Jakiś czas po skończeniu prawa (potem zrobiłam też podyplomowe dziennikarstwo na UJ) szef krakowskiego „Tempa” redaktor Ryszard Niemiec przyjął mnie do redakcji. Na początku powierzał mi do obsługi dyscypliny, których nie uważali za poważne koledzy zafascynowani piłką nożną, boksem, żużlem, hokejem czy koszykówką. Zresztą w tamtym czasie w redakcjach sportowych właściwie nie było dziennikarek. W „Tempie” trochę później pisywała nieżyjąca już dziś Anna Idzikowska. W jakimś sensie my obie przecierałyśmy w tej redakcji kobiece sportowe dziennikarskie szlaki.
Jednym z pierwszych artykułów, które napisałam do „Tempa” był reportaż pt. „Sokolim Lotem” (5.XI 1988) o Janinie Skarlińskiej, polskiej gimnastyczce sportowej, medalistce mistrzostw świata, pięciokrotnej mistrzyni Polski i olimpijce z Berlina. – Nie chciała rozmawiać z dziennikarzami, no to może z dziennikarką pogada – powiedział Niemiec. Mieszkała w pięknej kamienicy przy ul. Retoryka w Krakowie. Wiekowa już wówczas pani z rezerwą zgodziła się na spotkanie, ale z każdą minutą opowiadała coraz ciekawsze historie. Na przykład o tym, jak tuż po wybuchu II wojny światowej udało jej się ocalić bibliotekę i sztandar Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, które miało i nadal ma swoją siedzibę przy dzisiejszej ul. Piłsudskiego; sztandar przeleżał w jej piwnicy pod węglem, na balkonie i na strychu – w zależności od okoliczności – aż do końca wojny. Wcześniej, podczas IO w Berlinie w 1936 roku, mimo surowego zakazu Pani Janina fotografowała zmagania sportowców i gości, którzy zasiedli na trybunach; miała na przykład zdjęcia Adolfa Hitlera obok Stanisławy Walasiewiczówny i Jadwigi Wajsówny.
Potem pisałam też o innych gimnastycznych mistrzyniach: o medalistce olimpijskiej Helenie Rakoczy, olimpijce Stefanii Reindlowej, medalistce olimpijskiej Barbarze Konopce-Ślizowskiej, z którą utrzymywałyśmy ciepłe kontakty przez wiele lat aż do jej śmierci w 2023 roku. Pisałam też o Teresie Foldze, olimpijce z Seulu, która została tam Miss Igrzysk i o jej słynnej trenerce Krystynie Georgiew. Umówił mnie z Nią i zawiózł do jej domu pod Krakowem psycholog profesor Jan Blecharz od lat z nią zaprzyjaźniony. Tekst ukazał się w świątecznym „Tempie”. Niedługo po naszej rozmowie pani Krystyna zmarła.

Od lewej Marek Bartosik, Majka Lisińska-Kozioł i jej mąż Jacek Kozioł. Fot. Wojciech Molendowicz
W 1992 roku dostałam za zadanie napisania reportażu o dwóch żużlowcach KS Morawski, którzy w garsonierze jednego z bloków zamordowali niemieckiego biznesmena. Redaktor Niemiec powiedział mi wtedy: – weźmiesz nocleg i dokładnie przyjrzysz się sprawie. Pojechałam do Zielonej Góry. Już w hotelowej restauracji nie mówiło się o niczym innym tylko o tej zbrodni. Z samego rana – z duszą na ramieniu – poszłam do lasu, w którym zostały zakopane poćwiartowane zwłoki. Ktoś je znalazł, bo spod śniegu wystawała ręka ofiary. Zrobiłam nawet zdjęcie gumowych rękawiczek, które zostały w dole, z którego zabrano ciało. Rozmawiałam z nauczycielami obu podejrzanych, z sąsiadką mieszkającą pod feralną garsonierą, byłam na pogrzebie ofiary, a w zielonogórskim areszcie spotkałam się z obydwoma żużlowcami. Pamiętam, że drzwi w pokoju widzeń były bez klamek, a telefon bez numerków na tarczy stał na metalowym stole. Podejrzani wchodzili pojedynczo i każdy z nich pocałował mnie w rękę. Zmroziło mnie, bo nie mogłam zapomnieć, że niedawno własnoręcznie zabili i poćwiartowali człowieka, a potem szorowali podłogę, żeby usunąć krew. W śledztwie obwiniali się wzajemnie. Obaj zostali skazani, jeden na 25 lat, a drugi na 15. Wyszli z więzienia w 2007 roku.
