Miała na imię Kazia. W latach wczesno młodzieńczych była najważniejszą osobą mojego życia. Dzięki niej wszedłem w świat, który mnie zahipnotyzował na długie lata. Przyznam od razu, ładna nie była. Po 40-stce, może trochę przed 50-tką. Włosy czarne, nienagannie upięte w kok. Patrzyłem w jej brązowe oczy z nadzieją, że o mnie pamięta. Za każdym razem sobie powtarzałem, przecież mnie zna i doskonale wie, jak sprawić, by mój dzień był pełny emocji, wrażeń, a i niejednokrotnie wypieków na twarzy...
Kazia... Kazia była Panią sprzedającą w kiosku „Ruchu”, a ja małolatem, który karnie stał w ogonku po gazety: „Trybunę Robotniczą”, „Dziennik Zachodni”, „Sport” i oczywiście… „Tempo”. Pierwsze trzy tytuły można było dostać nawet po 10-tej rano, ale jeśli chodzi o „Tempo”, trzeba było albo wcześnie wstać, albo też mieć oko u Kazi. W pierwszych latach podstawówki ponoć byłem miłym, grzecznym, sympatycznym dzieckiem.
Do „Tempa” trafiłem przez Jurka Muchę, szefa oddziału katowickiego. Najpierw, musiałem się „sprawdzić" jako informator, jechałem na mecz, robiłem notatki: składy, bramki, kosze, punkty, najciekawsze akcje. Później dzwonił Jurek, to był zawsze szybki telefon. Dopiero po czasie dowiedziałem się, że takich informatorów miał praktycznie w każdym klubie. Zdawałem relację i następnego dnia mogłem przeczytać materiał podpisany... (jem). Od razu powiem, że ten czas nie trwał długo.
Wiadomo, że młody jechał tam, gdzie szef jechać nie mógł, bądź tam, gdzie było daleko i szkoda było czasu. Moim debiutem był mecz III ligi grupy V: Górnik Knurów - ROW Rybnik. Wtedy dojazd z Katowic do Knurowa środkami komunikacji zamiejscowej, to była kilkugodzinna wyprawa, ale gdzież chłopak, dla którego praca w „Tempie” była spełnieniem młodzieńczych marzeń, mógł narzekać. Relację pisałem w pociągu, w drodze powrotnej do redakcji. Każde zdanie sprawdzone siedem razy, każdy przecinek dziewięć, bo zawsze miałem z nimi problemy. Całość przeczytana wielokrotnie, praktycznie wyuczona na pamięć, bo przecież na końcu miało być podpisane moim imieniem i nazwiskiem. W poniedziałek, z wypiekami na twarzy, pojawiłem się w katowickim oddziale „Tempa”. Z mojej wypieszczonej relacji pozostało raptem cztery, pięć zdań, ale... podpis był. I duma tak wielka, jak mało kiedy.

Fot. Wojciech Molendowicz
Największą nobilitacją była nominacja na mecz pierwszej ligi piłki nożnej. Moje pierwsze dziennikarskie spotkanie z polską piłką na najwyższym ligowym poziomie miało miejsce na Cichej 6. Na starej „prasówce" Ruchu Chorzów było raptem kilka miejsc. Każde przypisane – choć nigdzie nie podpisane - do konkretnego człowieka, konkretnego Pana Redaktora. Tuż przy wejściu Jerzy Namysło - „Przegląd Sportowy”, a dalej: Jerzy Machura - „Dziennik Zachodni”, Jerzy Góra - „Radio Katowice” (Studio S-13), Andrzej Zydorowicz - „TVP Katowice”, Włodzimierz Sowiński - „Trybuna Śląska”, Marek Suchy - „Przegląd Sportowy”, a na końcu ja, zdecydowanie najmłodszy w tym gronie. Nie pamiętam już z kim grali "Niebiescy", ale to było w czasach, kiedy materiały przesyłało się teleksem za pośrednictwem taśmy perforacyjnej, modląc się, by nie zrywała się co chwilę. A było jej, w przypadku dużego tekstu, ładnych parę metrów. Z Cichej miałem napisać pół strony w gazecie. Jakieś sześć-siedem tysięcy znaków. Kilkanaście minut po przesłaniu materiału zadzwonił telefon. Po drugiej stronie odezwał się redaktor naczelny, szef wszystkich szefów, Ryszard Niemiec. Człowiek, który swoją elokwencją, zachowaniem i kulturą osobistą, zrobił ogromne wrażenie na mojej ówczesnej dziewczynie, a dziś żonie.
W swojej relacji z Chorzowa napisałem, że piłka po uderzeniu Śrutwy trafiła w słupek. Gdybym wiedział, co się wydarzy później, nigdy bym się na to nie odważył. Usłyszałem:
„Gdybym mógł, to w gazecie poszłoby pół pustej strony. Co to za news, że piłka trafiła w słupek. Gdyby trafiła w słupek, a but uderzającego zawodnika spadł mu z nogi i uderzył w głowę chłopca od podawania piłek lub też porządkowego i rozbił mu głowę, a na stadionie nie byłoby karetki pogotowia, to byłby news. A tak, to jest... (i tutaj parę epitetów nienadających się do publikacji - przyp. R.W.)"
Nazajutrz w gazecie pojawiła się relacja ze słupkiem Śrutwy w niezmienionej formie, ale nauka z tej lekcji została mi do końca życia. Do końca życia też będę miał kartkę, przesłaną faxem do oddziału w Katowicach, odręcznie napisaną przez redaktora Niemca. Było na niej jedno tylko zdanie: "Podobał mi się pański tekst" i podpis: Ryszard Niemiec. Kartka warta więcej niż każda premia. Tekst był o starej Omedze, zegarze na stadionie Ruchu.
Dzięki doświadczeniu zdobytemu w „Tempie”, dostałem propozycję współpracy z pierwszym komercyjnym radiem na Śląsku, „Radiem Flash”, a później też z „Telewizją Polską”.
Jedną z najbarwniejszym postaci radia był jego prezes, Stanisław Płoskoń. Ten sam, który prezesował również Górnikowi Zabrze. O Płoskoniu, każdy kto Go poznał, mógłby opowiadać godzinami. W radiu widywaliśmy się często. W jego gabinecie, w prezesowskim biurku, znajdowała się szuflada z karteczkami, z odręcznie wpisanymi kwotami i podpisami piłkarzy, potwierdzającymi odbiór pożyczek, które po czasie stawały się darowiznami. O tak zwanych „wózkowych”, czyli pieniądzach na nowo narodzone dzieci zawodników nawet nie piszę. Z tego co wiem, niektórzy czterokrotnie je pobierali, choć dzieci nie mieli, albo też mogli się pochwalić tylko jednym potomkiem. Płoskoń nigdy tego nie sprawdzał.
Jedną z największych gwiazd Jego Górnika był Marcin Kuźba. W 1998 roku przeszedł do francuskiego Auxerre. „Tempo” dowiedziało się o tym jako pierwsze. Na pierwszej stronie poszedł tekst, mojego autorstwa, z podaną kwotą transferu wynoszącą 1 850 000 marek. Pierwszy serwis sportowy w radiu był o 7.15. Kiedy wchodziłem do redakcji, panowała w niej złowróżbna, by nie powiedzieć grobowa cisza. Kolega z „Wiadomości" rzucił tylko: „Był Płoskoń, wk..., szukał cię, masz przeje…ne." Po chwili zadzwoniła sekretarka, mówiąc, że mam się stawić u prezesa. W gabinecie byli: Płoskoń i redaktor naczelny radia, Stanisław Sołtysik. Płoskoń, jak to miał w zwyczaju, od razu przeszedł do ataku: „Gadaj, kto ci powiedział, za ile go sprzedaliśmy?" Odpowiedziałem: „Czy podałem złą kwotę?" Zaległo milczenie. Wiedziałem, że kwota jest poprawna, bo dzień wcześniej widziałem dokumenty. Płoskoń nie dawał za wygraną. Kiedy zaczął grozić sądem, wyszedłem. Na odchodne rzuciłem: „Nie ma sprawy, możemy się spotkać w sądzie". Zrobiłem serwis poranny, informując oczywiście o transferze Kuźby i w zasadzie byłem już gotów do pakowania swoich rzeczy, kiedy sekretarka zadzwoniła po raz drugi. Płoskoń już nie był tak napastliwy, ponowił pytanie o to, kto mi dał cynk, a kiedy nie usłyszał odpowiedzi, a tylko moje pytanie o to, czy pomyliłem liczby, odpuścił. W trakcie dnia otrzymałem telefon z „Tempa”, że mój materiał o Kuźbie został nagrodzony dodatkową wyceną. W radiu, Sołtysik też docenił finansowo newsa i przede wszystkim to, że nie wydałem swojego informatora. Po latach, kiedy ani ja nie pracowałem w radiu, ani Płoskoń nie był już prezesem, ponownie zadał pytanie o to, kto mi powiedział. Ponownie usłyszał: „Czy podałem złą kwotę?"
ROBERT WALCZAK
Robert Walczak (ur. 17.06.1967)
Studiował na Uniwersytecie Śląskim (filologia polska, politologia)
W Tempie od stycznia 1990 do 1999 (następnie Supertempo)
W latach 1992–2002 szef redakcji sportowej Radia Flash
W latach 1993–2017 TVP, TVP 3 Katowice, TVP Sport