Nie jestem pewien, czy holenderski dyrektor sportowy piłkarskiej Wisły, którego nazwiska jeszcze się nie nauczyłem, zajęty wkuwaniem personaliów Saida Ntibazonkizy z Cracovii, widział co naprawdę czyni...
Ani on, ani także holenderski trener Robert Maaskant, nie mają przecież pojęcia o tej mało chlubnej tradycji wiślackiej z międzywojnia. Owszem, zdołali rozpoznać jej gwardyjską przeszłość z epoki PRL, bo wynika ona ona ze zbiorowej pamięci zachodnich Europejczyków; mających zakodowany respekt przed dynamowskimi klubami demoludów, ale o tak zwanym paragrafie aryjskim nie mają pojęcia. Nie znaczy to bynajmniej, że ściągając pod Wawel sympatycznego zawodnika z Hapoelu Beer-Szewa Maora Meliksona, wykonali kawał dobrej roboty pedagogiczno-wychowawczej. Izraelczyk nie tylko umie grać w piłkę, ale wnosi do potencjału ekipy z Reymana, trochę zapomniany, a niegdyś preferowany przez nią, kombinacyjny, oparty na boiskowej przenikliwości, zwanej też inteligencją, styl gry. Sądząc z reakcji widowni, człowiek szturmem zdobył jej akceptację.
Podjąłem wątek personalno-rasowy nie dlatego, abym wskrzeszał stare upiory, ale dlatego, że Melikson w Wiśle oddala, mam nadzieję, raz na zawsze ścigany prawem antysemityzm artykułowany publicznie. W stadionowej rywalizacji na śpiewy upokarzające konkurenta, a także w piśmiennictwie muralnym Krakowa, pierwiastek antysemicki kierowany był głównie przeciwko ethosowi Cracovii. W rzeczy samej, w najstarszym polskim klubie (w granicach Rzeczpospolitej pojałtańskiej), od zarania we wszystkich sekcjach, a także w kręgach czołowych działaczy, występowały osoby pochodzenia żydowskiego. Wielu z nich przydawało Cracovii tytułów do chwały, że wspomnę Józefa Lustgartena, piłkarza, ale i wybitnego działacza, czy znakomitych zawodników legendarnych jedenastek - mistrzów Polski z 1921, 1932, 1937: Ludwika Gintla, Leona Sperlinga i Romana Grinberga.
Opowiadał mi zmarły pod koniec lat 80-tych pisarz krakowski Henryk Vogler, że z tego tytułu przedwojenni kibice Wisły nie czynili Cracovii żadnych, ale to żadnych, despektów. Żadnych wulgarnych okrzyków, ani napisów wytykających rywalowi "niepoprawne" pochodzenie jego zawodników. Mało tego, bywało, że wspomniani zawodnicy pasiaków występując w reprezentacji Polski, czy Krakowa, odbierali taką samą porcję oklasków za dobre zagrania, jak wiślacy, legioniści, czy chorzowianie...
Paragraf aryjski Towarzystwa Sportowego Wisła to nic innego jak odprysk podziałów ideologicznych towarzyszących narodzinom II RP, a także ostrej walki politycznej pomiędzy obozem narodowym, kierowanym przez Narodową Demokrację, a zwycięską formacją zwaną Sanacją. Personifikując ten konflikt, można powiedzieć, że liderami rywalizujących obozów byli Roman Dmowski i Józef Piłsudski. Z publicystycznego punktu widzenia wygląda na to, że wśród działaczy Wisły poglądy tego pierwszego miały większą aprobatę. Duch Dmowskiego w jej statucie łatwo zdiagnozować, mimo że współcześni sternicy klubu mocno akcentują udokumentowaną fotograficznie obecność Marszałka na meczu Białej Gwiazdy w 1922 roku. Nawiasem mówiąc, zgłębieniem tego fenomenu wiślackiego powinien zająć się badacz historii polskiego sportu. Temat zaiste frapujący...
To, tak na marginesie dnia dzisiejszego, przynoszącego akces do Wisły piłkarza z izraelskiego klubu. Melikson na Reymana daje jeszcze pole do pokątnych i wstydliwych żarcików, aliści prawda jest taka, że definitywnie znika narodowościowy pretekst do wyszydzania konkurencji z drugiej strony Błoń. Znika też dlatego, bo obie drużyny, gdyby na siłę chciały udowadniać swoją czystość etniczną, co przez lata było leitmotywem ksenofobicznej argumentacji, zostały przez życie zmuszone do kapitulacji.
Prym wiedzie Biała Gwiazda, która zgromadziła pod swym sztandarem przedstawicieli 13 narodowości, trzech ras i trzech religii monoteistycznych. Cracovia w tej konkurencji też nie chce ustąpić pola i gromadzi w kadrze zespołu graczy z 8 krajów. Można mieć pretensje natury sportowej, takie mianowicie, że narodowa reprezentacja cierpi na zdominowaniu kadrowym naszej ligi przez obcokrajowców, co grozi zawężeniem frontu selekcyjnego, ale z drugiej strony daje nam podstawę do wyzbywania się kompleksów nacjonalistycznych, przyśpiesza integrację z Europą, wyrywa nas z zaścianka. U nas w Krakowie, powtórzę raz jeszcze, najbardziej pożyteczny staje się casus Melikson! Odbiera, formalnie i intelektualnie, sens istnienia całej palecie antysemickich pojęć, artykułowanych w mowie, pieśni i piśmie. Cytować ich nie ma sensu, ale zauważyć pretekst do ich odejścia w niebyt, należy...
Ryszard Niemiec
(GAZETA KRAKOWSKA)