Z całym szacunkiem dla pana prezydenta Jacka Majchrowskiego, jego najbliższe otoczenie cierpi na niedostateczną wiedzę o wcale nieprostych problemach biznesu sportowego. Sam pan Profesor systematycznie demonstruje szczerą otwartość wobec potrzeb miejskiego wyczynu, pokazując się tam, gdzie dzieje się coś ważnego (mecze Wisły, Cracovii, benefis rodziny Radwańskich, Maraton Krakowski, krakowski etap Tour de Pologne, regaty na torze w Tyńcu). Musiałby jednak być współczesnym klonem Leonarda da Vinci, aby mieć pełną orientację, w tym co w naszym sporcie ważne i autentyczne, a co trzecioplanowe i naciągane. Dlatego dobrze byłoby, gdyby pani dyrektor miejskiego Wydziału Sportu Barbara Mikołajczyk, skrzyknęła paru dżentelmenów kumatych w sportowych zawiłościach i stworzyła z nich grupę ekspercką, doradzającą gospodarzowi miasta. Kręci się, na przykład, po mieście spora grupa dziennikarzy sportowych na statusie freelanserów z wyboru lub konieczności, z których można wspomniane zaplecze zbudować. Myślę o takich fachowcach, jak red. red. Jerzy Wicherek, Andrzej Skowroński, Andrzej Godny, Jacek Gucwa, Jurek Cierpiatka, nie mówiąc już o Jacku Bartlewiczu i Jurku Sasorskim, pracujących etatowo na etatach miejskich zakładów. Wspomniani panowie to fachury pełną gębą, w nie tak odległych czasach, stanowili fundament kadrowy najlepszego polskiego pisma sportowego jakim było TEMPO.
Jak łatwo można wpędzić ojca miasta w zaułek myślowy, niech służy przykład sprzed czterech lat, kiedy to o łaskawość Majchrowskiego zabiegali harcownicy starający się o fotel prezesa PZPN. Od dobrej dekady wiadomo, że krakowski prezydent nie odmawia potrzebom i prośbom środowiska piłkarskiego, bez względu na to, czy rozumie się go jako kluby lotu najwyższego, czy tylko te niżej zorganizowane, powiedzmy dzielnicowe… To w pewnym stopniu dawało i daje mu tytuł do ewentualnej sugestii personalnej, kierowanej do delegatów krakowskich, biorących udział w wyborach prezesa PZPN. Z tego założenia wyszli panowie Zdzisław Kręcina i Zbigniew Boniek, zabiegając o audiencję w najważniejszym gabinecie Pałacu Wielopolskich. Doktor Kręcina poszedł na całość i zadeklarował akt iście rewolucyjny, taki mianowicie, jakim bez wątpienia jest deklaracja przeniesienia siedziby PZPN do Krakowa!!! Pod warunkiem, że zostanie prezesem związku, więc zanim to się stanie rad był wiedzieć, czy magistrat ma odpowiednią działkę do sprzedania, przeznaczoną, jak należy się domyślać, pod budowę siedziby PZPN. Prezydent spojrzał na ciężko zdumionego niżej podpisanego, ale bez zmrużenia oka przyjął purnonsensową konwencję. Z punktu zaoferował 1,5 ha na Matecznym, objawiając ochotę wejścia w kooperację inwestycyjną zorientowaną na kubaturę na lokal Małopolskiego Związku Piłki Nożnej.
Boniek zaszarżował jeszcze bardziej brawurowo. Za poparcie zaproponował Inflanty, polegające na wymuszeniu na Platinim rewizji projektu 4 polskich miast-gospodarzy EURO 2012, tak, aby Kraków znalazł się w tym uprzywilejowanym gronie! Ponieważ takie czyste chciejstwo wyszło na światło dzienne po przegranych przez Zibiego wyborach, konia z rzędem temu kto wie, na ile oferta miała bodaj minimalne szanse. Oczywiście żadnych, ale to pokazało się dopiero po paru latach. UEFA, wodząc przez 5 lat Kraków i Chorzów za nos, miała twarde cywilno-prawne umowy z Warszawą, Poznaniem, Gdańskiem i Wrocławiem, a ich zerwanie pociągało za sobą wielkie konsekwencje finansowe. Jeśli Boniek powołuje się na bratnią przyjaźń z prezydentem UEFA, to ani chybi musiał wiedzieć o tym jak jest odpowiednio wcześniej, więc z Krakowem pogrywał nieczysto. Gdyby prezydent Majchrowski miał na podorędziu ekspertyzę zaufanych doradców, uniknąłby marnowania cennego czasu i niepotrzebnych rozterek.
Całkiem świeżą powtórkę z rozrywki umysłowej zafundowali mu menedżerowie bokserscy z firmy Knockout Promotion - panowie Wasilewski i Werner. Wprawdzie największa w Polsce hala widowiskowa w Czyżynach dopiero wyrasta do poziomu drugiego piętra, ale panowie wyrwali się z dwuletnim wyprzedzeniem, oferując zorganizowanie w niej gali bokserskiej. Biznesplan oparty jest na zdyskontowaniu obecności w ich stajni paru pięściarzy z krakowskim rodowodem. Doszlusuje do nich zapewne inny ich podopieczny, ksywa "Cygan”, aktualnie przymknięty na dwa lata za prowadzenie nielegalnej działalności gospodarczej w postaci czerpania korzyści materialnej z pracy ukraińskich prostytutek. Dla inteligenckiego Krakowa oglądanie gościa w akcji będzie zapewne wątpliwym przeżyciem. Jeszcze większą atrakcją maja być pojedynki kolegów Szpilki, Wacha, Wawrzyka, bokserów wagi najcięższej. Panowie Werner z Wasilewskim od paru lat zwożą furami ze świata godnych ich klasy rywali, czyli emerytów dorabiających efektownym przewracaniem się na ringu, albo wycirusów ringowych, najlepiej kolorowych, tak porozbijanych, że wystarczy jedno muśnięcie po szczęce, żeby się poddali najdalej w trzeciej rundzie…
W taki oto sposób kwitnie biznes oparty na blefie i fikcji, a nie rzetelnej klasie zawodnika. Klasycznym przykładem tej radosnej twórczości pijarowskiej jest namolne obsadzanie Artura Szpilki w roli nadziei białej rasy, który w zastępstwie Andego Gołoty, przyniesie nam tytuł mistrza świata wszechwag… Tymczasem koleś z Wieliczki, zaczynający karierę pięściarza jako mistrz kibolskich ustawek, a następnie fajter, nie mający konkurencji w żadnej z cel tarnowskiego Zakładu Karnego, jak dotąd, posiadł umiejętności niewielkie, przydatne najwyżej do rozgonienia festynu w Podłężu. Dzięki podstawianiu mu rywali-wraków ludzkich i patałachów, chłopak popadł w podejrzenie o swojej wielkości. Nic, jeno udziela wywiadów o tym, jak to będzie. kiedy on obejmie tron zwolniony przez braci Kliczków… Wprawdzie ostatnio jakiś maruder bokserski złamał mu szczękę w paru miejscach, ale ta przestroga nie dokonała pożądanej korekty w wielkomocarstwowych planach Artura, podsycanych przez chciwych menedżerów. Jeśli nawet dojdzie za dwa lata do zorganizowania zaprojektowanej gali boksu w Czyżynach, wolałbym, aby nasz prezydent nie zadawał na niej szyku!
Ryszard Niemiec