma smugi…

Pomyślcie wszak moi mili

Co byśmy jednak bez drugich

Przez te pół wieku robili?

(…)

I tylko już w ramach pomyłki

Lub wspomnień, co dotąd nie prysły

Radoń wciąż jeszcze piłki

Mordarskiemu nie poda…

Bo z Wisły!

 

Fotoreporter w opałach

 

U sąsiadki z drugiej strony Błoń nagle zrobiło się gorąco. Oto mecz Cracovii z Polonią (Stalą, później Stoczniowcem) Gdańsk został nagle przerwany przy stanie 1-0 dla gości i niedokończony. Kibiców „Pasów” rozsierdziły, a właściwie rozwścieczyły decyzje sędziego Panfila z Łodzi, który usunął z boiska dwóch zawodników gospodarzy: Zygmunta Malarza i Mieczysława Kolasę. Musiała interweniować milicja, arbiter pod jej eskortą zszedł z boiska, wtedy doszło do oblężenia szatni sędziowskiej. „Głos” zareagował bardzo ostro, nawet błędy sędziowskie nie powinny dawać powodów do usprawiedliwienia karczemnych zachowań publiki. „Trzeba umieć przegrać, gdy się gra słabo i trzeba o tym zawsze i wszędzie pamiętać… - jednoznacznie odniósł się do awantury sprawozdawca, Tadeusz Dobosz. Hm, to że red. Dobosz sympatyzował z Cracovią stanowiło tajemnicę poliszynela. Mimo to potrafił nazwać sprawę po imieniu, bo po prostu tak trzeba było.

 

Akurat podczas derbowego meczu z Cracovią na Ludwinowie śladem rywali poszli „garbarze”. Bulwersujące, że obiektem ich agresji został fotoreporter „Głosu”, Jan Borek. Potraktowany kopniakiem w kostkę przez Zbigniewa Felusia, był ponadto zmuszony do wysłuchania „epitetów” nie nadających się do druku, które rzucili w jego stronę bramkarz Włodzimierz Liszka i Jerzy Bomba. Z kolei został „aresztowany” przez służby porządkowe trener Cracovii, Karel Finek, w trakcie niedopuszczalnego według przepisów przechadzania się wzdłuż linii autowej oraz instruowania swoich podopiecznych. Skończyło się remisem 2-2, zaś Finek został pięć lat później trenerem… Garbarni, gdzie cieszył się ogromnym poważaniem. Wierzyć się nie chce, ale niemal po 70 latach szczegóły tego meczu doskonale pamięta Władysław Florek, choć był wtedy ledwie dziesięciolatkiem. Później grał w ataku Garbarni, a jeszcze później został dyrektorem klubu z Ludwinowa.

 

Za to „(Norbert) Gajda jednak zostaje w CWKS (Kraków)” informował o wygraniu przez Wawel batalii o bramkostrzelnego napastnika kierownik sekcji piłki nożnej, kapitan Aleksander Hradecki. Później, i to przez dekady całe, nawet w randze pułkownika Wojska Polskiego, dbać będzie o futbolową młodzież Małopolski. Zaś Gajda zostanie filarem opolskiej Odry, zagra również kilka meczów w drużynie narodowej.

 

Prosto z Melbourne - codziennie

 

Natomiast nie uda się zatrzymać w Krakowie Antoniego Konopelskiego, wartościowego defensora, który trafił do Stali (Zagłębia) Sosnowiec. „Odszedłem, bom musiał” - odsłonił Konopelski okoliczności zmiany klubu. Broniąc na łamach ówczesnego męża, pani Aleksandra Konopelska wyjaśniła w rozmowie z Tadeuszem Doboszem jak się ma sytuacja z imionami małżonka. „Według metryki, meldunków, na deklaracji klubowej, w dowodzie osobistym, słowem urzędowo - to ANTONI. Dla mnie jednak i dla wszystkich kolegów zostanie zawsze JURKIEM!” - rozstrzygnęła wątpliwości, ale ich wcale nie rozwiała, skoro kłopot z właściwym imieniem Konopelskiego trwał dla prasy sportowej jeszcze wiele lat. Znacznie dłużej od chwili, gdy Aleksandra Konopelska zaproponowała „Tempo” jako nazwę nowego pisma i wygrała ten konkurs…

