Adam Małysz postanowił odstawić narty w kąt i zająć się dmuchaniem w domowe ognisko! Dla każdego mężczyzny w wieku półczwarta krzyżyka przestawienie się na rolę domowego kocmołucha jest pomysłem na życie zdecydowanie spóźnionym, a z kolei zejście ze skoczni jawi się jako krok przedwczesny. Jedynie racjonalnym rozwiązaniem z tej sytuacji jest wydłużenie kariery sportowej do olimpiady w Soczi.
Z tego co widać z telewizyjnych transmisji, podczas których Adama witają w Polsce niczym Jana Sobieskiego powracającego spod Wiednia, pani małżonka mistrza aż tak bardzo nie przebiera nogami do sytuacji, w której po chałupie snuje się nagle dodatkowy lokator. Nie bywało go całymi tygodniami, kiedy pani Dorota chodziła w stanie błogosławionym, brakowało, kiedy dziecko odstawiane było od piersi, raczkowało, a potem uczyło się liter, przysposabiało się do konfirmacji w wiślańskim zborze, a teraz nastaje na stałe, na okrągły zegar...
Przeżyli to równi Adamowi mistrzowie, przeżyje i on, tyle tylko, że śpieszyć się do tego psychicznego survivalu nie ma sensu. Jest natomiast sens jak najbardziej sportowy, aby udowodnić sobie i światu, że medal olimpijski można zdobyć w wieku lat 36. Na myśli mam medal w konkursie drużynowym, na który trzeba by się skoncentrować, nie nadwerężając zanadto sił. Zejść ze skoczni w sposób łagodny, nie nagły i zaskakujący, z wolna wygaszając palenisko energii. Bez Małysza bowiem nasza drużynówka nie jest w stanie zrobić wyniku, a z Małyszem będzie mogła stanąć na pudle. Mając do dyspozycji Stocha, systematycznie zadomawiającego się w światowej czołówce i gromadkę sposobiących się na igrzyska młodziaków, takich jak bracia Kotowie, Miętusowie, młodszy Rutkowski, Byrt, nie mówiąc już o Żyle, Huli, a nawet Murańce, trener Kruczek osiągnie postawiony cel. Adam musi przyjąć na siebie rolę kwoki, za którą idzie reszta kadry, w czym nie powinien przeszkodzić nawet odrębny cykl treningowy aplikowany przez Fina Lepistoe.
Przy okazji tej dywagacji na temat odwodzenia Małysza od podjętej decyzji, należy koniecznie wziąć w obronę trenera kadry, na którego gromy, w stylu Jana Tomaszewskiego, ciska nasz pierwszy złoty medalista Wojtek Fortuna. Wielce niezasłużone to podgryzanie, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie jak wiele kwasów w kadrze naprodukował austriacki poprzednik Kruczka, owładnięty marketingową eksploatacją talentu Małysza i na tej sprawie skoncentrowany. Owszem, Wojtek Fortuna powinien zabrać głos i to nie w wywiadach prasowych, jeno na zebraniu zarządu PZN. Najlepiej by był w nim zawarty projekt apelu kierownictwa związku do Małysza o ponowne rozpatrzenie pochopnie powziętej, nie tylko moim zdaniem, decyzji. Spodziewać się należy, że do takiej oficjalnej supliki dołączyć może szeroko rozumiana opinia publiczna i rozmaitego autoramentu autorytety, łącznie z najwyższymi osobistościami na państwowych urzędach.
W tym Soczi każdy punkt będzie na wagę złota, dlatego tak sformułowanego rozwiązania Adamowego odejścia nie da się zbyć machnięciem ręki. Korzystam z dobrodziejstwa internetu i wierzę, że narodowa prośba do znajdującego się w dobrej formie mistrza, co więcej, prezentującego witalność 20-latka, znajdzie poparcie i rejestracje w SPORTOWYM TEMPIE!
Zbiorowej zgodności Czytelników nie przewiduję przy odbiorze drugiej części niniejszego tekstu. Poświęcam go nie mniej gorącemu tematowi, związanemu z polskimi reperkusjami medialnymi rywalizacji biegaczek na narciarskich mistrzostwach świata. Nasza duma i chwała, czyli Justyna Kowalczyk, przywiozła z Oslo 3 zasłużone medale, niestety, nie najwyższej próby. Sprzątnęły je jej sprzed nosa, po ostrej, bardzo wyrównanej walce, dwie Norweżki.
W tym miejscu musi się zacząć pewna niezbyt miła refleksja o stylu przyjmowania porażek w naszym obozie. Niekiedy wielce aluzyjnie, na pograniczu niezaskarżalnej finezji, a niekiedy wprost, waląc między oczy, rozpowszechnia się zarzut o stosowaniu dopingu przez Norweżki! Taki mianowicie, że obie zwycięskie rywalki Justyny wymyśliły sobie jednostkę chorobową w postaci dychawicy oskrzelowej, popularnie zwanej astmą. Owa choroba, prowadząca do rozedmy płuc, przywołana została po to, aby poprzez stosowane środki rozkurczające i nieswoiście odczulające, sztucznie poprawić sobie wydolność układu oddychania, co przy takim sporcie jak biegi narciarskie, ma znaczenie wprost kapitalne. Dowodów na aplikowanie rzeczonych preparatów zdrowym organizmom uroczych skądinąd Norweżek strona polska nie posiada, opiera się jedynie na wieści gminnej. Na dobrą sprawę na takiej samej bazie dowodowej można sugerować, że narty szybciej niosą Norweżki za sprawą zwalczania innej odmiany dychawicy, tym razem sercowej. Tu też, jak przy astmie, objawia się brak powietrza i trudności z oddychaniem, tyle tylko, że duszności płyną z niewydolności komory serca. Nasze podejrzenia mają szanse na ich podważenie, a nawet uznanie wyższości Norweżek, jedynie w przypadku domniemania dychawicy świszczącej. Objawia się ona efektem akustycznym, łatwym do wyłowienia nawet na trasie sprintu, a co dopiero maratonu. Głośny szmer wdechowy jest wynikiem porażenia strun głosowych i zwężenia szpary głosowej. Niestety, pogromczynie Kowalczyk mają szpary w porządeczku, bo ta odmiana dychawicy dotyczy akurat nie ludzi, lecz koni i jest wadą zwrotną!
Ryszard Niemiec