Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA podziwia Leonarda
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

ZAMIAST DOGRYWKI (50)

Rękawice zamienione na pióro

Bestie w ludzkiej skórze wcale nie muszą zabiegać o chwytliwe tytuły. Gdy kariera Mike’a Tysona znajdowała się w apogeum, czyli w drugiej połowie lat 80., ukazała się biografia słynnego pięściarza. Nosiła tytuł „Ogień i strach”, co oddawało istotę sprawy. Autorem książki był Jose Torres. Portorykański ochotnik w amerykańskiej armii, w boksie reprezentujący barwy USA. Na olimpiadzie w Melbourne Torres dotarł do finału, gdzie nie wytrzymał warunków narzuconych przez Laszlo Pappa, choć przegrał z nim tylko na punkty. Jako zawodowiec został Torres mistrzem świata wagi półciężkiej. 

Z tego co pamiętam, Tyson wnosił pretensje do Torresa, że nie wszystko ujął jak należy. Efekt pracy autora znacznie lepiej oceniono w HBO, filmowa adaptacja książki Torresa weszła na ekrany w 1995 i była zatytułowana po prostu „Tyson”. W „Bestię” wcielił się Michael Jai White, rolę Dona Kinga odegrał Paul Winfield, Cusem D’Amato był najsławniejszy z tego aktorskiego grona George C. Scott. Z najświeższego anonsu wynika, iż w czerwcu trafi na półki księgarskie inna pozycja, która może stać się bestsellerem. W przeciwieństwie jednak do Tysona, Sugar Ray Leonard odważył się samemu sięgnąć po pióro. Ukaże się zatem autobiografia, która podobno ma rzetelnie odnieść się do wzlotów i upadków fantastycznego boksera. 

Starsi czytelnicy zapewne pamiętają, że Leonarda darzyłem ogromną estymą. To był cudowny zawodnik. Nie całkiem zgodny z metrykalnym zapisem zestaw imion, jakich używał, wziął się z dwóch różnych dziedzin. Prawdziwym imieniem było „Ray”, bo matka Leonarda uwielbiała śpiew i grę na fortepianie Raya Charlesa. Natomiast „Charlesa” zastąpił „Sugar”, ponieważ idolem milionów - a zapewne najlepszym pięściarzem w historii zawodowego boksu - był Sugar Ray Robinson. Torres w tytule książki o Tysonie trafił w środek tarczy, Mike rzeczywiście zionął ogniem i szerzył strach. W przypadku Leonarda też jednak nie było żadnej pomyłki. Lekkością ruchów, przebogatym repertuarem ciosów i piorunującą szybkością istotnie bardzo przypominał pierwowzór. Można nawet zaryzykować postawienie tezy, że nikt tak jak Leonard nie zbliżył się na ringu do sylwetki rewelacyjnego Robinsona. 

Kiedy Leonard przykuł uwagę? Ano w 1976, gdy miał dwadzieścia lat. Wcześniej miewał zaskakujące wpadki, również z polskim rywalem. Z niejakim Janem Kwaczem przegrał przez dyskwalifikację, co zresztą byłą sędziowską hecą. Kilka miesięcy przed wyjazdem na igrzyska wprawdzie wygrał wewnątrzamerykańskie kwalifikacje z Aaronem Pryorem (który później zrobił oszałamiającą karierę na zawodowych ringach), ale w meczu ZSRR - USA został znokautowany przez Wiaczesława Bodnię. Jednak podczas olimpiady w Montrealu Leonard prezentował się fantastycznie. Kazimierz Szczerba był w półfinale kompletnie pozbawiony szans, zaś w walce o „złoto” dokonała się punktowa deklasacja kubańskiego mistrza nokautu, Andresa Aldamy. Stało się jasne, że zawodowa kariera stoi przed Leonardem otworem. 

