Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA protestuje przeciwko dramatycznemu deprecjonowaniu rangi reprezentanta kraju
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

ZAMIAST DOGRYWKI (XXVII)

Tropiąc Bojowe Słonie

Trudno nie zauważyć, że pole penetracji dokonywanej przez polski futbol nieustannie poszerza się. Ostatnim miejscem, gdzie na krótko zarzucono kotwicę, jest Korat. W niedzielę był mecz z Danią. Wczoraj z Tajlandią. Pojutrze wymiana doświadczeń i myśli szkoleniowej z Singapurem. Egzotyka pomieszana z rewią mody. Z tym, że Duńczycy przywieźli na pokaz akurat trzecie garnitury. No, ale nasi też nie występują w smokingach, choć broń Boże nie mam na myśli szacownego kierownictwa ekipy.

Porażka z Danią nie powinna stanowić żadnego zaskoczenia. Nad klęską 0-8 krótko po okupacji dawno spuszczono zasłonę miłosierdzia, również z tego powodu, że był to jedyny występ w reprezentacji legendarnego Pana Kazimierza. Też już mało kto pamięta o klęskach zadawanych Duńczykom w różnych okolicznościach i warunkach terenowych. Na początku lat 60. zbliżając się do wyniku 5-0 trzeba było najpierw przebić się przez zaspy śniegu zalegającego murawę Stadionu Śląskiego. Prawie dekadę później Ryszard Koncewicz też zgotował rywalom parszywy los, ale całkiem bez świadomości, że za cztery dni sam zostanie znokautowany przez NRD w Rostocku. Już za Jacka Gmocha była w Kopenhadze potrójna radość. Dzięki wydatnej pomocy Henryka Kasperczaka i Grzegorza Laty w pełnym blasku wrócił w biało-czerwone szeregi Włodzimierz Lubański. Sukces na Idraetsparken wydatnie przybliżał Polaków do finałów MŚ '78. A dla poniektórych zwycięstwo było tym cenniejsze propagandowo, że odniesione akurat 1 maja. Niebawem Dania znów została pokonana, słynny gest fair play Lubańskiego nie uszedł uwadze UNESCO. Niestety, od jesieni 1977 Duńczycy są ponad naszym zasięgiem. Choć od dawna nie mają takich asów jak Allan Simonsen, Preben Elkjaer Larsen, Morten Olsen, Michael i Brian Laudrupowie, Sören Lerby, Flemming Povlsen czy Peter Schmeichel. 

Ale to ich problem, mimo wszystko finalistów nadchodzącej imprezy w RPA. Polską racją stanu, jak słyszę na każdym kroku, jest optymalne przygotowanie drużyny narodowej do spektakularnych finałów EURO 2012. Patrząc w niedzielę na mecz w mieście Korat nie mogłem uciec od natrętnej ingerencji dwóch tematów.

Pierwszy z nich dotyczy dramatycznego deprecjonowania rangi reprezentanta kraju. Dla wielu pokoleń piłkarzy bardzo dobrych lub wręcz znakomitych otrzymanie nominacji do reprezentacji było marzeniem ściętej głowy. Bezskutecznie przykładano głowę do poduszki, śniąc o dostaniu choćby tej jednej jedynej szansy w całej karierze, bo konkurenci po prostu byli jeszcze lepsi. Jaki jest natomiast dzisiejszy standard? Dwa, trzy razy w miarę dobrze kopnąć piłkę, kogoś tam dokładnie „pokryć”, zrealizować założenia taktyczne w mniej czy bardziej nędznym meczu tak zwanej ekstraklasy. I to w zupełności wystarcza do zaklepania sobie miejsca w historii...

Sprawa druga dotyczy klasy dobieranych przeciwników w trakcie przygotowań. Antoni Piechniczek, który lubi dalekie wycieczki w przeszłość (co wbrew pozorom, choć tylko czasem, jednak ma sens) osobiście powinien rozwinąć ten temat w oparciu o własne doświadczenia. Pamiętam na przykład, gdy tak samo zimową porą, lecz po doskonałym meczu obfitującym aż w dziewięć goli, akcentował, że poza sędzią jego drużynę „załatwił” ówczesny as River Plate Buenos Aires, Enzo Francescoli. Bo w połowie lat 80. Urugwajczyk był jednym z najlepszych piłkarzy świata. Jakoś nie sądzę, aby do tego miana aspirował u schyłku bogatej kariery tajski spec od stałych fragmentów gry w drużynie Bojowych Słoni, weteran Therdsak Chaiman. Albo żeby za chwilę rzucił Polaków na kolana zupełnie nieznany mi z nazwiska, ani tym bardziej osiągnięć jakiś singapurski as światowego formatu...

Niewątpliwie dobrze się stało, że panują tęgie mrozy. Inaczej mogłoby dojść w niedzielę do tragedii. Iż w przerwie meczu z Duńczykami, a w blasku telewizyjnych kamer, od zachwytów odnoszących się do gry polskich nadziei rozpłynie się na naszych oczach Jerzy Engel. Nie przeczę, od stanu 0-1 gra Polaków weszła w stan obiecującej przyzwoitości, co zaowocowało ładnym golem Sławomira Peszki, zaś nie odniosło bramkowego skutku w przypadku zmarnowania ‚setki” przez Macieja Iwańskiego. Szkopuł jednak w tym, że Engel zdecydowanie za wcześnie i do spodu nacisnął na pedał gazu. Tymczasem, zamiast zastosować metodę pod hasłem „full speed”, już w przerwie powinien Pan Jerzy pomyśleć o limicie prędkości. Choćby z tego względu, że Duńczycy czasowo pozwolili nam odsapnąć i nawet swobodnie rozwinąć szyki. Za to po pauzie toczyła się już zupełnie inna rozmowa, co Engel zresztą musiał zauważyć. Ale tak sobie myślę, iż bez wątpienia słusznie popierając rozwinięcie frontu inwestycyjnego przez Franciszka Smudę przynajmniej od czasu do czasu powinni główni stratedzy pionu szkoleniowego PZPN uświadamiać opinii publicznej, że jeśli polska młodzież ma stanowić trzon reprezentacji za dwa lata, to będzie zmuszona do wcześniejszego w y g r y w a n i a  ze zdecydowanie silniejszymi rywalami niż Dania B lub C. A na razie, vide niedzielny mecz, to tylko pobożne życzenia. 

Na zakończenie pozostało odniesienie się do kiksu Mariusza Pawełka. Otóż doszło do kolejnego blamażu, co nie stanowiło żadnej niespodzianki. Wiem, wiem. Jan Tomaszewski też miewał wielkie wpadki, zanim wszedł do Panteonu bramkarskich sław. Czy jednak Pawełkowi to „grozi”, w świetle długiego rejestru grzechów notorycznie popełnianych między słupkami bramki Wisły? I czy aby Pawełek już dawno nie wyczerpał kredytu zaufania, nawet przy zastosowaniu znacznie łagodniejszych kryteriów niż te, jakie powinny obowiązywać w drużynie narodowej? Odpowiedź jest dla Pawełka tyle jasna, co przykra. Z tym, że dla empiryka Smudy niezbędne wydało się poddanie bramkarza sprawdzianowi z dala od kraju. Egzamin został oblany, bez ryzyka można było na to postawić naprawdę duże pieniądze. Natomiast cokolwiek oryginalny wybór miejsca szkoły mimo wszystko nie powinien prowadzić do zgoła fałszywego wniosku. Iż w Tajlandii testowano umiejętności ucznia w futbolu, a nie na przykład w tajskim boksie.

 

JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty