JERZY CIERPIATKA przegląda teczki powojennych selekcjonerów piłkarskiej reprezentacji Polski
Nominacja Franciszka Smudy na stanowisko selekcjonera reprezentacji skłania ku dokonaniu choćby pobieżnego przeglądu starych teczek personalnych. Co się w nich mieści, jakie „haki” zawierają? Wykaz dotyczy okresu powojennego i obejmuje tylko niektórych delikwentów naznaczonych PZPN-owską łaską.
Nieszczęściem Henryka Reymana, autentycznej persony o twardym kręgosłupie moralnym, była jego przeszłość oficera przedwojennego Wojska Polskiego. To wystarczyło, aby już za ludowej władzy zabrać pułkownikowi paszport, choć biało-czerwoni udawali się na wyjazd akurat do socjalistycznej Czechosłowacji. Reyman i tak miał sporo szczęścia, bo jednego z jego następców, Karola Bergtala, na długo wtrącono do więzienia. Z kolei Zygmunt Alfus, też z powodów politycznych, znalazł się w gronie śląskich działaczy, których zdyskwalifikowano. Najpierw dożywotnio, ale mniej więcej w okresie Października ’56 ktoś wreszcie się opamiętał.
Tej trzeźwości spojrzenia niewątpliwie zabrakło nieco wcześniej, gdy również w futbolu rządziły stalinowskie przyzwyczajenia. „Opiekę” nad drużyną narodową na krótko roztoczył przybysz z Węgier, Andor Hajdu. Co przemawiało za jego wyborem? Pewnikiem narodowość i wypływający z tej przesłanki durnowaty wniosek, że każdy Madziar - jak Gusztav Sebes - ma wszelakie tajniki futbolu w małym palcu. Niestety, było to błędne założenie...
W tej pierwszej, powojennej dekadzie, przy reprezentacji krzątała się wcale liczna grupa trenerów o uznanych nazwiskach. Ryszard Koncewicz, Michał Matyas, Tadeusz Foryś, Edward Cebula, Artur Woźniak... Postacią bez wątpienia najważniejszą był Koncewicz, pseudonim „Faja”. Podobnie jak wyjątkowo bezbarwny Czesław Krug, miał on jeszcze kilkakrotnie wracać na stare pozycje. Zresztą z różnym skutkiem. Potężny oręż Koncewicza (przez pewien okres podległego Wiesławowi Motoczyńskiemu) stanowiła wiedza teoretyczna, podobno o imponującym zakresie. W przeciwieństwie do Kazimierza Górskiego, który bezpośrednio zastąpił „Faję” w 1971, Koncewicza niestety zawodził nos. Czasem trafiał kulą w płot, niekiedy źle obierał taktykę. Skutek był taki, że drużyna z doskonałymi piłkarzami (Edward Szymkowiak, Ernest Pol, Lucjan Brychczy...) niestety rzadziej niż częściej wykorzystywała drzemiący potencjał.
Górski wprawdzie nie miał tych znakomitości do dyspozycji, ale szerokim frontem zaatakowała grupa m.in. rekrutująca się z zawodników, których Koncewicz już wcześniej miał do dyspozycji. Włodzimierz Lubański, Kazimierz Deyna, Robert Gadocha - eksplozja ich talentów nastąpiła właśnie pod okiem Górskiego. Ten zaś szeroko otworzył podwoje również dla przedstawicieli „Polski powiatowej”. Z tego przyjacielskiego potraktowania choćby Mielca (Jan Domarski, Henryk Kasperczak, Grzegorz Lato) czerpano dobro garściami.
Pan Kaziu w końcu odszedł, bo zdobycie srebrnego medalu na olimpiadzie w Montrealu okrzyknięto porażką... Dobrodusznego Górskiego zastąpił krzykacz i demagog, Jacek Gmoch. W epoce propagandy sukcesu czuł się szampańsko i pewnie przetrwałby do ”Solidarności”, gdyby wcześniej nie spaprał roboty podczas mundialu w Argentynie. Charakterologicznie, a sądzę, że i warsztatowo, Gmoch nie sięgał do pięt Ryszardowi Kuleszy. Ten zarówno w chwili nagłej dymisji, jak i wiele lat później - kiedy „cała Polska widziała...” - jak mało kto zdał egzamin z etyki.
Powtórzenia sukcesu Antoniego Piechniczka z „Espana ’82” może się doczekają dopiero następne generacje. Wypada im życzyć, aby jak najszybciej przeszły daleko dzisiejszych postaw i poglądów „Toniego”. Wojciech Łazarek wystartował od ustanowienia rekordu świata (21 graczy w towarzyskim spotkaniu z Koreą Północną), podparł to wyjazdowym podziałem punktów z Holandią, lecz i tak zapisze się w annałach futbolu absurdalnym grepsem o wygranych połowach ostatecznie przegranych meczów. Andrzej Strejlau mógł doprowadzić reprezentację do utęsknionych finałów mistrzostw Europy. Później niestety nie był w stanie wydusić z siebie, że Jan Furtok „pokonał” San Marino w naprawdę skandalicznych okolicznościach. Henryk Apostel miał wiele z Kruga, konkretnie nijakość (mimo remisu w Paryżu).
Janusz Wójcik potrzebuje zdrowia. Jerzy Engel dzięki awansowi do MŚ ’2002 pozwolił w końcu zapomnieć o szesnastu bardzo chudych latach. Na aktualną twórczość Engela trzeba niestety spuścić zasłonę miłosierdzia. Paweł Janas wprawdzie pojechał na niemieckie stadiony, ale bezpośrednio przed tym udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że kilku zasłużonych piłkarzy ma w głębokim poważaniu. Leo Beenhakker przypomniał mimowolnie, iż dawno temu prowadził reprezentację Antoni Brzeżańczyk, który z autopsji poznał później tajniki holenderskiego futbolu. Nie wiem tylko, czy Brzeżańczyka zwalniano w równie żenujących okolicznościach co Beenhakkera.
Niedawno otwarto nowy rozdział. Franciszek Smuda wreszcie przestał pracować społecznie. Kontrakt opiewa na kwotę 45 tysięcy euro miesięcznie, co wydaje mi się stawką godziwą. Nawet w zderzeniu z astronomiczną wysokością tantiem wypłaconych Stefanowi Majewskiemu za w końcu tylko dwa artystyczne występy jego trupy komediantów. Jeśli jeszcze w ślad za umową o pracę Smudy pójdą utęsknione wyniki drużyny narodowej, może z tego wypłynąć następne dobrodziejstwo. Iż duchowo obłaskawiony Grzegorz Lato, nawet gdyby musiał tyrać jeszcze przez trzy roki, już nie podniesie sobie pensji. Komu jak komu, ale akurat prezesowi PZPN chyba nie trzeba tłuc do głowy, że w najwyższej cenie powinno być dobro futbolowej ojczyzny. Bo po kiego diabła wybrano prezesa i jego świtę? Dla kasy? No nie, dla idei...
JERZY CIERPIATKA