RYSZARD NIEMIEC analizuje... grę bramkarza w rundzie jesiennej
Piłka nożna jako dyscyplina nieustannie dostarczająca autorom felietonowych bodźców najwyraźniej poszerza ofertę. Można powiedzieć, że ideał sięgnął bruku i dalej spada!
Najnowszy jej przebój dotyczy styku boiskowej praktyki ze światem czystej nauki. Jak wynika bowiem z lektury tekstu udostępnionego publiczności przez Gazetę Wyborczą, jeszcze jeden piłkarz szykuje się do uzyskania stopnia naukowego magistra kultury fizycznej. Rzecz, sama w sobie, jak najbardziej godna polecenia, albowiem rodzimy futbol od wielu lat cierpi na poważny deficyt rozgarniętych zawodników, takich z otwartą głową, która pozwala w optymalny sposób rozwiązywać problemy nie tylko boiskowe, ale także te rodzące się poza murawą.
Do grona tych intelektualnie licencjonowanych pierwszym naukowym stopniem doszlusowuje właśnie zawodnik z Niecieczy Maciej Budka. Studiuje na naszej krakowskiej AWF, w wolnych chwilach od reżimu treningowego pierwszoligowej, jak by nie było, sekcji Ludowego Klubu Sportowego Bruk-Bet. Sprawuje tam funkcję bramkarza, co tym bardziej daje nam podstawę do wznoszenia peanu pochwalnego. Środowiskowa mitologia zakłada bowiem, że w drużynie piłkarskiej lewoskrzydłowy i bramkarz to osobnicy o nie najwyższych lotach przymiotów umysłowych, co ostatecznie uprawdopodobnił przykład z najwyższej półki wyczynu, czyli pozaboiskowe manifestacje Jana Tomaszewskiego. Człowiek, który w narodowej legendzie „zatrzymał Anglię”, jest również posiadaczem dyplomu absolwenta warszawskiej AWF, tyle tylko, że zdobytym w trybie zaocznym, czyli skrajnie miłosiernym.
Piłkarz Budka nie ma takich osiągnięć na boisku, ale ponieważ ma dopiero 25 lat, co jak na bramkarza jest wiekiem smarkatym, wszystko jeszcze przed nim, zwłaszcza że po drodze trafi do warstwy inteligencji pracującej. I to nie na podstawie pracy naukowej podobnej do seryjnie bronionych na siedmiu polskich AWF i chyba trzech Uniwersytetach, ale tak bardzo oryginalnych, że mózg się lasuje, Budka bowiem - uwaga, uwaga! - tematem pracy magisterskiej uczynił samego siebie, stojącego na linii bramkowej w barwach Niecieczy! Oficjalny tytuł pracy brzmi: "Analiza gry bramkarza w rundzie jesiennej". Podobno temat jest w całej pełni nowatorski, ponieważ nawet profesor nadzwyczajny Henryk Duda nie przypomina sobie, by ktoś wcześniej przyglądał się interwencjom bramkarzy pod kątem naukowym. A Budka chce się przyglądnąć i to od samego środka, bo samemu sobie. Kiedyś nie było to możliwe, a dziś przy rozwiniętej technice wideo, nawet bezruch bramkarza można poddać naukowej analizie. Bezruch jest o tyle ważny, bo bramkarz pławi się w nim zawsze wtedy, gdy jego zespół siedzi na przeciwniku i miażdży go przewagą optyczną i faktyczną.
Dzięki dociekliwości redaktora Jarosława K. Kowala, który kuje temat jeszcze przed obroną pracy, wiemy bardzo dużo o metodyce analizy gry bramkarza w rundzie jesiennej. Zakłada ona cały szereg technik obliczeniowych, z których stanie się jasne, ile przyszły magister "miał udanych, a ile nieudanych interwencji: chwytów piłki z upadkiem, chwytów bez upadku, wypchnięć piłki, a nawet tak zwanych robinsonad".
Czekając z niecierpliwością na owoce tej oryginalnej pracy, rad bym już dziś pośpieszyć autorowi z pomocą, mając na uwadze konieczność wyczerpania tematu i uplasowanie rzeczonej pracy wśród faworytów do przyszłej nagrody Rektora dla autorów najlepszych magisteriów. Dobrze na przykład byłoby rozstrzygnąć moją wątpliwość natury typologicznej, takiej mianowicie, czy aby chwyt z upadkiem, a nawet wypchnięcie piłki przez bramkarza, nie bywa tożsame z paradą, której nazwę wzięto od techniki obronnej angielskiego bramkarza Johna Robinsona? Praca musi moje wątpliwości rozwiać, podobnie jak uwzględnić cały szereg innych czynności zawodnika z numerem 1 na plecach. Osobiście doradzałbym dodatkowo przebadać takie zagadnienia jak udane i nieudane wybiegi z bramki, z tematycznym odgałęzieniem kwestii rzucania się pod nogi szarżującym napastnikom, a także tak istotną skuteczność stosowanej techniki piąstkowania od bramki i do bramki, co występuje zdecydowanie rzadziej...
Niezwykle frapująca musi być naukowa statystyka efektywności wykopów bramkarskich, zarówno tych ze stojącej piłki, jak i tych wynikających z konieczności taktycznej, kiedy piłka bywa w ruchu. Jest ewentualnie do podliczenia ilość bramkarskich blamaży, czyli strzałów nieobronionych w stylu godnym pożałowania, obniżających klasę zawodnika. Poetyka sprawozdawców opisuje je jako „szmaty”, „babole” i „pachówy”, „złapania na rozkroku”, tym bardziej dzieło naukowe powinno się do niego odnieść w sposób twórczy i analityczny. Nie wiem czy magister in spe zdołał w ciągu 11 spotkań rundy jesiennej, w których brał czynny udział, napotkał tego typu niesympatyczne zdarzenia, aliści sądząc po sporej ilości zaliczonych wówczas porażek Niecieczy, taka ewentualność krytyczna musi być wzięta pod uwagę. Znając dociekliwość badawczą promotora, nie dopuści on do zawężenia tematu i zasugeruje zastosowanie autokrytycznych instrumentów badawczych. Trudno mi zatem sobie wyobrazić, aby praca Budki miała charakter optymistyczny, a zastosowana metodyka prowadziła do zrelatywizowania jego odpowiedzialności za serię porażek Bruk-Betu w meczach z jego udziałem.
Na koniec pozostała jeszcze jedna ważna kwestia natury metodologicznej. Autor pracy musi jasno wyłożyć na stół argumenty, za którymi stoi decyzja analizowania rundy jesiennej jego gry, a nie rundy wiosennej, która jako finalizująca rywalizację w sezonie, może dostarczyć dodatkowych, ciekawych obszarów obserwacji pod kątem naukowym. Żeby daleko nie szukać, wielkie pole do popisu tworzą okoliczności natury klimatycznej i meteorologicznej. Dla bramkarza trudniejszą niewątpliwie porą roku jest jesień (pora deszczowa i przymrozki), i tu Budka nie poszedł na łatwiznę, ale już gdy idzie o wpływ nasłonecznienia stadionowego na tak istotny dla goalkipera zmysł wzroku, runda wiosenna może być bardziej perspektywiczna z punktu widzenia nauki. Wtedy wchodzi w grę problem nakrycia głowy bramkarskiej, a na tej podstawie da się wyliczyć ilość udanych i nieudanych interwencji, z uwzględnieniem danych porównawczych robinsonad w kaszkiecie, berecie, czapce do baseballu, czy wręcz z tak zwaną gołą głową...
Ryszard Niemiec