Jedną z dyscyplin, które zostały mi przydzielone w „Tempie” było lotnictwo. Pisałam o tym sporcie sporo, ale na początek redaktor Niemiec posłał mnie do profesora Edwarda Popiołka z AGH, który był medalistą mistrzostw świata w lotnictwie sportowym, wieloletnim członkiem Aeroklubu Krakowskiego i został laureatem Medalu Kalos Kagathos. Dałam radę i tekst, kolumnowy, ukazał się w gazecie.
A potem powstały teksty o Wacławie i Krzysztofie Wieczorkach, Wacławie Nyczu. A gdy w 1990 roku pilot Włodzimierz Skalik zdobył w Argentynie tytuł samolotowego mistrza świata w lataniu precyzyjnym, miałam za zadanie sprawdzić, czy łatwo jest zostać takim mistrzem. 14 grudnia 1990 roku, punktualnie o 12.45, Skalik włączył silnik biało niebieskiej Wilgi 354. Nie przypuszczałam wtedy, że tego dnia oboje urodzimy się na nowo… Po piętnastominutowym locie schodziliśmy do lądowania, coraz bardziej zbliżaliśmy się do pasa startowego, a ja obserwowałam samolotowe koło po mojej stronie, żeby nie przegapić momentu jego zetknięcia z ziemią. Nie poczułam jednak ani szarpnięcia, ani stuknięcia. Usłyszałam za to chrzęst gniecionej blachy i głos pilota: – Niech pani ucieka. Tyle, że przypięta pasem nie mogłam się ruszyć. Gdy poczułam, że pas puścił wyskoczyłam z samolotu i zaczęłam biec przed siebie. Czuć było zapach wyciekającej benzyny. Kątem oka zobaczyłam Skalika biegnącego w przeciwną stronę. Czekaliśmy na wybuch, który mógł nastąpić w każdej chwili. Nie nastąpił. Potem zastanawiałam się nad tym, co można dostrzec i co zapamiętać będąc na granicy życia i śmierci. Ja nie pamiętałam nawet, że przeżyłam pełny kapotaż, to znaczy że samolot przekoziołkował do przodu przez śmigło i stanął na kołach.
Następnego dnia stawiłam się w redakcji. Redaktor Niemiec wypalił od progu: – No i co Majka, spadła pani? – Spadłam panie redaktorze – odparłam. – Przerwał wpół słowa, spojrzał na mnie już bez uśmiechu i rzucił po swojemu: – Ale żyje pani. To pisać. Pisać.
W czasie, gdy zajmowałam się łyżwiarstwem figurowym w Polsce brylowali Zuzanna Szwed, Anna Rechnio, Sabina Wojtala, para taneczna Sylwia Nowak - Sebastian Kolasiński czy sportowa Dorota Zagórska i Mariusz Siudek. Dużo mówiło się o Grzegorzu Filipowskim i o tym, że nie ma w Polsce solistów, którzy mogliby mu dorównać. Przed Bożym Narodzeniem 1997 roku pojechałam do Łodzi do Pani Krystyny Filipowskiej. Spotkałyśmy się kilka miesięcy po tym, jak Grzegorz – mieszkający wtedy w Kanadzie – odwiedził ją w Polsce. Rozmowa z Panią Krystyną okazała się jedną z najbardziej przejmujących w moim dziennikarskim życiu. Mama Grzegorza była skromną kobietą, która bez słowa skargi poświęciła swoje życie utalentowanemu synowi. Opowiadała mi o dumie z jego osiągnięć i o tęsknocie za nim. Wspominała, o tym że jak jeszcze był w Łodzi wstawała o czwartej rano, żeby zawieść małego Grzesia na trening. I o tym, że gdy zajęła się nim trenerka Barbara Kosowska, to ona, matka, musiała usunąć się cień. Nie wolno jej było nawet podchodzić do syna przed zawodami. Obserwowała mistrza Grzegorza z trybun. Tęskniła i marzyła o tym, że w końcu nadrobią czas rozłąki.
To podczas takich spotkań przekonywałam się, że aby napisać o człowieku trzeba go poznać, usłyszeć jego historię. Poczuć emocje. Że zbieranie materiału do reportażu tylko przez telefon dyskredytuje dziennikarza. Wiedział o tym także redaktor Niemiec, dlatego posyłał adeptów dziennikarstwa w teren, a potem miał czas, by powiedzieć co zrobiliśmy dobrze, a czego jeszcze tekstowi brakuje. To dzisiaj rzadko się zdarza.
