Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA wyjaśnia dlaczego woli Pelego od Maradony
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

ZAMIAST DOGRYWKI (42)

Sprawiedliwość dla króla

Z zupełnie innymi emocjami potraktowałem dwa niedawne jubileusze tytanów. To były okrągłe rocznice urodzin. Pele skończył 70 lat, Diego Maradonie strzeliło pół wieku. Za ich podobieństwem bezdyskusyjnie przemawia piłkarska wielkość, której skalę da się mierzyć przede wszystkim w subiektywnych kategoriach. Przy zastosowaniu tego kryterium zawsze wyjdzie na to samo. Jedni widzieć będą w Brazylijczyku najwybitniejszego piłkarza wszech czasów. Drudzy obrażą się nieomal śmiertelnie, jeśli na boczny tor zostanie odstawiony Maradona.  

Tak czy inaczej temat takich rozważań zawsze jest nad wyraz poważny. Oprócz Johana Cruyffa, Franza Beckenbauera (właśnie stuknęło mu 65...), Alfredo di Stefano czy kogoś tam jeszcze sprawa dotyczy władców Olimpu. A raczej przyznania praw władcy piłkarskiego raju. Z boskim Diego, nawet na tę okolicznościową okazję, od razu daję sobie spokój. Jako boiskowy geniusz równocześnie pozostanie dla mnie przekrętem, który niezależnie od chyba najpiękniejszego rajdu w historii piłki nożnej wyrządził futbolowi mnóstwo krzywd. I naprawdę zawsze warto o tym pamiętać. Na tle Diego, osobnika zepsutego moralnie, Edson Arantes do Nascimento - choć sam mający na sumieniu drobne grzeszki - jawi się jako zdecydowanie sympatyczniejsza postać. 

Kiedy zawiązała się owa nić sympatii? U mnie za sprawą kilkuodcinkowego cyklu na łamach tygodnika „Sportowiec”, gdzie okładkowa zajawka z Brazylijczykiem w centrum uwagi wręcz zmuszała do wejrzenia w głąb numeru. Trwał rok 1963, Pele miał już na koncie dwa tytuły mistrza świata wywalczone w szeregach „canarinhos”. Ale tak de facto były to dla Edsona dwie całkiem inne imprezy. Ze Szwecji wrócił w glorii osiemnastolatka, któremu wraz z otworzeniem sejfu ze Złotą Nike udało się wszystko. Łącznie z ustrzeleniem dubletu w finałowym meczu z gospodarzami imprezy. W Chile natomiast rozległa się całkiem inna śpiewka. Od momentu odniesienia kontuzji w grupowym meczu z Czechosłowacją Pele znalazł się na aucie. Pamiętam nazwisko lekarza brazylijskiej reprezentacji, facet nazywał się Hilton Gosling, ciesząc się ogromnym autorytetem. Ale nawet on nie był w stanie udzielić zgody na grę w dalszej części turnieju. I już do samego końca imprezy Pele pozostał smutny, choć częściowo usatysfakcjonowany, bo nawet bez sztandarowej postaci Brazylijczycy obronili tytuł. 

Tłumaczenia opowieści NN o Edsonie ochoczo podjęła się dziennikarka „Sportowca”, Alicja Przybylska i jak zwykle doskonale wywiązała się z zadania. Liczył się każdy detal, przedstawiono różne stany emocjonalne bohatera. Łącznie z morzem łez wylanych przez dziesięciolatka daleko od Maracany, gdzie w 1950 zbyt pewna swego Brazylia została nagle wystrychnięta na dudka przez urugwajskiego spryciulę, Alcidesa Ghiggię. U państwa Nascimento, jak chyba w każdym brazylijskim domu, trwał nastrój narodowej żałoby. Edson zapamiętał wtedy na całe życie rozpacz ojca, który podobnie jak całe społeczeństwo ogromnego kraju nie mógł zrozumieć, dlaczego czas klęski nastał akurat w dniu mającym być narodowym świętem. Pele wtedy bodaj najboleśniej nauczył się, że również dzieci dostają twardym kijem losu po tyłku. Ale w jakim stopniu tamto doświadczenie przydało mu się w chwilach ponoszenia indywidualnej porażki w Chile i już zbiorowej klęski w Anglii (gdzie nałożył się osobisty dramat piłkarza potraktowanego z wyjątkową brutalnością przez chamsko postępujących rywali)? Nie wiem. 

Trzy lata przed opublikowaniem story w „Sportowcu” Pele pojawił się z Santosem w Polsce i była to co najmniej taka atrakcja, jak niezapomniane koncerty estradowej kapeli Marino Mariniego. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie niestety nie pojawiłem się i jedyna okazja zobaczenia idola na własne oczy bezpowrotnie przepadła. W świeżo wydanej przez wydawnictwo „GiA” monografii 90.lecia Śląskiego ZPN wyczytałem, że bilety na show Pelego i jego klubowych kolegów kosztowały 35 złotych plus jakieś dopłaty. Tanio zatem nie było, ale prawdziwy kibic zdarłby z siebie ostatnie portki... Pele pozostawił po sobie piorunujące wrażenie na każdym z naocznych świadków i tego nic nie wymaże z pamięci. A o gratis postarał się znakomity fotoreporter Mieczysław Świderski, który już na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie uwiecznił kunszt Pelego oddającego podczas specjalnego treningu szalenie efektowny strzał przewrotką. Nie da się ukryć, że jakość zdjęcia oraz karykatury wykonanej przez Edwarda Ałaszewskiego też były światowej klasy. 

Sprawiedliwość, wcale nie zawsze łaskawa dla największych, oddała królowi co należne. Pele zdążył spektakularnie strzelić tysięcznego gola w karierze, zanim wziął udział w pierwszym z meksykańskich mundiali. Czwarty start w finałach MŚ zakończył się trzecim triumfem w karierze. Splendor był tym większy, że to akurat Pele naruszył w decydującym meczu monolit włoskiego muru. Tym sposobem spiął klamrą wszystko, co było najlepsze w zawrotnej karierze. Niezapomniany drybling w lizbońskim meczu z Benfiką o klubowy Puchar Świata, wpędzenie w osłupienie kibiców na Łużnikach, gdzie omal rozerwał siatkę piorunującym strzałem pod poprzeczkę i sprawy powszechnie znane nawet dla przypadkowych oglądaczy futbolu. I jeszcze wiedział, kiedy trzeba zejść ze sceny.   

Gdy został nie tylko coverowym bohaterem „Sportowca” miał zaledwie 23 lata. Przed chwilą świętował 70. urodziny. Czas strasznie szybko zapieprza. - Nie Juruś, jesteś w błędzie. Bo ten czas zap... - kompleksowo objaśnił mnie ktoś, kto nawet nie ma zielonego pojęcia, że Pele naprawdę jest Brazylijczykiem.

JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty