Rynek transferowy w polskim, zawodowym futbolu, jak zwykle o tej porze roku, szybko się rozkręca, podporządkowany dwóm tendencjom. Pierwsza to łatwo dostrzegalny wpływ kryzysu ekonomicznego na powściągliwość w wydawaniu pieniędzy na zakupy, druga to wyraźna preferencja dla finalizowania kontraktów zagranicznych, z racji obowiązywania niższych cen na graczy pochodzących zza kordonu.
W małopolskich realiach z kolei mamy do czynienia z intrygującym zjawiskiem przekształcania regionu Górnego Śląska w swego rodzaju neokolonialne zaplecze kadrowe dla naszych czołowych klubów. Jego kosztem przede wszystkim mocno podreperowała swój potencjał zawodniczy Wisełka, werbując takich ważnych graczy jak Baszczyński, Kosowski, Gorawski, a dziś sięgając po polonistę Świerczoka, chorzowianina Piecha, a nawet nęcąc w pewnym momencie niezwykle efektywnego trenera Ruchu Fornalika. Jeśli wziąć pod uwagę, że na śląskich piłkarzach drugiego wprawdzie sortu, ale w piłce nieekstraklasowej bardzo przydatnej, zbudowano w Stróżach czołowy zespół I ligi, a w Niecieczy nawet kandydata do awansu na najwyższy szczebel, sprawa nabiera wagi szczególnej.
Syntetycznym wskaźnikiem zaskakującej zmiany ról niech będzie casus piłkarza Zahorskiego. Ten uczestnik finałów mistrzostw świata 2006, stał się obiektem zainteresowania medialnego jako kandydat do zmiany pracodawcy. Co ciekawsze, napastnik Górnika miałby być kadrowym panaceum na kłopoty Cracovii z napastnikami, z tym jednakowoż, że szefowie z Kałuży nic o tym nie wiedzą! Wychodzi na to, że to walczący o przeżycie sternicy zabrzańskiego klubu byliby wielce radzi, gdyby z antycypowanym transferem coś na rzeczy było… Ale Cracovia, która od ładnych paru sezonów specjalizuje się w transferach typu charytatywnego, już się na górniczym zastrzyku kadrowym kiedyś nacięła (Karwan, Joao Paulo) i nie będzie skłonna do reperowania budżetu niegdysiejszego potentata ze Śląska.
W tym miejscu nie da się uciec od narzucającej się refleksji o zamianie miejsc w szyku, jaka stała się udziałem klubów krakowskich i śląskich. Te drugie, utuczone na opiekuńczym obroku przemysłu ciężkiego: kopalnictwie, hutnictwie, chemii przemysłowej, dyktowały warunki gry na rynku obrotu piłkarzami, a w stosunku do zabiedzonych konkurentów krakowskich pełniły rolę protekcyjnego suwerena. Mam wciąż przed oczyma władcze pozy św. pamięci Mariana Dziurowicza, prezesa GKS Katowice podczas negocjacji transferowych w pawilonie Cracovii. „Magnat” przyjechał kupić od pasiaków Nazimka i Kubisztala, zawodników przymierzanych nawet do kadry narodowej. Krakowianie właśnie spadli kolejny raz z ekstraklasy (1984), ledwie wiążąc koniec z końcem. W tym samym czasie katowiczanie grywali już w europejskich pucharach i pretendowali do miana najbogatszego klubu w Polsce. Negocjacje w imieniu strony zbywającej prowadził wiceprezes śp. Edward Czech, człowiek przepoczciwy, ale strachliwy i nieoblatany w piłkarskim biznesie. Warunki zatem dyktował nabywający, doskonale zorientowany o pustce w kasie Cracovii, przekonany o swej dominacji ekonomicznej. Rozglądając się władczo po siermiężnym obejściu podyktował swoją, całkowicie zaniżoną cenę za obu piłkarzy, na koniec dokładając jeszcze obietnicę załatwienia talonu na autokar, którego Pasy nigdy nie wykupiły z wiadomych względów. Dziś, z perspektywy z górą ćwierćwiecza, można bez pudła wskazać, że GKS zrobił interes życia, a Cracovia oddała za bezcen klasowych piłkarzy. W podobnych klimatach odchodzili do Górnika bracia Kubikowie, Gruszka, Sroka do Szombierek, Paździor do Wałbrzycha (a za nim garbarz Odsterczyl). Także Wisła przed epoką Cupiałowską na skinienie ręki oddawała śląskim mocarzom Kowalika, starszego Świerczewskiego, Iwana, Nawrockiego…
Spodziewany przez fachowców wyrok wydany przez nowe czasy na śląskich, wielkoprzemysłowych molochach przerabiających surowce, podciął ekonomiczne fundamenty tamtejszych klubów piłkarskich, a także całego regionalnego wyczynu. W tej sytuacji piłkarstwo krakowskie, szerzej: małopolskie, mające za sobą postne dekady treningu w walce o byt i przetrwanie, zdecydowanie łatwiej przystosowały się do wymogów wolnego rynku, jaki nastąpił po reżimie gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Wyznacznikiem statystycznym, ilustrującym sportowe skutki tych przemian, jest siódmy tytuł mistrzowski piłkarzy Wisły w ostatnim dwunastoleciu, oraz 23 lata, które zdążyły upłynąć od sezonu 1988/1989, kiedy to śląska drużyna, a był nią chorzowski Ruch, sięgnęła po raz ostatni po ten zaszczytny laur. Aby nie było nieporozumień, ten tekst powstał nie dla czczej satysfakcji odzyskanej przewagi w rywalizacji z godnym rywalem zza miedzy i sycenia partykularnej dumy z tej racji. Prawdziwym sprawdzianem pożytku płynącego z opisanej sytuacji będzie to, w jakim stopniu na przemianach zyska polskie piłkarstwo, w kontekście rywalizacji międzynarodowej!
Ryszard Niemiec
(GAZETA KRAKOWSKA)
Specjalnie dla portalu SPORTOWETEMPO.PL