Polskie piekło objawiło się w całej okazałości! Grzegorz Lato przegrał wybory do Komitetu Wykonawczego UEFA w druzgocącym stylu, z jakim nie spotkał się nigdy w swej zawodniczej karierze. Fakt faktem, a z faktami trudno dyskutować...
Należy jednak dyskusję podjąć z aktami radości wynikającej z tej, nie tylko osobistej, porażki. Jak zwykle, na czoło stawki opluwającej prezesa PZPN, wysunął się Jan Tomaszewski, zawsze gotowy dokopać swemu koledze z wielkiej drużyny Kazimierza Górskiego. Faryzejskie SCHADENFREUNDE leje się z prasowych doniesień, media ogarnęła mania upokarzania Bogu ducha winnego człowieka. Niewielu zdaje sobie sprawę z faktu przegranej całego polskiego futbolu. Od dobrych kilkunastu lat polska piłka jawi się jako chory człowiek europejskiego koncernu federacji piłkarskich. Targana nieustannymi konfliktami z administracją państwową, angażuje za każdym razem interwencje i mediacje UEFA, które, owszem, kończą się zawsze pomyślnymi rozwiązaniami, ale pozostawiają jak najgorsze wrażenie wśród kontynentalnego towarzystwa. Na użytek wewnętrznego konfliktu idzie sporo energii, przez co cierpi troska o wyniki reprezentacji narodowej - wizytówki PZPN na wynos.
Swoje zrobiła także samobójcza abnegacja kierownictwa związku zademonstrowana przed dwoma laty. Wtedy, kiedy - o zgrozo - oddaliśmy jako Polska miejsce w Komitecie Wykonawczym UEFA bez walki! W wersji oficjalnej ktoś zapomniał we właściwym czasie wysłać polską kandydaturę do tej instancji, ktoś inny przetrzymał w biurku odpowiedni formularz, jeszcze ktoś inny nie zrozumiał o co chodzi w komunikacie UEFA... A prawda była taka, że świeżo upieczony prezes PZPN Grzegorz Lato jeszcze nie był gotowy do startu o miejsce w drużynie Platiniego, a mający naturalne szanse, bo podchodziłby po status członka KW UEFA po raz trzeci, prezes PZPN już były, nie był traktowany jako nasz naturalny kandydat. W związku z tym, zachachmęcono odnośne dokumenty i walkower oddany przez Polaków stał się dla Europy sygnałem, że nie zależy nam na miejscu w szefostwie UEFA. Ani Malta, ani Cypr, Wyspy Owcze, ani wszystkie Pribałtyki, nie mówiąc już o Bułgarii, Rumunii, z prawa startu nie zrezygnowały. Pewnie dlatego bułgarski internacjonał Michajłow, o lichej futbolowej hipotece, nieporównywalnej do dorobku Laty, wszedł do szefostwa UEFA śpiewająco.
Tegoroczny polski kandydat wybrał się do rywalizacji o miejsce we wykonawczej władzy futbolowej trochę z motyką na księżyc. Ową motyką okazała promocyjna broszura kandydatury nawiązująca swym przesłaniem do postaci Jana Pawła II. Niestety, ta popularna na świecie historyczna postać, czyniąca wrażenie na Włochach, Hiszpanach, Francuzach, czy Portugalczykach, nie do końca przekonuje przedstawicieli krajów protestanckich, prawosławnych, żydów i mahometan. Z jednej więc strony wszystkie kraje skandynawskie, Anglia, Szwajcaria, Holandia, Dania, Estonia, Łotwa, z drugiej Rosja, Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, tego rodzaju podpórki moralnej nie są w stanie zaakceptować ze względów doktrynalnych. Epatowanie ich polskim rodowodem papieża, wynoszonego dziś na ołtarze, dla niektórych anglikanów, czy moskiewskich wyznawców obrządku bizantyjskiego, mogło okazać się motywem dezaprobującym Latę. A przecież nie trzeba zapominać jeszcze o delegacji tureckiej, czy bośniackiej, a więc z kręgu islamskiego, tradycyjnie uznającego papiestwo za instytucję zarządzającą światem niewiernych...
Te antyekumeniczne aspekty rywalizacji o stołki w UEFA należało brać pod uwagę ze zwykłej ostrożności procesowej. Niestety, w otoczeniu najbliższych współpracowników prezesa PZPN nie ma dostatecznego napięcia intelektualnego, nie ma chęci gry do jednej bramki. Kampania sposobiąca Grzegorza Latę, niestety niedostatecznie uwzględniała, nie wiem czy przypadkiem, czy może raczej programowo, dyplomatyczne talenty Michała Listkiewicza. Systematycznie marginalizowany, głównie przez wiceprezesa PZPN do spraw zagranicznych Adama Olkowicza, nie dopuszczany do wąskich gremiów, na których zapadają strategiczne decyzje, poprzedni prezes PZPN w naturalny sposób tracił zapał i determinację w poszerzaniu elektoratu polskiego kandydata. To on jednak powściągał urzędowy optymizm promowany na wyrost przez dworzan związkowego sułtanatu. Nie owijając w bawełnę tej paryskiej konfuzji, warto zauważyć, że Grzegorz Lato to ciągle marka rozpoznawana i respektowana w Europie. Sposób w jaki została spartaczona w wyniku nieudanej promocji, każe zastanowić się nad szukaniem odpowiedzialnych za porażkę szefa federacji, szykującej się do roli gospodarza europejskiego czempionatu. Ukraiński kandydat, odpowiednik Laty, Hrihorij Surkis, izolowany przez większość środowiska piłkarskiego tego kraju, nieakceptowany przez prezydenta Janukowycza, z chwiejącą się tym samym pozycją, zaliczył reelekcję w śpiewającym stylu. W czym jest lepszy od Laty, w czym jest lepsza ukraińska federacja i narodowa reprezentacja naddnieprzańskiego kraju, chciałoby się zapytać członków sztabu wyborczego polskiej kandydatury, jeśli takowy istniał i stworzył realny plan działania...
Ryszard Niemiec
(GAZETA KRAKOWSKA)