Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA analizuje mecz Realu z Barceloną
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

ZAMIAST DOGRYWKI (57)

Do wydania ostatniego tchnienia...

Wprawdzie bezkolizyjne przemieszczanie się wczoraj między Londynem i Sevillą było jednak obciążone dużym ryzykiem. Śmiało dało się zejść śmiertelnie od nadmiaru emocji. Pod względem doznań estetycznych wydarzenia na White Hart Lane górowały nad fabułą opowieści z Ramon Sanchez Pizjuan. O Arsenalu, niezaprzeczalnym pięknie jego gry i równoczesnej bezradności przy próbach sięgania po najwyższe cele, będzie jeszcze okazja pogadać. Zresztą... Temat musi poczekać, skoro wczoraj Real zastopował Barcelonę w boju do krwi ostatniej.

Od razu skojarzyłem, że wartość wczorajszego sukcesu jest mniej więcej taka, jak szalenie rzadkie w przeszłości odstawianie do kąta hokejowej „sbornej” za czasów Anatolija Tarasowa czy Wiktora Tichonowa. Ona grała tak jak dziś Barcelona. Na niebotycznym poziomie wyczynu, z programowym dyktowaniem warunków niemal każdemu napotkanemu na drodze. Wyjątki od reguły zdarzały się od wielkiego dzwonu i wówczas świat miał o czym gadać, bo prawie nastał cud. W Katowicach bądź Lake Placid... Kto mógł pomyśleć, że w podobnie metafizycznych kategoriach przyjdzie rozpatrywać zwycięstwo „królewskich” nad „Barcą”?

Pamiętam różne Reale. Bezdusznie apodyktyczne wobec całej europejskiej stawki, która musiała bić pokłony przed kunsztem Alfredo di Stefano, Ferenca Puskasa tudzież innych asów w talii Miguela Munoza. Nie da się wykreślić z pamięci zupełnie innej bajki, tej o Realu karykaturalnie nijakim, co w różnych epokach stawiało szlaban przed wchodzeniem na najwyższą półkę. „Galaktyczna” wersja z poprzedniej dekady per saldo też nie rzuciła nikogo na kolana, bo spędowi gwiazd nie towarzyszyła troska, aby perfekcyjnie funkcjonowała całość.

Jak zdefiniować to, co dzisiaj? Odczucia muszą być ambiwalentne. Z jednej strony sięgnięto po trenerskiego geniusza, Jose Mourinho. (Kto wątpił w wielkość Portugalczyka, od wczoraj może czuć się wyleczony). Konsekwencją było zrewidowanie zasad polityki transferowej, co nawet Florentino Perez wreszcie zrozumiał. Nade wszystko spektakularny dobór megagwiazd zastąpiono transferowaniem piłkarzy konkretnie wkomponowanych w koncepcję Mourinho. Real jest niewątpliwie zespołem bez porównania silniejszym niż w ubiegłym sezonie. I byłoby naprawdę cacy, gdyby nie przekleństwo, zresztą rzucone całkiem szczerze, prosto z Katalonii. Problem tkwi po prostu w tym, że Barcelona ma dziś jeszcze lepszych piłkarzy. A to oznacza dla Realu cholerny kłopot. Zresztą konkretnie zmierzony skalą jesiennej klęski na Camp Nou i już bez cyfrowego odzwierciedlenia podczas niedawnego meczu na remis w La Liga.

Obiektywność tego stwierdzenia wcale nie straciła na aktualności po wczorajszym golu Cristiano Ronaldo, końcowym gwizdku i wpadnięciu pucharu pod koła klubowego autokaru. Obecną Barcelonę zawsze stać będzie na powtórkę z rozrywki i ponowne zdemolowanie Realu, który nie powącha piłki. Z kolei Real musi z ogromną satysfakcją traktować każdy sukces odniesiony kosztem Barcelony. I tamten skromny remisik z Estadio Bernabeu i tym bardziej wczorajszy powód do wielkiej fety.

Jak wspomniałem wcześniej, pamiętam różne Reale. Nigdy jednak jako drużyny wręcz do gigantycznego stopnia uduchowionej, zwartej, zdyscyplinowanej taktycznie, walecznej, biegającej i nie wahającej się ani przez sekundę do wydania na murawie ostatniego tchnienia. Piłkarze zrobili wszystko co byli w stanie i chwała im za to. Ale bez wodzowskiej charyzmy oraz strategicznego talentu Mourinho nie byłoby mowy o tak szalonym przeobrażeniu w Realu systemu wartości. Dobro ogółu z definicji musiało być na pierwszym i zresztą jedynym planie. Bez tła i bez żadnych podtekstów. Jako warunek absolutnie konieczny, choć wcale niekoniecznie wystarczający. Ostatecznie, po drugiej strony barykady stała najlepsza drużyna na świecie...

Mourinho ograł wczoraj Josepa Guardiolę, co przy okazji stanowi asumpt do wystawienia znakomitej recenzji komentatorskiej pracy Mirosława Trzeciaka. Gdyby jeszcze był równe przekonujący przy nieudanej próbie sanacji wielkiej Legii... Ale wczoraj Trzeciak doskonale czytał nuty i jeszcze coś od siebie dokładał a vista. Chodzi o wypełnienie edukacyjnej misji, uświadamianie mniej kumatych widzów w detalach wielkiego meczu. Trzeciak to robił świetnie, w przeciwieństwie do kilku kolegów po fachu, a kiedyś znanych zawodników. Na przykład Kazimierza W. oraz Tomasza H., których nawijanie makaronu na uszy irytuje przy innych okazjach. Trzeciak nakrył czapką ekspiłkarską konkurencję bezdyskusyjnie. Choć w przyszłości powinien wystrzegać się pochopnego spisywania Ronaldo na straty.

Mourinho zaś, niezależnie od strategii, zdecydowanie lepiej zmieniał od Guardioli. I robił to logicznie, w przeciwieństwie do adwersarza. Bo jak zrozumieć Guardiolę, że zdjął z placu Davida Villę, a wprowadził do gry Ibrahima Affelaya? Natomiast Mourinho był przygotowany wielotorowo. Przy stanie 0-0, jeśli utrzymywałby się do ostatnich chwil dogrywki, pewnikiem wszedłby Ricardo Kaka (na karne). Ale że było 1-0, zdecydowanie bardziej potrzebny był Mourinho stoper Ezequiel Garay. Choćby tylko na sekundy, w miejsce Ricardo Carvalho...

Barcelona nie ma powodów czuć się skrzywdzona przez los. Była słabsza w pierwszej połowie, bezdyskusyjnie lepsza w drugiej i znów słabsza w dogrywce. Za to powinna uświadomić sobie, że głodny zawsze będzie bardziej zdeterminowany od wcześniej najedzonego. Z menu jasno wynika, że główne danie dopiero pojawi się na stole. Wcale nie da się wykluczyć, iż wszystko znów wróci do normy. Barcelona, niezależnie od wczorajszej porażki, wciąż pozostaje faworytem. Bo wciąż ma czym depnąć „do dechy”. Bo wciąż może sięgnąć po duże rezerwy, które to Real całkowicie wyczerpał. Na razie w dzieleniu łupów jest remis. Co nas czeka jutro?

JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty