RYSZARD NIEMIEC o łódzkiej katastrofie i podkrakowskim... buszu
Ogłoszona niedawno chęć postawienia w stan upadłości spółki piłkarskiej Łódzkiego Klubu Sportowego dała wiele domyślenia na temat kondycji materialnej polskiego wyczynu… Oryginalnym wkładem w toczącą się dyskusją na ten temat, była publikacja kolegi redaktora Romana Brzozowskiego. Człowiek pełni funkcję sekretarza redakcji największego dziennika sportowego w Polsce, z tej racji jego głos wyznacza linię programową redakcji. Chcecie wierzcie, chcecie, nie wierzcie, ale redaktor napisał komentarz, z którego bije satysfakcja z powodu takiego obrotu sprawy! Upadłość ŁKS - dwukrotnego mistrza Polski, w którym grali ongiś tacy piłkarze jak Gałecki, Baran, Hogendorf, Jezierski, Janczykowie, Bulzacki, Tomaszewski, Dziuba, Wieszczycki, Kłos, to jego zdaniem żaden powód do lamentów, ale wręcz przeciwnie! To przejaw - uwaga, uwaga - nastania normalności w naszym futbolu. W ślad za tą tezą idą przykłady widma upadłości paru klubów hiszpańskich i włoskich, co ma całkowicie zrelatywizować grozę bijącą z zapowiedzi właścicieli…
Jeśli w taki sposób kwitowana jest katastrofa klubu, który odcisnął się niezwykle pozytywnie na osiągnięciach polskiego piłkarstwa w rywalizacji międzynarodowej, to nie dziwota, że czarne chmury zaciągnięte nad wieloma małopolskimi odpowiednikami niższego stopnia zaszeregowania, stymulują znieczulicę wobec nadciągającego krachu. Najświeższym jej przykładem jest reakcja niektórych środowisk na wiadomość o wycofaniu się z rozgrywek IV ligi drużyny LKS Mogilany. Z tą ekipą wiązano spore nadzieje na rozwój, tym bardziej, że praca trenera Krzysztofa Hajduka budowała nadzieję na awans do lasy wyższej, co miało odbicie w statusie lidera tabeli po rundzie jesiennej. Dosyć liczna loża zwolenników cytowanej wyżej normalności, powołuje się na najnowszą historię małopolskiego futbolu, podejmując krytykę sztucznego (?) budowania mocnych zespołów w małych miejscowościach, wsiach i miasteczkach. Zwykle argumentacja na „nie” zaczyna się na przytaczaniu przykładów z Sieprawia, Niedźwiedzia, Krzeszowic, Skawiny, Proszowic, Zabierzowa, w pewnym sensie Wieliczki… Oponenci prawa do snucia marzeń o potędze każdego klubu, bez względu na poziom administracyjnego i demograficznego zaszeregowania miejsca, w którym przyszło mu działać, zwykle biją w metodę tworzenia zespołów. Oparta jest i była na sprowadzaniu piłkarzy z zewnątrz. Najczęściej są to zaawansowani wiekiem panowie, pragnący pograć niebezinteresownie jeszcze parę sezonów, w sytuacji, kiedy już nie są zdatni do gry w ligowych klubach.
Szafowanie epitetem „legii cudzoziemskiej” w takich przypadkach nie ma sensu merytorycznego ani semantycznego. Rzeczywiście mamy do czynienia z zawodnikami głównie krakowskimi, dodajmy z całkiem przyzwoitym dorobkiem, co czyni z nich magnes ściągający publikę na mecze klubów z małych miejscowości. Podczas gdy na najwyższych szczeblach dyscypliny kluby nafaszerowane bywają cudzoziemcami, transferowanie zawodników, którym wiek, albo umiejętności nie pozwalają kontynuować kariery np. w Wiśle, czy Cracovii, powinno być uznane za standard. To prawda, że budowane polskie „kosmosy” we Wronkach, Grodzisku Wielkopolskim, Radomsku, Nowym Dworze, na dłuższą metę nie uzyskały sukcesu, aczkolwiek tamtejsi kibice czerpią z minionych dokonań sportowych motywację do pracy i stawiania wysokich poprzeczek następcom. Twórcy niegdysiejszej wielkości wspomnianych klubów, że wymienię panów Rutkowskiego, Drzymałę, Dąbrowskiego, a nawet Szymańskiego, cieszą się dobrą sławą w środowisku, ba, nawet wybacza się im niektóre zagrania korupcyjne, wykonane „dla dobra klubu”!
Na takie dictum, trudno nie powołać się na pozytywne konotacje środowiskowe architektów minionych sukcesów podkrakowskich efemeryd (?) klubowych jak na przykład: Krawczyka z Sieprawia, Kubika z Proszowic, Węgrzyna z Niedźwiedzia, Dudy z Krzeszowic i Zabierzowa, Zarębskiego z Wieliczki… To nieprawda, że porywali się z motyką na słońce, przeceniając możliwości własne i środowiska. To nie byli marzyciele na własny, egoistyczny rachunek, oni tylko odczytywali życzenia i ambicje współmieszkańców. Spełnili je jak umieli, na tyle, na ile było ich stać. A przecież to nie krasnoludki spowodowały, że w Zabierzowie o I-ligowe punkty grał Widzew, Śląsk, Jagiellonia, co zostało zapisane na kartach historii futbolu i… gminy, a Stal Rzeszów, Motor Lublin, czy Korona Kielce szukały drogi dojazdu do Sieprawia i Niedźwiedzia! Bez wspomnianych wyżej przedstawicieli podkrakowskiego buszu, jeszcze więksi śmiałkowie z Niecieczy i Stróż nie mieliby backgroundu do snucia własnych snów o szpadzie!
Ryszard Niemiec