Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA żegna Romana Hurkowskiego, wybitnego dziennikarza sportowego
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

Zamiast dogrywki (47)

Żegnaj Mistrzu

Zadzwoniłem w poniedziałek rano, na komórkę służbową. Zdążyłem spytać: - Roman? - ale odebrała żona. I po cichu powiedziała, że z Romkiem jest źle. Wieczorem wykręciłem numer domowy, odebrał syn. Poprosiłem o przekazanie tacie pozdrowień i zaawizowałem wykonanie telefonu do Romana lada chwila, gdy tylko będzie z nim lepiej. Linia między Krakowem i Warszawą grzała się w ostatnich latach wielokrotnie. To okrutne, że nie udało się zdążyć z następną rozmową. Fatalne, że kolejnej okazji już nie będzie.

Znaliśmy się od trzech dekad, kiedy Roman Hurkowski już tkwił w zawodzie, a ja dopiero wkraczałem. Dziennikarskie relacje między nową a starą stolicą były wtedy zupełnie inne od atmosfery zimnej wojny, jaka pod koniec tamtego wieku nastała po zaanektowaniu „Tempa” przez tylko pozornie trzymający się zasad fair play „Przegląd Sportowy”. Nigdy nie zmienię poglądu i głoszę to publicznie, że był to akt prasowej gangsterki. Wprawdzie dokonanej w białych rękawiczkach pod względem zapisów prawnych, za to zupełnie pozbawionej merytorycznych przesłanek i do szczętu plugawej moralnie. Roman zresztą sam zapłacił słoną cenę za tzw. nowe porządki na rynku prasowym, ale do tego tematu jeszcze wrócę.

Na samym początku lat 80. świat jednak wyglądał zupełnie inaczej. Był oparty na koleżeńskich układach, co dziś brzmi nadzwyczaj groteskowo. Nie da się ukryć, że z perspektywy Wielopola odczuwaliśmy pewien rodzaj kompleksu wobec „Piłki Nożnej”, w której Roman już pracował. Ów kompleks miał podłoże w merytorycznym poziomie stołecznego tygodnika. Nadzwyczaj wysokim, aby nie było wątpliwości. Każdy z redaktorów „PN” wnosił jakąś wartość. Mieczysław Szymkowiak - anielski spokój nestora. Jerzy Lechowski - autorytet speca, wcześniej bezapelacyjnie „number one” w dziale piłkarskim „Przeglądu”, byle tylko nie powierzać Lechowskiemu obowiązków dokumentalisty. Ale wkrótce po starcie „Piłki” w 1973 stało się jasne, że rośnie w siłę nowe pokolenie. Stefan Szczepłek swobodnie żonglował, choć nie faktami, tylko magią asocjacji. Antoni Piontek po powrocie z finałów MŚ ’74 przedstawiał świetne analizy turnieju. Zaś Zygmunt Lenkiewicz dopiero szykował się do skoku na ministerialno-telewizyjne szczyty. Roman doszedł do zespołu trochę później. Bodaj pierwszy raz przykuł uwagę w połowie 1976, gdy Club Brugge omal nie wygrało z FC Liverpool finałowego dwumeczu w Pucharze UEFA. I natychmiast stało się jasne, że nie ma żartów, bo do akcji wkroczył baaaardzo tęgi fachura. Wtedy niezaprzeczalnie zauroczony dryblerską maestrią Robbiego Rensenbrinka.

W „Tempie”, zwłaszcza Jurek Nagawiecki, Andrzej Godny i ja, mieliśmy szczęście doświadczyć tej bez wątpienia wybitnej fachowości Romana przy różnorakich sposobnościach. Także towarzyskich, kiedy Roman, Stefan Szczepłek bądź Paweł Smaczny przy okazji meczów międzypaństwowych i międzynarodowych rozgrywanych w Krakowie sprawdzali na wszelki wypadek, czy Wawel aby wciąż stoi w tym samym miejscu. Biła z nich wiedza ogromna, co przy staraniach z naszej strony czyniło dyskursy niezmiernie ciekawymi. To samo dotyczyło spotkań podczas dziennikarskich MP w Opolu, albo przy okazjonalnych mityngach. Na przykład jesienią 1983 w Gdańsku, kiedy przed rewanżowym meczem Lechii z Juventusem wspólnie zgotowaliśmy „manto” reprezentacji włoskich żurnalistów. Roman niedawno przesłał mi mailem wspólną fotkę naszej drużyny. Od dziś stało się oczywiste, że to zdjęcie muszę natychmiast przekopiować z twardego dysku na płytkę...

Roman znał futbol na wylot, na poziomie niekiedy abstrakcyjnym dla wielu kolegów z branży. Przed kilku tygodniami zadzwonił do mnie i zapowiedział krótki przyjazd do Krakowa. Musiałem Romka zbesztać, kiedy napomknął, że być może zjawi się pod Wawelem ostatni raz. W hotelu przy ul. Mikołajskiej towarzyszył Romanowi znakomicie mówiący po polsku red. Nenad Stoković, który w każdy meczowy weekend w sezonie każe sobie dostarczać kanapki do pokoju, by nikt nie śmiał przeszkodzić w oglądaniu wszystkich meczów ... polskiej ekstraklasy. W gronie trzech maniaków futbolowych musiały być brane na tapetę najdziwniejsze tematy. Na przykład rozważania o dryblingach Dragana Dzajića niewątpliwie trąciłyby banałem, gdybyśmy nie wzięli pod lupę zalet Danilo Popivody. Kto go jeszcze pamięta, albo kojarzy?

I tak było w kontaktach z Romanem zawsze, na bazie gigantycznej wiedzy miał doprawdy niesamowitą zdolność skojarzeń. Umiał to należycie spożytkować, pisał wręcz doskonale. I aż do bólu szczerze, bez znieczulenia. To oczywiście nie ułatwiało pogoni za dziennikarskim chlebem, choć z racji znakomitych kompetencji nigdy nie powinien odczuwać zagrożenia. Był dobrym i wrażliwym człowiekiem, choć czasem objawiającym bezkompromisowy charakter, czego w jednej sytuacji sam doświadczyłem. Gdyby było normalnie i działo się na Zachodzie, Romek byłby wielkim paniskiem, również pod względem materialnym. U nas, jednostce tak wysoce ponadprzeciętnej jak Roman, łaskawie pozostawiono życie na cokolwiek bocznym torze. Długo bez etatu, bo przecież duży wpływ na ich rozdawanie wciąż mają kolesie, którzy nie zapomnieli, że kiedyś nadepnięto im na odcisk.

Roman Hurkowski na szczęście nie dał się zepchnąć na zawodowy margines. Przeciwnie, nawet w nadzwyczaj trudnych dla niego czasach i gdy był naprawdę bardzo ciężko chory, potrafił zachować prestiż wybitnego dziennikarza. Tak było zawsze, do postawienia kropki w ostatnim zdaniu...

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty