Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Traktowany wieloaspektowo triumf Borussii Dortmund w Bundeslidze ma oczywiście również polskie konotacje. Ale nie tylko odnoszące się do zasług Łukasza Piszczka, Kuby Błaszczykowskiego i Roberta Lewandowskiego, aby Signal Iduna Park znów stał się najważniejszą areną niemieckiej ekstraklasy. Otóż Borussii udało się zjednoczyć polskiego kibica. On wciąż zachowuje prawo do upierania się, że wszystko jest pomalowane w pasy. Albo jego serce jak najbardziej może bić zgodnie z rytmem "Jak długo na Wawelu”. Lecz wokół Borussii wszelkie linie demarkacyjne przestały istnieć. A trzymanie kciuków było wspólne.
Niebawem minie półwiecze od chwili, gdy poczułem niekłamaną sympatię do klubu z Dortmundu. Było to w czasach, kiedy Górnik Zabrze toczył dramatyczne boje z Duklą Praga i per saldo był w tych frapujących konfrontacjach niestety "do tyłu”. Ale... Na Juliskę pojechała Borussia i choć wcale nie była faworytem, to złoiła skórę Dukli aż 4-0. Hans Tilkowski, Franz Brungs, Reinhold Wosab, Lothar Emmerich, Friedhelm Konietzka (akurat strzelec pierwszego gola w Bundeslidze, ksywa "Timo” - od sowieckiego marszałka Siemiona Timoszenki)... Nie da się ukryć, że byłem im bardzo wdzięczny za chwile satysfakcji zgodnej z hasłem "no, to macie bracia Pepiki za swoje. Za Górnika"...
Natomiast niekoniecznie przyjemne skutki zauroczenia Borussią odczułem wraz kolegami z Dębnik po kilku latach. W ogromnie popularnym "Turnieju Dzikich Drużyn”, organizowanym przez Wisłę i "Gazetę Krakowską”, zgłosiliśmy się właśnie jako Borussia. Uczestnicząca w losowaniu sekretarka Wisły kilkakrotnie czyniła nieudane próby, aby prawidłowo podać nazwę naszego "klubu”. Aż wreszcie nie powstrzymała się od pretensji, że przecież mogliśmy wymyślić jakąś normalną nazwę...
Później przeżywała Borussia różne momenty. Brała w garść Puchar Zdobywców Pucharów, dzięki kuriozalnemu golowi fenomenalnego dryblera, "Stana” Libudy, który w dogrywce finału ugodził FC Liverpool w samo serce (1966). Przybierała maskę podejrzanego nikczemnika, kiedy w ostatnim meczu sezonu i akurat pod wodzą Ottona Rehhagela (zresztą rychło zwolnionego) dawała się deklasować imienniczce z Mönchengladbach (0-12, 1978). Odrodziła się w drugiej połowie lat 90. za sprawą Ottmara Hitzfelda, który na ówczesnym Westfalenstadionie dał drużynie znakomitą jakość i jeszcze wygrał Ligę Mistrzów, po pamiętnym finale z Juventusem. Później, abstrahując od incydentalnego sukcesu drużyny Matthiasa Sammera, znów nie działo się za ciekawie, aż wreszcie pojawił się Jürgen Klopp. Dzięki niemu i jego piłkarzom znów jest ekstra.
Wspólnym mianownikiem dla Hitzfelda i Kloppa niewątpliwie jest nadawanie Borussii nowego wymiaru. Jak najbardziej akuratnego dla 80 tysięcy widzów, którzy co dwa tygodnie zdzierają gardła, aby Dortmund rósł w siłę. I jeszcze grał pięknie, co wtedy Hitzfeldowi i teraz Kloppowi udało się spełnić. Szczęście, rzec można, podwójne... Bo styl, proszę Państwa, też jest ważny w sporcie. I naprawdę lepiej nie słuchać bajek, iż tylko siła razy gwałt czyni wynik. Guzik prawda. Bo można grać efektownie i zarazem skutecznie. Z szerokim otwarciem drzwi dla rdzennej młodzieży. Klopp to uczynił i bezapelacyjnie udowodnił. Była to swoista dedykacja dla tych polskich szkoleniowców, którzy bezustannie wciskają nam kit, że takie cuda to w futbolu nie zdarzają się wcale.
Ustawiając polskie podium w Dortmundzie łatwo wskazać triumfatora rankingu ogłaszanego z przymrużeniem oka. Piszczek był bezkonkurencyjny, miał znakomity sezon w analitycznym rozpisaniu na 34 kolejki, wywarł kapitalne wrażenie. Absolutnie górna, jeśli nie najwyższa półka... Z Lewandowskim i Błaszczykowskim było już trochę gorzej, w przypadku "Lewego” dawała o sobie znać trochę irytująca toporność techniczna. Lecz zdecydowanie najważniejsze jest to, że tak czy inaczej stanowili ważne ogniwa w mechanizmie, który w wielu meczach funkcjonował perfekcyjnie. Polski tercet wniósł bardzo konkretny wkład w sukces, którego zazdroszczą Dortmundowi całe Niemcy. Poczynając od Monachium, gdzie przez bawarskie chmury zdecydowanie zbyt rzadko przedzierało się słoneczko, aby Louis van Gaal mógł zachować posadę.
W przeszłości irytowały mnie wielekroć sytuacje, kiedy tzw. polska racja stanu prowadziła do nadużyć popełnianych na międzynarodowym rynku. Otóż marząc, by mieć samych Bonków czy Okońskich samorzutnie i zarazem bez podstaw często nominowano do ekskluzywnego grona piłkarzy, którzy na obczyźnie robili kariery tylko w pobożnych życzeniach. W przypadku Piszczka, Lewandowskiego i Błaszczykowskiego jest zgoła inaczej. Oni naprawdę zaistnieli, a nawet odegrali ważne role w cudownym śnie, który okazał się jawą.
JERZY CIERPIATKA