 

Gdy na stadionie Wisły Polacy zdeklasowali Finów 5-0, w tytule odnotowano, że było to najwyższe po wojnie zwycięstwo reprezentacji. Ale niebawem uwagę wszystkich przykuły wydarzenia olimpijskie. Do igrzysk w Melbourne jednak doszło, wbrew przytoczonym wcześniej obawom „L’Equipe”. Fantastycznie spisała się Elżbieta Krzesińska w skoku w dal, choć było to jedyne „złoto” przywiezione przez Polaków z Australii. Prawie pewny złoty medal w oszczepie nieomal w ostatniej chwili sprzątnął Januszowi Sidle sprzed nosa Norweg Egil Danielsen. Medalem z tego samego kruszcu co Sidło zadowolił się strzelec Adam Smelczyński w trapie.

 

„Nie zawiodły ręka i oko” wyeksponowano w tytule walory Smelczyńskiego, lecz z trudem przyszło zadowolić się tylko dwoma krążkami, i to brązowymi, przywiezionymi przez Henryka Niedźwiedzkiego i Zbigniewa Pietrzykowskiego w boksie. Za to autentyczne powody do satysfakcji miała redakcja. Oto na czas igrzysk „Głos Sportowca” przeistoczył się z tygodnika w gazetą codzienną, łącznie z niedzielami. Wprawdzie objętość poszczególnych numerów specjalnych była skromna, ale papier także wtedy pozostawał towarem reglamentowanym.

 

GSmelbourne


Kampania na rzecz Morawskiego

 

W Krakowie podjęto działania w celu reaktywacji KOZPN, który od roku 1949 - podobnie jak w innych województwach - stanowił sekcję WKKF. (PZPN także utracił samodzielność, będąc sekcją GKKF). Latem 1955 roku pod naciskami Warszawy zmuszono prezydium sekcji w Krakowie do złożenia rezygnacji. Tym sposobem przestał pełnić urząd jej przewodniczący, Michał Reissner. Delikatnie mówiąc, osobnik mało ciekawy… W lutym 1956 roku przewodniczącym został Kazimierz Morawski, który rok później był „kandydatem” Nowej Huty w wyborach do Sejmu. „Głos Sportowca” jednoznacznie poparł tę kandydaturę. „W jego poczynaniach wesprze go armia działaczy sportowych, młodzieży, sportowców i miłośników sportu w naszym mieście” - zadeklarowano na łamach „Głosu” w podsumowaniu wywiadu z Morawskim, autorem był Alojzy Grzybowski. Z kolei sędzia piłkarski Aleksander Majewski zajął się triadą „Sejm - posłowie - sport”.

 

Kampania na rzecz wyboru Morawskiego do parlamentu toczyła się wielotorowo. M.in. za tą kandydaturą opowiedział się Stanisław Filipkiewicz, który od 27 stycznia 1957 roku ponownie stanął na czele reaktywowanego KOZPN. Identycznego zdania było nowe kierownictwo wojewódzkiej centrali, a zatem Władysław Michalik, mec. Mieczysław Kossek, Roman Mohyła i prof. Tadeusz Dręgiewicz. Jednym z pierwszych postulatów było powiększenie ligi wojewódzkiej do 24 drużyn oraz 49 w klasie A.

 

Dzień po wyborach zamieszczono na łamach „Głosu” fotoreportaż, dokumentujący pojawienie się przy urnach bardzo znanych sportsmenek, Heleny Rakoczy i Marii Kusion (Bibro). Kazimierz Morawski ostatecznie nie został posłem. Za to prawie trzy dekady później znalazł miejsce w Centralnej Komisji Rewizyjnej PZPR.

 

Obrońca Putrament

 

Nie omieszkano zaprezentować sportowego wątku w życiorysie Jerzego Putramenta. Przypomniał on, a może tylko poinformował, że „pierwszy mój występ miał miejsce około trzydziestu lat temu, a dokładnie 28. Zdobyłem wtedy mistrzostwo miasteczka Lida w skoku wzwyż, przechodząc 157 cm. Zaś ostatni „start” miał miejsce w 1948 roku w Paryżu. Grałem wówczas na obronie w meczach piłkarskich Polska - Jugosławia i Polska - Węgry … między zespołami ambasad”. Hm, jest tajemnicą poliszynela, że tenże literat podczas Olimpiady w Helsinkach (1952) wznosił cokolwiek oryginalny okrzyk w trakcie walk bokserskich: „bij imperialistę!”

 

Na fali październikowej odwilży również w „Głosie Sportowca” toczyła się ożywiona debata nad stanem kultury fizycznej. „Podyskutujmy o problemach polskiego sportu” - apelował przewodniczący PKKF w Nowej Hucie, Marian Reguła. Innym razem znany autor powieści historycznych, Karol Bunsch, zresztą zgodnie z prawdą stwierdzał, że sport wyczynowy stanowi ukoronowanie masowego wf.

 

List do Marusarza

 

W atrakcyjną podróż po zachodzie Europy udał się wraz z koszykarzami Wisły red. Jan Rotter. Odwiedził z nimi m.in. Antwerpię, gdzie miały siedzibę popularne „Pingwiny”, czyli Penguins Antwerp. „Biała Gwiazda” dotarła również do włoskiego San Remo, akurat słynnego z festiwali piosenki, a także do Rzymu, gdzie przyglądano się budowie „Palazzo dello Sport”, w 1960 arenie olimpijskich zmagań bokserskich. W ekipie znalazły się tak cenione postaci jak Jan Janowski, jego imiennik Mikułowski, Tadeusz Pacuła czy Ryszard Niewodowski.

 

Pamiętających ton niedawnych komentarzy prasowych szokował opis meczu NRF - Polska w hokeju na lodzie. W Garmisch-Partenkirchen wygrali gospodarze 7-4, za to Polacy „w jednym meczu ponieśli dwie porażki”. „Głos” nie zostawił po hokeistach suchej nitki, ale nie z powodu porażki, tylko zachowania na tafli, które określono jako awanturnicze. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej takie przedstawienie sprawy, zwłaszcza w kontaktach polsko-niemieckich, nie miało prawa zaistnieć.

 

Coraz pojawiały się na łamach teksty Wojciecha Jarzębowskiego, będzie je przesyłać jeszcze przez kilka dekad z Zakopanego i okolic. Ale nie Jarzębowski był autorem listu do Stanisława Marusarza, gdy przyznano mu tytuł Zasłużonego Działacza Kultury Fizycznej. Zamieszczoną na łamach „Głosu” okolicznościową korespondencję napisał Jan Krokowski z Nowego Sącza. Dobrze znał legendarnego skoczka, był z nim na „ty”.

 

Pochód „Lajkonika”

 

Uwagę Krakowa przykuł temat dotyczący zupełnie innej dyscypliny sportowej. „Czy będziemy oglądać żużlowców na stadionie Wisły?” - pytał publicznie Jan Rotter. Niebawem padło w odpowiedzi, że „Wisła nie chce toru żużlowego”. W imieniu zarządu klubu udzielili jej wiceprezes Bolesław Pirożyński i sekretarz - wówczas w randze kapitana milicji - Marian Bednarczyk. Władze Wisły opowiedziały się natomiast za przystosowaniem obiektu do zawodów lekkoatletycznych. To zresztą nastąpiło, choć po wielu latach.

 

8 kwietnia 1957 roku „Głos” poinformował czołówkowym tytułem, że „Lajkonik” wyruszył w triumfalny pochód na odsiecz zabytkom, na pożytek ludziom”. Chodziło o start bardzo popularnej gry liczbowej, która pod adekwatnymi historycznie nazwami pojawiła się we wszystkich województwach. W Krakowie podjęto „Lajkonika” z wielką pompą na Rynku Głównym, inauguracyjne przemówienie wygłosił sam Bolesław Drobner, znany działacz partyjny (PPS) i społeczny. Po pierwszym losowaniu, w ramce i dużym krojem, podane szczęśliwe liczby. Były to: 57, 90, 53, 88 i 6. Komu, poza radością, przyniosły trochę gotówki?