Jak tę szansę wykorzystał? Relatywnie długo szło Rayowi jak z płatka. W 1979 pozbawił tytułu Portorykanina Wilfreda Beniteza, z którym skończył rozmowę na sześć sekund przed upływem ostatniej, piętnastej rundy. Cztery lata po olimpijskim tytule wrócił do Montrealu. Tym razem po to, aby skrzyżować rękawice z legendarnym Panamczykiem, Roberto Duranem. „Kamienna Pięść” wygrała pasjonujący bój, który na łamach „Przeglądu Sportowego” malowniczo opisał red. Jerzy Zmarzlik. Natomiast pod względem wysokości gaży Duran przegrał z Leonardem przez nokaut. Robert zainkasował obwarowaną kontraktem sumę półtora miliona dolarów. Sugar Ray poszedł na ryzyko, choć istniało wyłącznie w teorii. Otóż Leonard zastrzegł sobie ileś tam procent od wartości sprzedanych biletów. Na trybunach Stadionu Olimpijskiego pojawiło się ponad 46 tysięcy widzów. I na konto Amerykanina wpłynęło przeszło 9 milionów bucksów... 

Poproszony po walce o ocenę klasy Leonarda, Duran wymamrotał: "Tak, tak, on ma serce. I dlatego przeżył..." Ale odbyty po kilku miesiącach rewanż w Nowym Orleanie zadowolił Durana tylko w sensie kasowym. Jako broniący tytułu, Panamczyk zarobił trochę więcej od pretendenta (odpowiednio 8 i 7 mln). Pod koniec ósmej rundy, przy niewielkiej przewadze Leonarda na punkty, Duran rzucił do sędziego słynne „No Mas”. Że wystarczy, rzekomo z powodu silnego bólu brzucha. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę skłoniło Roberto do nagłego poddania się. Większość ekspertów skłania się ku wersji, że panamski kapryśnik miał dość upokarzania go w ringu przez Leonarda. Mimo że karty punktowe tej dominacji Raya wcale nie potwierdzały.  

Niebawem doszło do fantastycznej walki z Thomasem Hearnsem. Gdyby pojedynek z „Pająkiem” potrwał cały dystans, Leonard pewnikiem przegrałby. Ale furiackim atakiem w 14. rundzie zmusił arbitra do przerwania konfrontacji zgodnie określonej „Walką Roku”. Nokdaun odnotowany z rąk Kevina Howarda, którego w następnej rundzie Ray zastopował, spowodował ogromny kłopot. Odklejenie się siatkówki, co każde następne pojawienie się w ringu czyniło nadzwyczaj ryzykownym. Leonard jednak zagrał va banque i wrócił między liny. Dla historii boksu dokonała się wielka sprawa, ponieważ mogło dojść do absolutnie szlagierowego wydarzenia. Oponentem Raya został Marvin „Marvelous” Hagler, w Las Vegas działy się rzeczy nadzwyczajne. Ta wojna gigantów przyniosła Leonardowi punktowe zwycięstwo. Zresztą w niektórych kręgach mocno kwestionowane, osobiście zgadzałem się z werdyktem.  

Z dzisiejszej perspektywy wręcz niewiarygodnie brzmi całkowicie prawdziwa opowieść o okolicznościach pokazania fragmentów pojedynku przez krakowską TVP. Całą walkę nagrał w Wiedniu mój przyjaciel, Marek Nowak. Kaseta po kilku dniach dotarła na Wielopole, dzięki czemu „już” w numerze czwartkowym mogłem zamieścić obszerną relację na łamach „Tempa”. Następnego dnia video znalazło się na Krzemionkach, stamtąd trafiło na ekrany i wszystkim spadły buty. Tak na wszelki wypadek, logo austriackiej telewizji ORF zostało zamazane... Uwierzy ktoś, że kiedyś były całkiem inne czasy? 

Bezapelacyjnie wielki pod względem umiejętności Sugar Ray Leonard chorował niestety na coś, co trawi wielu bokserów. Nie wiedział kiedy zejść z ringu. Stąd wyłącznie w oczach sędziów zremisował rewanżowy pojedynek z wyraźnie lepszym Hearnsem, który dwukrotnie posłał go na deski. Następnie łatwo ograł Leonarda zdecydowanie od niego młodszy Terry Norris. W 1996 dokonał się jeszcze jeden powrót na ring i całkiem niepotrzebna porażka przed czasem z portorykańskim osiłkiem, Hectorem Camacho. Per saldo jednak, na 40 walk wygrał Leonard aż 36. Teraz to wszystko przelał na papier. Nie ma rady, latem czekać będę z utęsknieniem na przesyłkę ze Stanów...

 

JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty