Znana z siatkówki zmiana powrotna nastąpiła w piłkarskiej kadrze Cracovii… Po trzech sezonach przymusowej emigracji wewnętrznej powrócił na łono Piotrek Giza! Witał go z radosnym uśmiechem na twarzy wiceprezes urzędujący Jakub Tabisz, w asyście dyrektora sportowego Tomasza Rząsy. Ten drugi, pomny odpowiedzialności za skutki każdego transferu i mający na sumieniu cały letni niewypał werbunkowy, minę ma niewyraźną.
Reporter "Dziennika Polskiego" w swej fotce uwiecznił w pozie iście filozoficznej, w której urzędowy optymizm zmaga się z naturalnym lękiem o to, czy Giza podoła. Podzielam ten stan pełen rozterki, bo wiem, że tego typu powroty obciążone są wielkim ryzykiem. Największy problem polega na tym, że dziś Piotrka witają z otwartymi rękami ci sami ludzie, którzy trzy lata temu dosyć biernie, żeby nie powiedzieć beztrosko żegnali piłkarza, odchodzącego do warszawskiej Legii. Odejście, co warto przypomnieć, było poniekąd wymuszone, chociaż nie od rzeczy warto przypomnieć o jego sporej intratności finansowej. Trener Stefan Majewski mając wielce autorską wizję wielkiej Cracovii, uznał za konieczne radykalne przewietrzenie szatni klubowej. Nie chciał dzielić się z nikim przyszłą sławą wynoszoną z faktu marszruty ku wyżynom ekstraklasy.
Tymczasem społeczność sympatyków pasiaków za głównych sprawców sportowego progresu ich drużyny uznawała w pierwszej kolejności Janusza Filipiaka, zaś w drugiej czołówkę zawodników, którzy sięgnęli po sukces nienotowany od 1951 roku (czwarte miejsce w ekstraklasie!). Czołówkę jedenastki, a może raczej jej twarde jądro kadrowe stanowili Marcin Cabaj - Łukasz Skrzyński – właśnie Giza – Marcin Bojarski. To był taktyczny stos pacierzowy zespołu z Kałuży, świetnie się rozumiejący i zdolny do absorbowania personalnego otoczenia z pożytkiem dla celów sportowych.
Trzeba było wyjątkowej ślepoty, aby tego układu nie dostrzegać, albo mieć jakąś rzeczywiście genialną wizję alternatywnego dla tego kwartetu zestawu następców. Życie pokazało, że Majewski, owszem, wizję takową posiadał, tyle tylko, że nie znalazł dla niej odpowiednich wykonawców. W tej sytuacji skuteczne wypychanie Gizy, Skrzyńskiego i Bojarskiego musiało skończyć się katastrofą. Ich następcy nie tylko nie byli w stanie dorównać wygnańcom umiejętnościami, ale spowodowali gwałtowne zmniejszenie czynnika swojskości, czy może odmiany klubowego patriotyzmu, jakkolwiek by go nie rozumieć, ale mając na uwadze, że „Gizmo” to chłopak z podgórskiej Woli, „Skrzynia” zaś z Krowodrzy, a „Bojar” wędrując z Częstochowy, przez Warszawę i parę innych polskich miast, za docelowe miejsce do życia wybrał wszakże mieszkanie pode Wawelem!
Powracający na stare śmieci pomocnik, przyznajmy to szczerze, wielkiej kariery w Legii nie zrobił, ale nie można przecież powiedzieć, że spędzone w niej trzy sezony zmarnował z kretesem. Podobno został okrzyknięty największym marnotrawcą strzeleckich pozycji, ale przecież rozgrywającego nie rozlicza się z egzekutorskich wyników… Dla jego losu jako legionisty, decydująca, moim zdaniem, okazała się aprioryczna wrogość szalikowców z Łazienkowskiej. Nie akceptują oni żadnego piłkarza z krakowskim rodowodem. Ostatnim, który zdołał się obronić przed skutkami tego typu szowinizmu był wychowanek Wisły Łukasz Surma. Jego debiut w Legii przypadł wszakże na czas, kiedy widownia na Łazienkowskiej jeszcze nie prowadziła wojny na wyniszczenie z właścicielami Legii.
Giza od początku miał pod górkę, a że zasoby psychicznej odporności posiada niezbyt rozległe, tak naprawdę nie zdołał się zaadaptować w stolicy. Było kwestią czasu, kiedy zjedzie do Krakowa, jedynego miejsca, gdzie jego talent mógł zakwitnąć, i gdzie z pożytkiem jest w stanie go zagospodarować. Giza to kwiat owocujący wyłącznie na glebie nadwiślańskiej z górnego biegu wielkiej rzeki. Przeflancowany w inne kultury uprawne traci walory i karleje… W rozważaniach nad jego dalszym sportowym żywotem, nie da się uwzględnić kategorii upływającego czasu. Minęły, jak by nie liczyć, trzy sezony, a zawodnikowi za chwilę stuknie 31 wiosen. Dlatego nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy Cracovia jako miejsce okrutnie niefartowne dla wracających z zagranicznych saksów byłych reprezentantów (Radomski, Matusiak, Ślusarski), stanie się przyjazną przystanią dla bohatera niniejszego utworu. Giza wraca na Kałuży w niesłychanie trudnym momencie. Przyjął się do pracy przy robotach ratujących zabytek przed definitywną rujnacją i rozpadem. Z tego będzie rozliczany, a przecież taka sytuacja nie sprzyja pogodzie ducha, wręcz przeciwnie, to stałe wędrowanie po polu minowym. Gdyby się udało przejść przez nie zdrową stopą, cokół klubowego bohatera będzie przyszykowany. A jeśli roboty zapobiegawcze nie przyniosą pożądanego efektu? Strach o tym pisać, więc stawiam kropkę w tym miejscu.
Ryszard Niemiec
(GAZETA kRAKOWSKA)