Jakiś czas po IO w Barcelonie powstał mój tekst pt. „Prawdziwa cena złota z Barcelony”. Przez całą noc rozmawiałam w Zielonej Górze z pięciobojową mistrzynią świata Barbarą Kotowską, wówczas żoną Arkadiusza Skrzypaszka, podwójnego mistrza olimpijskiego. Opowiadała o tym, jak medale i sława oddaliły go od rodziny, o samotności, o tym jak bardzo zawiodła się na mężu, o jego biznesowych inklinacjach. O sukcesie w sporcie i porażce w życiu. Skrzypaszek nie chciał wtedy rozmawiać, nie było zatem relacji drugiej strony, ale redaktor Niemiec wydrukował reportaż na całą kolumnę.
Pisałam o tenisie stołowym, szczególnie mi bliskim, bo mój Tata – Stanisław Lisiński – był mistrzem Krakowa i drużynowym wicemistrzem Polski w tej dyscyplinie. To on zainteresował mnie sportem; zabierał na koszykówkę, gdy grał tu jeszcze Andrzej Seweryn, na piłkę na Garbarnię czy Cracovię. To on, odkąd pamiętam, kupował „Tempo”. Wspominał o swoim koledze z drużyny Franciszku Doboszu, o pingpongowych mistrzyniach Barbarze Ratzko, Elizie Lidzie i Czesławie Noworycie. Z jego inspiracji wszystkie trzy panie były bohaterkami mojego reportażu. Później w tenisie stołowym brylowała krakowianka, medalistka ME Jolanta Szatko-Nowak, zwana „Zadziorą”. Dla sportu poświęciła dużo. Miała
wsparcie męża Staszka, który godził się na jej wyjazdy, na nieobecność w czasie świąt, ważnych rodzinnych uroczystości. Był dobrym, spokojnym człowiekiem. Zdenerwował się tylko raz. Jola była wtedy w ciąży i chciała pomóc drużynie w arcyważnym meczu. Miała zagrać na luzie, ale poślizgnęła się i upadła. Staszek powiedział wówczas, że sportowiec czasami ryzykuje bez sensu i bez zastanowienia. – Moja żona zaryzykowała życie swoje i dziecka. Dla punktów. Pierwszy i ostatni raz – dodał.
Z czasem zajęłam się piłkarskimi kibicami, a właściwie kibolami. Podróżowałam z nimi autokarami, razem z policją obstawiałam mecze. Byłam na starym stadionie Wisły, gdy fruwały kamienie, gdy interweniowały policyjne psy, gdy lała się woda z armatek. Uczestniczyłam w rozprawach dotyczących wydarzeń podczas meczu Wisły Kraków z AC Parmą w październiku 1998 roku, kiedy to „Misiek” rzucił nożem w piłkarza Dino Bagio.
Rozmawiałam też z wieloma rajdowcami. Po śmierci Mariana Bublewicza w 1993 roku, zginął podczas Zimowego Rajdu Dolnośląskiego, spotkałam się w Warszawie z jego pilotem Ryszardem Żyszkowskim. Po wypadku miał jeszcze rękę na temblaku. Gdy wróciłam do Krakowa siadłam do pisania. Redakcja „Tempa” mieściła się wówczas na czwartym piętrze „Krążownika” przy Wielopolu. Spieszyłam się, bo na tekst czekał red. Marek Bartosik. Materiał miał iść następnego dnia. Pisałam na małym komputerze Macintosh. Gdy postawiłam ostatnią kropkę, na moment wyłączono prąd. I wtedy okazało się, że w pośpiechu nie zapisałam tekstu. Na ekranie komputera nie było nawet jednego słowa. Moje przerażenie musiało być ogromne, bo redaktor Bartosik, na ogół mało litościwy, spojrzał ze współczuciem i powiedział: przejdź się na kawę, a potem do roboty. Tekst musi być. I był.
Brak dziennikarskiego doświadczenia sprawił, że podczas spotkania z Wandą Rutkiewicz tuż przed wyjazdem na jej ostatnią wyprawę, zapytałam ją zaraz na początku rozmowy: – Czy pani porządkuje swoje sprawy przed wyprawą na wypadek, gdyby Pani nie wróciła? Wanda Rutkiewicz postawiła na stole filiżanki z mocną herbatą i wyszła z pokoju. Myślałam, że nasz wywiad właśnie się skończył, ale Ona po dłuższej chwili wróciła z kuchni i powiedziała: jadę tam żeby wrócić, a nie zginąć w górach. Z Kanczendzongi nie wróciła.
Trochę stresu kosztowało mnie zwykle sprawdzenie, co poszło w gazecie z tego co posłałam do redakcji. Na ogół po zawodach sprawozdanie odbierała maszynistka, czasami któryś z kolegów. Pamiętam zwłaszcza swój pierwszy poważny wyjazd na Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w Tenisie Stołowym do Olsztyna. Dalekopis bez przerwy był zajęty, więc gdy telefonistka wreszcie połączyła mnie z redakcją przedyktowałam swoją relację doświadczonemu dziennikarzowi, który brał ten tekst na ołówek, co oznaczało, że robił notatki na kartce, a potem przepisywał to, co ja napisałam po swojemu. Po powrocie z zawodów wezwał mnie do siebie redaktor Niemiec, pokazał na gazetę i spytał: – Co to jest? Przeczytałam i mówię, że nie wiem. No przecież jest tu pani podpisana. – Owszem – odrzekłam, ale ja dyktowałam co innego, proszę spojrzeć, to są moje relacje. – Kto je odbierał? – Pan Kaziu. – Na ołówek? – Na ołówek. – A, dobrze. Zostawmy to.
Dzięki pracy w redakcji poznałam wielu słynnych sportowców i ciekawych ludzi jak Krzysztof Wielicki – himalaista, Leszek Blanik – gimnastyk; Andrzej Grubba i Leszek Kucharski - pingpongiści, Mariusz Czerkawski – hokeista, Janusz Kulig, Leszek Kuzaj – rajdowcy, Hubert Wagner, z którym spotkałam się w Gorzowie Wielkopolskim wysłana tam przez Ryszarda Kołtuna i Jurka Sasorskiego, specjalistę od siatkówki, który nie mógł pojechać. Rozmawiałam z Waldemarem Marszałkiem – mistrzem sportów motorowodnych, opisywałam zaciekłą rywalizację pomiędzy łyżwiarkami Anną Rechnio i Zuzanną Szwed. Do dzisiaj lubimy się z Dorotą Idzi, pięciobojową multimedalistką. Wspominam też pierwsze moje spotkanie z 14-letnim Robertem Kubicą w krakowskim mieszkaniu jego rodziców. Potem Robert wiele razy odwiedzał mnie w redakcji przy ul. Wielopole. Kontakty rozluźniły się, gdy stał się sławny. Pisałam o młodym kolarzu Piotrze Pużyckim, który w 1992 roku podczas zawodów rozgrywanych na szosie pod Kielcami zderzył się z koparką i złamał kręgosłup, a potem na wózku wygrał Maraton Nowojorski. Pamiętam tragiczny wypadek podczas rajdu samochodowego na trasie Trzemeśnia - Łęki. W 1992 roku auto rajdowe kierowane przez Marka Sadowskiego wybiło się na skarpie i wpadło w kibiców. Rozmawiałam wtedy z matką 12-letniej Asi, ofiary tego wypadku. Mama Asi – pielęgniarka – była na dyżurze w myślenickim szpitalu, gdy w stanie krytycznym przywieziono tam jej córkę.
„Tempo” to spory kawałek mojego dziennikarskiego życia i szkoła życia. Z początku teksty pisałam na maszynie. W domu musiałam podkładać koc pod kuchenny stół, bo stukanie przeszkadzało sąsiadce z dołu. Jeśli poprawek było dużo, trzeba było tekst przepisać jeszcze raz, na czysto. Komputery, programy poprawiające błędy to jest zupełnie inna jakość. Gdy moja kilkuletnia wtedy córka chciała się bawić często jej powtarzałam: – muszę skończyć tekst, bo szef wezwie mnie na dywanik.
Zapamiętała te słowa. Gdy jakiś czas później zabrałam ją do redakcji najpierw spojrzała na podłogę i powiedziała: – szef cię nie wezwie na dywanik, bo tu jest wykładzinka. A potem drzwi się otworzyły i stanął w nich redaktor Niemiec. – Dzień dobry – powiedział, a ja odrzekłam: – Dzień dobry szefie. Pięcioletnia Ania zadarła głowę w górę i wypaliła: – I to jest ten szef? Ciekawe.
Redaktor parsknął śmiechem i jeszcze wiele razy wspominał to spotkanie.
MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