 

Komentator Walter

 

Niestety tragiczne wieści napłynęły z lotniska w Czyżynach, gdzie runął na ziemię szybownik Julian Nowotarski. Zmarł w wieku zaledwie 24 lat. Był bratem znakomitej aktorki, Marii Nowotarskiej, która od wielu lat przebywa w Kanadzie, ale nie zapomina o Krakowie. W filmie dokumentalnym „Aktorka bez granic. Polski teatr w Toronto” (2018) pani Maria mówi m.in. o ogromnym bólu po tragicznym wypadku nieco starszego brata. Czas nie zagoił tej rany…

 

Komentatorem wydarzeń piłkarskich został Artur (a właściwie Adam) Walter. Był to znakomity ekspert futbolowy, uznany szkoleniowiec, a nade wszystko człowiek absolutnie wierny pryncypiom moralnym. Ciekawe, że oprócz piłki nożnej świetnie znał się na obrazach. Do końca życia pozostał rzeczoznawcą wyceniającym ich wartość.

 

„Głos” w Rzeszowie, piłkarze bez biletów do Szwecji

 

17 czerwca 1957 roku to znacząca data w rozwoju pisma. Oto zakomunikowano, że „Głos Sportowca” zaczął docierać do Rzeszowa, w formie lokalnej mutacji. To rozwiązanie będzie w późniejszych latach stosowane również dla innych województw blisko, bądź w miarę blisko położonych względem Małopolski.

 

Polska reprezentacja pod wodzą legendarnego, choć wcześniej odsyłanego na boczny tor podpułkownika Henryka Reymana toczyła boje o udział w szwedzkim mundialu. Głównym rywalem była „sborna”, która w Moskwie gładko wygrała z Polakami 3-0. Intrygujące, że w tytule wyeksponowano, iż 90 tysięcy widzów na Łużnikach oklaskiwało zwycięstwo piłkarzy ZSRR nad Polską. A nie, że to biało-czerwoni wracali na tarczy, co przecież dla czytelników „Głosu” było najbardziej istotne. Na tytułowej kolumnie znalazło się niewątpliwie wcześniej przygotowane zdjęcie Henryka Kempnego, choć i on - zresztą jak cała reszta - nie odegrał znaczącej roli. W odredakcyjnym komentarzu stwierdzono wprost, że „defensywna taktyka zawiodła”. Towarzyszyła temu podpowiedź na rewanż: „Atak, atak i jeszcze raz atak” i jako hasło miało obowiązywać w Chorzowie.

 

7 października 1957 roku dużym tytułem wyeksponowano, że „Cracovia znów w I lidze, po cennym zwycięstwie nad Stalą Mielec”. Okolicznościowe gratulacje złożył prezes reaktywowanego KOZPN, Stanisława Filipkiewicz. Akurat „Pasy” przetestowały formę podopiecznych Henryka Reymana krótko przed rewanżem z Rosjanami. Po golach Gerarda Cieślika i Henryka Szymborskiego kadrowicze wprawdzie wygrali 2-0, lecz (z pewną przesadą) „rygiel obronny Cracovii zastopował reprezentacyjny atak”. Tymczasem już wkrótce…

 

„Wspaniały sukces polskiego piłkarstwa: Polska - ZSRR 2-1 (1-0)”. I znów posłużono się frekwencją, bo „100 tysięcy widzów na Stadionie Śląskim wiwatuje na cześć polskiej drużyny”. Zamieszczone zdjęcie dokumentowało, że Cieślika - i nie tylko jego -  znoszonych na ramionach kibiców do szatni. „Grę drużyny polskiej musimy ocenić w superlatywach” - stwierdzono zgodnie ze stanem faktycznym. To samo odnosiło się do bezbłędnej postawy angielskiego sędziego, Johna Clougha. Lecz i tak da się wrzucić kamyczek do dziennikarskiego ogródka. Komplementy dla Polaków były bowiem poprzedzone rozważaniami „czy drużyna radziecka zawiodła?”. Co tu, do licha, ważniejsze?!

 

Ostre strzelanie kosztem Finlandii (4-0) zrelacjonował prosto ze stolicy Zbigniew Olesiuk, za to - pewnikiem dla zaczerpnięcia oddechu przed decydującym meczem w Lipsku - Tadeusz Staich (choć jeszcze nie „Spod samiuśkich Tater”) co nieco prowokacyjnie przekonywał, że „piłka jest graniastosłupem”. Pewne jest, że w Lipsku bardziej przeszkadzała niż pomagała Polakom. „Sborna” pewnie wygrała 2-0, bo „piłkarze radzieccy wyciągnęli wnioski z chorzowskiej lekcji”. I sen o mundialu w Szwecji skończył się dla nas bezpowrotnie.

 

GSawansCracovii

GSpolskaZSRR

GSzamora


Wywiad z Zamorą

 

Było natomiast nad czym debatować w kontekście zbliżających się hokejowych mistrzostw świata w Oslo. Ściślej, czy w ogóle tam jechać. W przeprowadzonej sondzie redakcyjnej wzięło udział wiele autorytetów, m.in. Czesław Marchewczyk, Jan Maciejko, Mieczysław Burda, Stefan Csorich. Z podsumowania wyszło, że głosy pesymistów - optujących za tym, aby do Oslo nie jechać - przeważały. Władze PZHL podjęły jednak inną decyzję, Polacy stanęli na starcie. I zajęli ostatnie miejsce, na siedem gier notując sześć porażek. Niektóre były bardzo dotkliwe (1-14 z Kanadą, 2-12 ze Szwecją, 1-10 z ZSRR). Jedyny punkt zdobyto dzięki remisowi 2-2 z Finlandią, ale i tak stanowiliśmy czerwoną latarnię prestiżowej imprezy.

 

Na Boże Narodzenie redakcja przygotowała sporo prezentów. O ile we wcześniejszych latach „Głos” trzymał się zwykłej objętości, to wtedy przekraczała standardy. Na łamach zagościli sławni lekkoatleci (Władimir Kuc, Derek Ibbotson, Gordon Pirie), czołowi sportowcy Krakowa z dawnych lat (Jan Łazarski, Kazimierz Fiałka, dr Stanisław Cikowski, Karol Szostak), pojawił się tekst Stefana Wiecheckiego, czyli popularnego „Wiecha”, wrażeniami z zagranicznego wojażu do Paryża dzielił się koszykarz Tadeusz Pacuła. Asów zagranicznej piłki nożnej reprezentował m.in. Raymond Kopa(szewski), ale hitem numeru okazał się wywiad z bramkarzem, jednym z największych w historii futbolu, legendarnym Ricardo Zamorą. Z absolutnym władcą przestrzeni między słupkami i poprzeczką rozmawiał kilka miesięcy wcześniej w Barcelonie Zbigniew Dutkowski, przez dekady całe filar katowickiej „Trybuny Robotniczej”. I jak zwykle „popełnił” znakomity tekst. Minie ćwierćwiecze i red. Dutkowski pojawi się już na stałe w „Tempie”. Wciąż w wysokiej formie.

 

Milioner w Krakowie

 

Był jeszcze inny szlagier, którego akurat nie dało się przewidzieć. Oto podczas hokejowego meczu Legia Warszawa - Górnik Katowice dokonano losowania popularnego „Lotka”, szczęśliwe liczby to 8 (gimnastyka), 15 (koszykówka), 24 (pięciobój nowoczesny), 27 (rugby), 32 (sporty motorowodne), 46 (wioślarstwo). Okazało się, że posiadaczem kuponu A4 - 602338, końcówka banderoli 0778453, kimś kto bezbłędnie wytypował wspomniane cyfry i liczby, był mieszkaniec Krakowa. Wedle szacunkowych przypuszczeń ten absolutnie wybitny „znawca sportu” miał zgarnąć ok. 2,5 miliona złotych. Czyli fortunę… „Chyba już życzeń szczęśliwych i wesołych Świąt składać mu nie potrzeba!” - wyraziła redakcja przypuszczenie graniczące z pewnością.

 

Bardzo aktywni, również medialnie, byli prezesi dwóch największych klubów pod Wawelem. Julian Rejduch w wieku zaledwie 32 lat piastował urząd prezesa Cracovii, a już zdążył się pożegnać z funkcją wiceprezesa KOZPN. Na łamach „Głosu” Rejduch z troską wypowiedział się na temat wypoczynku ludzi pracy. Z kolei płk Stanisław Żmudziński, komendant MO w Krakowie i prezes Wisły przekonywał, że „porządek (jest) częścią wychowania społeczeństwa”. Pytanie tylko, co rozumiał pod słowem „porządek”.

 

Ułaskawieni

 

18 lutego 1958 roku prezesi Julian Rejduch (Cracovia), Antoni Hudziński (Garbarnia), ppłk Wacław Płoszewski (Wawel, nie jesteśmy pewni tej wersji nazwiska) oraz Tadeusz Paudyn (skarbnik Wisły) podpisali deklarację o współpracy. Zebranie prowadził wspomniany wcześniej Marian Kadow (WKKF). Porozumienie określono poważnym osiągnięciem inicjatora spotkania, odpowiedniej komórki sportu i turystyki przy KW PZPR. Jak zaakcentowano, chodziło o „podjęcie kroków zmierzających do walki z demoralizacją, pijaństwem i chuligaństwem we wszystkich jego przejawach”.

 

W stolicy trwała „debata nad planem dalszego rozwoju polskiego piłkarstwa”, czyli zjazd PZPN. Przebieg obrad relacjonował Antoni Targosz. Za nieobyczajny gest na stadionie Wisły (pokazanie widowni nagiej części ciała, tej bezpośrednio pod plecami) najpierw zdyskwalifikowano, a teraz ułaskawiono Kazimierza Trampisza z bytomskiej Polonii. Jednocześnie zobowiązano tego popularnego piłkarza do publicznych przeprosin publiczności. Zmazanie popełnionych win przeniosło się wkrótce na lokalny grunt, co świadczyło, że „nie tylko PZPN ułaskawia”. W artykule prosto z Rzeszowa poinformowano o daniu takiej szansy Ludwikowi Poświatowi, kiedyś napastnikowi Cracovii. Sprawą zajął się red. Ryszard Malinowski.

 

Z kolei podczas zebrania Wisły najważniejszym zadaniem uznano ukończenie budowy stadionu przy ul. Reymonta.

 

Wirtuozi z Brazylii

 

Dużym zdjęciem w czarnej ramie opatrzono tragiczną wiadomość o katastrofie samolotu z ekipą Manchester United na monachijskim lotnisku Riem. Cudem uratował się legendarny menedżer Matt Busby, w gronie dziesięciu piłkarzy, którzy ocaleli znalazł się m.in. Bobby Charlton, późniejszy gigant światowego futbolu. W katastrofie również uszedł z życiem szalenie utalentowany Duncan Edwards, ale wkrótce zmarł w szpitalu.

 

Średniodystansowcy, Zbigniew Orywał i dr Stefan Lewandowski, udanie startowali w halowych zawodach za Wielką Wodą. Zamieszczone przez „Głos” zdjęcie dowodziło, że spotkali się tam z ówczesnym ambasadorem w USA, Romualdem Spasowskim. Grubo później, bo w stanie wojennym, polski sąd na usługach reżimu zaocznie skaże Spasowskiego na karę śmierci…

 

Bardzo aktywny Jan Rotter zamieścił obszerny materiał o zbliżających się mistrzostwach Europy w koszykówce kobiet, których areną była Łódź. Pod adresem krakowskich kandydatek do reprezentacji został wygłoszony apel, że „już teraz trzeba pracować!”. Opłaciło się, bo Kraków był licznie reprezentowany w ME. Wzięły w nich udział Danuta Lipowska, Elżbieta Wężyk, Alina Szostak i Barbara Szydłowska.

 

Pod nieobecność Biało-Czerwonych przebieg piłkarskiego mundialu w Szwecji rozpoczęto relacjonować więcej niż skromnie. Lakonicznie, bez podania choćby strzelców goli. Później było już lepiej, pojawili się zdobywcy bramek, nawet z minutami, choć nie zawsze. Ostatnia faza mundialu, zwłaszcza mecz finałowy, została potraktowana solidnie. Zdjęcie „wirtuozów z Brazylii”, którzy zostali mistrzami świata sąsiadowało z wyeksponowaniem znakomitych biegów Jerzego Chromika i Stanisława Ożoga w lekkoatletycznym meczu z Czechosłowacją. Obaj długodystansowcy wznieśli się na światowy poziom.

 

Wróćmy do „królowej sportu”. Wielki triumf Polaków na mistrzostwach Europy w Sztokholmie (aż osiem tytułów) został opisany pod zbiorczym hasłem „przeżyjmy to jeszcze raz”. Tak być musiało, skoro „Głos Sportowca” ukazywał się raz na tydzień. Najczęściej powtarzane w tytule, niemal na każdym kroku, było oczywiście słowo „medal”. Jeden z nich, z najcenniejszego kruszcu, zdobyła w biegu na 200 metrów szalenie popularna w Krakowie sprinterka Barbara Lerczak-Janiszewska, później Sobotta.

 

GSnaklad


200 numerów „Głosu”

 

Wydaniu przez „Głos Sportowca” dwusetnego numeru (oczywiście wliczając dorobek „Piłkarza”) towarzyszyły 10 listopada 1958 roku życzenia od Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie. O jubilacie nie zapomnieli m.in. prezes Zarządu Głównego RSW Prasa, Marian Zawadka, jego imiennik Kadow (WKKF), Zygmunt Król (dyrektor Krakowskiego Wydawnictwa Prasowego), Józef Koperek (Marecki) - przew. Krakowskiego Komitetu Kultury Fizycznej, Marek Arczyński (prezes ZG PTTK, bo na łamach „Głosu” turystyka gościła regularnie), a także krakowskie kluby. Tygodnik nie omieszkał pochwalić się nakładem 70-80 tys. egzemplarzy, co wyraźnie przewyższało nakłady przedwojennego „Raz, Dwa, Trzy” oraz protoplasty Głosu”, czyli „Piłkarza”.

 

Jeszcze przed końcem ukazywania się „Głosu Sportowca” zamieszczono apel Romana Zbroi, który zainicjował trenerski „łańcuch składek” na budowę boisk przyszkolnych. Najszybciej odpowiedzieli dwaj znani szkoleniowcy, Władysław Giergiel i Mieczysław Bieniek (któremu w tytule zamieniono pierwszą literę imienia z „M” na „N”). Obaj przekazali na stosowne konto po 50 zł, jednocześnie wzywając innych trenerów do kontynuowania tej pożytecznej akcji. Do zbiórki włączyli się: Adam (Artur) Walter, Tadeusz Karzyński, Josef Kuchynka, Kazimierz Sołtysik, Tadeusz Legutko i Zdzisław Mordarski. Z klubów najszybciej wystartowali Czarni Kraków, działający przy Zakładach Mięsnych, zbierając tysiąc złotych.

 

W przededniu Sylwestra, 30 grudnia 1958 o godz. 14:30 przyjęto notę służbową adresowaną na Krakowskie Wydawnictwo Prasowe i jeszcze na „Głos Sportowca”: „W odpowiedzi na wasz dalekopis informujemy, że zarząd wyraził zgodę na zmianę tytułu „Głosu Sportowca”. Od dnia 1 stycznia 1959 r. Pismo to ukazywać się będzie (jako) „Tempo” - nowości sportu i turystyki. Potwierdzamy niniejszym dalekopis pismem wysłanym w dniu dzisiejszym. Prasowy - Zadrożny”.

 

Kto wie jak miał na imię?

 

JERZY CIERPIATKA

Grafiki, źródło: Biblioteka Jagiellońska, roczniki "Głosu Sportowca"


GSostatni1

GSostatni2


1_2.05.55aaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty