Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Trzeba się kryć, bo wokół co chwila rozlegają się strzały. Przed tygodniem w Chorzowie strzelił „samobója” Seweryn Gancarczyk. Zaś chwilę przed niedzielnym obiadem zza telewizyjnego węgła postrzelał sobie Kazimierz Greń. Huku było dużo, efektu niewiele. Niedoszły zbawca polskiego futbolu i zarazem podkarpacki bonza zamiast dum-dum użył kapiszona. Jak to zresztą w stylu Grenia z reguły bywa. Kowbojszczyzna...
Co go zagnało na stołeczne salony? A jakże, poczucie głębokiej troski o wszystko co wokół i wewnątrz Bitwy Warszawskiej. Że ten gmach się wali - widzą wszyscy. Ale tylko jednostki wysoce świadome powagi sytuacji i przy tym jak najbardziej obywatelsko podchodzące do wspólnego dobra stać na odwagę publicznego przedstawienia żelaznych argumentów. Greń nigdy nie miał niskiego zdania o sobie, przeciwnie. Zawsze był mądry, kompetentny, a przy tym uczciwy aż do bólu. W pierwszej kolejności postrzegał dobro ogółu, a gdzieś hen hen daleko dopiero swoją skromną osobę. Teraz, skoro jest aż tak źle, gotów jest do największych poświęceń. Nawet kosztem przypłacenia własną karierą. Bo czegóż się nie robi, kiedy futbolowa ojczyzna w potrzebie. I kiedy naprawdę trzeba bić na alarm. Wedle Grenia idealnym rozwiązaniem własnego problemu jest zaatakowanie prezesa Grzegorza i jego ekipy.
Gdyby to ode mnie zależało, zostawiłbym Greniowi kapiszony, wyposażył w dwie paczki dynamitu i przed posłaniem w Kosmos całkiem za friko dołożył do tego bumerang. Zwłaszcza sprzęt używany przez Aborygenów jest Greniowi niezbędny. Użycie przez niego bumerangu, co gorąco polecam, odniosłoby bowiem ten skutek, iż cuchnąca sprawa pod tytułem „PZPN” wróciłaby do idealnie właściwego adresata. Kazimierza Grenia, czyli jak sam słusznie zauważa: głównego architekta wyborczego sukcesu Laty. Trzeba nosić pod marynarą wyjątkowo grube zwały bezczelności, aby obecnie plując na Latę jednocześnie mieć w głębokim poważaniu swój wkład propagandowo-logistyczny w słynną akcję sprzed roku. Greń przechodzi nad osobistym udziałem do porządku dziennego. Mało, nosi w sobie poczucie krzywdy, jaką głównie Lato rzekomo mu wyrządza od momentu objęcia urzędowania.
Przyjrzyjmy się więc miażdżącym dowodom sekowania Grenia:
• Nagroda półroczna - 60 tys. zł. Za co? - owo pytanie powinni adresować w swoim kierunku wszyscy inni beneficjenci parszywej akcji dygnitarskiej z cyklu „ty do mnie, ja do ciebie”. Greń mówi, że robił za doradcę Laty. Jak świetnie mu doradzał? - niestety widać i czuć...
• Udział w posiedzeniach wysokiego Zarządu: każdorazowo niespełna 2 tys. plus elegancki ryczałt za kilometraż dojazdowy.
• Zwrot kosztów delegacyjnych noclegów w „Sheratonie” - wedle rachunków.
• Wyjazdy zagraniczne - do woli. Ta specyfikacja z pewnością nie jest kompletna. Syna Grenia też się udało przylepić na kierownika jednej z reprezentacji. Ale i tak ten bilans spokojnie wystarcza, aby Greniowi szczerze współczuć. Naprawdę strasznie mi przykro...
No, oczywiście. Zapomniałem o innej nader ważnej sferze aktywności. W momentach wyrywania się z kajdanów stolicy roztacza się przed Greniem podkarpacki krajobraz. Jako rzecze prezes - to czwarty region w kraju, istna kopalnia drużyn (mniejsza o to jakiego formatu), przebogate pokłady młodzieży. Tym bardziej szkoda, że jakoś nie może prezesowi przejść przez gardło pochwalenie się najnowszym sukcesem właśnie na młodzieżowym polu. Idzie mi konkretnie o los rzeszowskiego Ośrodka Szkolenia Młodzieży, która to placówka tak znakomicie rozwijała się, aż w końcu z dnia na dzień zamknęła klasy licealne. Bo przepływ środków państwowych do placówki budził bardzo poważne zastrzeżenia. Ten przepływ odbywał się via Podkarpacki ZPN. Wieść gmina niosła, że zamiast na Szkołę poszły pieniądze na zupełnie inny cel (bankiet dla działaczy). Ale może to tylko plotki, prezesie...
Naprawdę można przegapić taki detal, jeśli się ma tyle obowiązków na głowie. Od zeszłego roku Greń przestał być społecznym prezesem Podkarpackiego ZPN, bo przecież nie da się wiecznie harować w Związku od 8 do 21, w świątek, piątek i jeszcze niedzielę. A, poza ogromem obowiązków w PZPN, mandat lewicowego radnego przecież także zobowiązuje... Otóż wykpiwając w TV credo wyznawane przez Latę: nie będę nic robić, chcę mieć pieniądze, chcę być prezesem - przypomniał mi Greń scenkę sprzed lat, gdy notorycznie leserujący murarz przyrzekał na kolanach, iż całą robotę skończy jutro. Bo jutro, jak Greń, popracuje 28 godzin na dobę...
Na razie zakasanie rękawów do roboty wiąże się dla Grenia z publicznym wciskaniem kitu o zarządzeniu buntu na pokładzie. Nie mieszam się w ten problem, bo to należy do kapitana tonącej łajby. Chciał Lato takiego układu z Greniem, niech sobie wypije to piwo. Jak najbardziej natomiast warto wznieść toast na inną okoliczność. Aby w grudniu obecny układ PZPN-owski zdmuchnął wiatr i zasypał śnieg. Z Kazimierzem Greniem na czele. Pozorantem, który na pomysł chwilowego zwinięcia maneli wpada cynicznie akurat w momencie, kiedy również spod własnej d... rozchodzi się smród.