Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA o Ronaldo i Rooneyu
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

ZAMIAST DOGRYWKI (52)

Jednym radość, drugim smutek

Świeżo po fenomenalnym golu Wayne’a Rooneya w derbach Manchesteru, najpierw pocztą pantoflową rozeszła się po świecie zapowiedź zakończenia kariery przez Ronaldo. Dwa bieguny nastrojów, jak w życiu. Od czego zacząć? Jednak od Ronaldo, słodki deser z Old Trafford niech poczeka kilka akapitów.

Supergwiazdy mają to do siebie, że szybko tracą prywatność. Każdy z odbiorców chciałby w jakimś sensie mieć idola na własność, ale się nie da. Wraz ze zdobytą sławą przez ulubieńca hasło „moje bożyszcze” traci rację bytu i jest to nieuchronne. W przypadku Ronaldo nic jednak nie odbierze mi satysfakcji polegającej na relatywnie szybkim i publicznym, bo na łamach „Tempa”, zwróceniu uwagi na niesamowity talent Brazylijczyka.

Kiedy to nastąpiło? Ano jesienią 1994, z chwilą złożenia pucharowej wizyty Bayerowi Leverkusen przez PSV Eindhoven. Ówczesny Ulrich-Haberland-Stadion był miejscem fascynującej wymiany ciosów. Nokdaunów było aż dziewięć, Niemcy trafili Holendrów w podbródek pięciokrotnie. Ale w centrum uwagi znalazł się Ronaldo. Osiemnastolatek istotnie grał jak młody Bóg, czynił spustoszenie w szykach obronnych rywala, ustrzelił efektowny hat trick. Na happy end dla PSV nie pozwolił w rewanżu dawno już zapomniany i w sumie przeciętny defensor Bayeru, pochodzący z dawnej NRD Jens Melzig. Roztoczył nad Ronaldo nadzwyczaj pieczołowitą opiekę i na takie fajerwerki jak w Leverkusen brazylijski snajper już nie zdobył się. Lecz i tak było wielce prawdopodobne, że wkrótce może dostarczyć Ronaldo wielce frapującego tworzywa do dyskusji.

Jak wiadomo zrobił to, dołączając do orszaku fantastycznych napastników, których - symbolicznie rzecz traktując - rodzi piasek Copacabany. Komu z nich było najbliżej do Ronaldo, skądinąd debiutującego akurat gdzie indziej, bo w Cruzeiro? Sądzę, iż Vavie, który w latach 50. i 60. jak nikt inny umiał skorzystać z dobrodziejstwa czarodziejskich dryblingów Garrinchy. Vava miał niesamowity nos do ustawiania się i korzystania garściami z szans. Był też niesłychanie dumny, w tym znaczeniu, że jak przyjeżdżał na mundiale, to tylko po Złotą Nike. Zasadnicza różnica między nim a Ronaldo tkwiła w znacznie zawężonym zasięgu działań. Vava zazwyczaj dokładał nogę albo głowę do piłki i robił to genialnie. Ronaldo brykał sobie zdecydowanie dalej od celu, co niepomiernie zwiększało skalę trudności. I, bagatela, w przeciwieństwie do Vavy musiał zderzyć się z okrutnym losem, gdy dwukrotne zerwanie więzadeł krzyżowych w prawym kolanie zdawało się przekreślać udział w azjatyckim mundialu. Jak fantastyczny był to powrót, zwłaszcza Oliver Kahn nie zapomni tego do końca życia. I zapewne już nigdy nie pojedzie do Jokohamy.

Dublet w finale MŚ 2002 był z pewnością najważniejszy w karierze Ronaldo, bo powrót w glorii musiał być poprzedzony pasmem udręk, na które nakładał się ogromny stres. Gwarancji na udział w mundialu przecież nie dawał nikt... Rewelacyjny wyczyn Rooneya jednak wręcz zmusza do zahaczenia o kwestię najpiękniejszego gola w wykonaniu Ronaldo. Wybór powinien być piekielnie trudny, ale to tylko pozory. W mym przekonaniu nic bowiem nie przebije kilkudziesięciometrowego rajdu w ligowym meczu Barcelony z Valencią, zakończonego nieuchronnym przybiciem pieczęci na slalomie, którym zachwycać się będzie świat jeszcze przez wieki. Tak magicznie kiwał na Old Trafford tylko George Best. Północnemu Irlandczykowi przybył od soboty partner do towarzystwa, choć zaoferował zupełnie inny wymiar nieziemskiego piękna. Oczywista, że to Rooney.

Długotrwały szlaban na wejście do bramki stanowi dyskomfort dla każdego napastnika. Wyzbycie się pazerności przez Wayne’a było spowodowane dwoma czynnikami. Z jednej strony wpadnięciem w pułapkę długotrwałej niemożności, czego nie należy życzyć komukolwiek. Jesteś świetny, zbliżasz się do rekordów, albo je poprawiasz i nagle zaczyna się czarna seria... Z każdą minutą i godziną czynności kiedyś proste i łatwe do wykonania dla rasowego snajpera stają się najpierw trudne, a po jakimś czasie przeradzają w koszmar. Z punktu widzenia słabiutkiej przez wiele miesięcy skuteczności Rooneya istotnie były powody do wpadania co najmniej w duży niepokój, nawet w panikę. Zauważmy jednak jak daleki od tego, może programowo wykluczający pochopne bicie na alarm, był Alex Ferguson. Że jak najczęściej chciałby widzieć Rooneya na liście, to jasne. Ferguson jednak przede wszystkim dostrzegał to, na co niektórzy byli ślepi. Mianowicie, jak tytaniczną robotę z dala od bramki wroga wykonuje Rooney. Jak bardzo ułatwia to zadania innym graczom ManU i znakomicie wpływa na funkcjonowanie całości. Łącznie z Dimitarem Berbatowem w roli głównego egzekutora.

Służebny charakter usług Wayne’a zszedł z afisza w momencie wręcz wymarzonym dla Rooneya. Derby, bardzo trudny dla ManU fragment meczu z MC i tu nagle taka wolta... Przy użyciu diametralnie innych środków wyrazu Rooney zrobił de facto to samo, co Ronaldo podczas fenomenalnego rajdu na bramkę Valencii. Wykupił sobie dożywocie na zachwyt miliardów widzów. Samo złożenie się do „nożyc” było perfekcyjne, ale żeby jeszcze trafić w „same widły”... Publika, ta na Old Trafford i przed telewizorami, musiała zwariować z ekstazy. I niech jeszcze ktoś upiera się po wyczynie Wayne’a, że futbol to głupia, a przy tym brzydka gra...

A że niebagatelne znaczenie miał w tej sytuacji czysty przypadek? Czyli rykoszetowa, minimalna zmiana kierunku centry Naniego przez Pablo Zabaletę, co dla Rooneya oznaczało akurat dar niebios? Bo przecież bez tego niezamierzonego współudziału Zabalety w ogóle nie byłoby tematu rozmowy... Hm, to przecież centymetry zmieniały historię futbolu. Czasem kradły tytuł mistrza świata, choćby Holandii w finale mundialu ’78, z czym zwłaszcza Robbie Rensenbrink nie pogodzi się nigdy. Ale w przypadku Rooneya ten wpływ był akurat zbawienny.

JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty