Myślę sobie, że jeśli Nowy Rok zaczyna się od cudu, to nie może być źle. A właśnie w kategoriach cokolwiek metafizycznych należy potraktować zapełnione podwoje „Klubu pod Gruszką”, gdzie niedawno miał swój wieczór autorski red. Ryszard Niemiec. Akcja toczyła się w Sali Fontany (część oficjalna) i w kawiarnianym segmencie urokliwego lokalu, w którym po długiej przerwie znów można było pogadać na ciekawe tematy.
Tym razem rządziła piłka, bowiem ona stanowi nieodłączny atrybut świeżo wydanej książki. „Na barykadach wojen futbolowych” jest zbiorem felietonów RN, wprawdzie ukierunkowanych na „wszystkie nasze futbolowe sprawy”, lecz z zawężeniem czasowym obejmującym tylko ostatnią dekadę. Stosując kulinarną metaforykę, podano na stół bez wątpienia smakowity deser, ale wciąż bez dania głównego. A byłyby nim znacznie starsze felietony RN, które zaczęły stanowić magnes dla czytelnika jeszcze gdzieś w połowie gierkowskiej dekady. Dziękując więc wydawnictwu „Kwadrat” i jego naczelnemu, Jackowi Stroce za już, niniejszym apeluję o znacznie głębszą kwerendę. Przy spełnieniu tego postulatu ani chybi wyjdzie na wierzch, że nie straciło na aktualności również całkiem sporo spostrzeżeń poczynionych przez RN w znacznie odleglejszych epokach...
„Pod Gruszką” poruszano drzewiej różne zagadnienia. Andrzej Warzecha przegrał kiedyś zakład o szczegóły obsady „Siedmiu wspaniałych” Johna Sturgesa. Tadeusz Śliwiak nie przekonał wszystkich, że do słów jego „Krakowskiej Kwiaciarki” napisał muzykę Lucjan Kaszycki, a nie - co słusznie sugerowano literatowi - Jerzy Gert. Futbol gościł przy różnych okazjach, na przykład ukazania się opowiadania osiedlonego od dawna w Szwecji Romana Wysogląda, utwór chyba nosił tytuł „Łopatka”. Związek z futbolem był taki, że sprawa dotyczyła kibiców, którzy pojechali na ważny mecz. Siłę dopingu miały wzmóc procenty, ale flaszkę trzeba było jeszcze przeszmuglować przez kordon porządkowych. Nie chcąc podjąć nadmiernego ryzyka w punkcie kontrolnym, po prostu zakopano butelkę. A łopatka była potrzebna, bo przecież po meczu czymś trzeba było odkopać flaszkę...
Jako ówczesny naczelny „Tempa” red. Niemiec puścił utwór Wysogląda na łamy, czego w kręgach decydenckich na szczęście nie potraktowano jako obraza moralności. Najpierw w lochach „Krążownika Wielopole”, a później już na czwartym piętrze, diapazon tematów poruszanych werbalnie w redakcji był rozległy. Ktoś starał się odtworzyć, kto oprócz Manfreda Weissledera i Ericha Hagena towarzyszył Gustavowi „Taeve” Schurowi w enerdowskiej drużynie przemierzającej trasy Wyścigu Pokoju. Kogoś innego nurtowało, dlaczego Elżbieta Krzesińska pomogła Wierze Kriepkinie w wymierzeniu rozbiegu podczas igrzysk w Rzymie, przez co Polka straciła złoty medal. „Bokserów” intrygowała porażająca moc ciosów zadawanych lewą ręką przez Zbigniewa Pietrzykowskiego. „Koszykarzy” znane i ukryte cechy charakteru Andrzeja Pasiorowskiego. „Piłkarze” z kolei wcale nie uważali, aby okoliczności przegranego w Lipsku meczu ze Związkiem Radzieckim stanowiły definitywnie zamknięty temat, choć sprawa dotyczyła roku 1957.
Tematykę rozmów wprawdzie niekoniecznie przelewano się na papier, ale - wbrew pozorom - dyskutowano nie tylko o duperelach. Wtedy i jeszcze długo później brana była na tapetę moralność w sporcie, a w futbolu w szczególności. Wertując zawartość Niemcowych „Wojen” myślę sobie, że promocja nowej książki akurat „Pod Gruszką” nolens volens stanowi rodzaj epitafium dla świętej pamięci „Tempa”, choć żaden z wybranych felietonów już się w nim nie ukazał. Za to wciąż ten sam pozostaje autor, z ogromną troską i częstokroć niepokojem odnoszący się do najprzeróżniejszych aspektów piłki kopanej, albo (samej przez się) skopanej. Redaktorowi RN, przepraszam za szczerość, od dawna i naturalnie za plecami, bywają stawiane zarzuty w stylu „a co tam koszykarz może wiedzieć o futbolu”. To oskarżenie wyssane z sufitu, w mym przekonaniu skrajnie bezczelne. Wymagające skonfrontowania wiedzy i poglądów, do czego oczywiście nie dojdzie, bo do tego jest konieczna odwaga stanięcia twarzą w twarz. I pogodzenia się z nieuchronnością klęski.
Gdyby wyjść daleko poza książkowe ramy i dokonać choćby pobieżnie retrospektywy - stanie się jasne, że od kilku dekad RN wyręcza kolejne generacje kolegów po fachu. Wskazując palcem wędrujących po kraju za transferowym szmalem rozmaitych Pokin-Sochów. Ryzykując przepowiednią parszywego epilogu w nowym miejscu pracy dla trenerów ówcześnie na świeczniku, choćby klęskę Jerzego Kopy w stołecznej Legii. Obnażając do cna zgniliznę „niedziel cudów”, towarzyszących pamiętnym finiszom ligi w pierwszej połowie lat 90. Świadomie zderzając się z Warszawą, kiedy nie mogła przełknąć, że prezesem PZPN został Marian Dziurowicz. I wreszcie, też całkiem intencjonalnie, wchodząc w stany otwartych wojen z kolejnymi szefami resortu sportu. Mało kto ze zwolenników nieuchronnego wyeliminowania „leśnych dziadków” jeszcze dziś zdaje sobie sprawę, czym polskiej piłki groziło danie pardonu Jackowi Dębskiemu. I choćby przyjęcie do wiadomości, bez aprobaty, pomysłu ministra, który robienie porządków w PZPN niewątpliwie powinien zacząć od siebie. I zapewne w innych dziedzinach, niż sport.
Abstrahując od bogactwa skojarzeń i wybornego języka - co celnie zauważył w przedmowie prof. Józef Lipiec - felietonistyka Niemca niewątpliwie służy dobru sprawy. Czy zawsze? - można dyskutować, choćby w kontekście rozczarowań związanych z obecną ekipą PZPN, po trosze wypromowanej przez RN. Czy najczęściej? - tak, nie mam wątpliwości. Polskiemu futbolowi niewątpliwie potrzebny jest Katon, który przestrzega przed konsekwencjami złych decyzji, alarmuje w stanach zagrożenia i smaga pejczem znakomitego pióra zasługujących na karę. Tak samo jednak niezbędny jest obrońca tychże „leśnych dziadków” przed atakami nawołujących - w przeciwieństwie do Kisiela - do dyktatury ciemniaków. Niemiec nieustannie czyni swą powinność, przy czym jako felietonista coraz bardziej niestety pozostaje osamotniony. No, ale skoro jeden ze sztandarowych tytułów odkurza felietony Antoniego Słonimskiego - co z zadumą stwierdził Jerzy Wicherek (wraz z Januszem Koziołem doskonale prowadzący wieczór) - oznaczać to musi, że gatunek jako taki po prostu ginie...
Tym bardziej gorąco zachęcam do lektury, zwłaszcza że nadzwyczaj frapującej. Zaczyna się od zaproponowania Sławomirowi Mrożkowi podjęcia iście... mrożkowego tematu Legii żądającej przywrócenia jej mistrzowskiego tytułu, „bezprawnie” zabranego w 1993. Kończy bankietowym popisem Artura Boruca i Michała Żewłakowa na cokolwiek chybotliwym pokładzie samolotu wracającego z reprezentacją „Franza” Smudy do kraju. W przeciwieństwie do bohatera „Łopatki”, oni bez wątpienia przegrali swoją „wojnę”. W przypadku wojen futbolowych Ryszarda Niemca nie da się wykluczyć, że po EURO 2012 stanie nowa barykada. I wyjdą na nie tłumy, jeśli nie daj Bóg polegniemy.
JERZY CIERPIATKA