Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > ARCHIWUM > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA: Gołota - Bowe III, hit czyli kit
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

ZAMIAST DOGRYWKI (103)

Kto kogo zaprawi „bykiem?

Z ręką na sercu zeznaję, że gdy już od dłuższego czasu słyszę słowo „hit”, to mnie skręca. Hity mamy różne. A to piłkarzyna-emeryt, albo piłkarzyna-kaleka zasila barwy klubu, który gra tak samo nędznie jak jego zawodnicy... A to wkracza do akcji trener - bez papierów, za to z tupetem przewyższającym Jose Mourinho i Alexa Fergusona razem wziętych - i żąda, aby go traktować jako fachmana z najwyższej półki... A to mocarze zamieniający ring na klatkę, gdzie będzie się działo, oj będzie... Skutek tego propagandowego jarmarku jest taki, że hit znaczy dokładnie to samo, co kit.

Z ostatnich, oczywiście sensacyjnych zapowiedzi wynika, iż na niebotyczny poziom emocji wyniosą nas gwiazdy dawnych lat. Ma dojść do trzeciej konfrontacji Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe, którzy w połowie lat 90. wpędzili tłumy w ekstazę. Mało kto pamięta, że Polak znał się z Amerykaninem już od dekady. Gołota i Bowe wzięli udział w bukareszteńskich mistrzostw świata juniorów, gdzie Riddick wywarł oszałamiające wrażenie i wygrał turniej, zaś Andrzej dotarł o kategorię niżej do finału, ale został poskromiony przez Felixa Savona. Później był wspólny start w seulskiej olimpiadzie, dla obu zakończony medalem. Bowe skrewił w finale przed Lennoxem Lewisem, Gołocie jeszcze w półfinale pękł łuk brwiowy i strasznie wtedy pomstowano nad Wisłą na francowaty pech.

Wydarzenia 1996 istotnie musiały głęboko zapaść w pamięć. Oba pojedynki były ekscytujące i każdorazowo zakończone ogromnie szczęśliwie dla Bowe’a. Był znacznie gorszy od bezdyskusyjnie doskonałego wtedy Gołoty, który znajdował się w apogeum formy. Andrew strasznie zmaltretował Riddicka. Na dodatek, dokonując plagiatu wcześniejszego pomysłu Elijaha Tillery’ego, obił rywalowi nabiał, ale za cenę dwóch dyskwalifikacji. I de facto skończył Riddickowi karierę, wcześniej tak frapującą choćby dzięki tryptykowi z udziałem Bowe’a i Evandera Holyfielda. Riddick był wówczas znakomitym pięściarzem, a Gołocie niewiele brakowało do elity. O tym fakcie warto pamiętać teraz. Zwłaszcza po to, aby mieć świadomość, że od 1996 trochę lat zdążyło upłynąć.

Gołota i Bowe są podobni do siebie w tym sensie, że kochają wpadanie w kłopoty. Może to sprawił niesamowity widok „spadochroniarza”, który wylądował w ringu akurat podczas drugiej walki z Holyfieldem, może miały wpływ inne czynniki, ale tak czy inaczej coś złego stało się z głową Bowe’a, skoro wpadł w nieliche tarapaty. Łącznie z tymi rodzinnej natury. Z Gołotą też były duże zagadki. Że w ringowej rejteradzie spanikuje przed obliczem Mike’a Tysona. Że, abstrahując od finansowego aspektu sprawy, aż tak ochoczo narazi się na klęskę w (tylko z nazwy) zderzeniu z Tomaszem Adamkiem.

Najświeższy news raz jeszcze pozwala zakwalifikować Gołotę i Bowe’a do jednego szeregu. Od dawna nie mając nic do zaoferowania jako bokserzy, wkrótce zrobią z siebie pajaców. Dla Bowe’a będzie Wrocław Brooklynem, dla Gołoty - Targówkiem, choć podobno akurat ten malowniczy zakątek stolicy nigdy nie miał z Andrzejem nic wspólnego. Trudno nie zauważyć z ironią, że dla podniesienia rangi ulicznego charakteru walki rzeczywiście warto będzie przyszykować klatkę.

Z tym ostatnim zgadzam się w całej rozciągłości. Jeśli dobrze pamiętam, wpływ na podjęcie decyzji przez Gołotę o wyjeździe do Stanów miało wydanie listu gończego i postawienie przez sąd we Włocławku zarzutu o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Zaoceaniczny pobyt dostarczył innych przykładów, już mających miejsce nie na ulicy, a między linami ringu. Danell Nicholson został zaprawiony „z byka”, Samson Pou’ha miał na szyi ślady zębów.

W świetle powyższych faktów nie należy mieć Gołoty za frajera przy stawianiu horoskopów na wynik trzeciej walki z Bowe’em. Ale też nie wolno pochopnie skazywać Riddicka na nieuchronną klęskę. Choćby z tego względu, że w gronie serdecznych kumpli Bowe’a znajduje się (znajdował?) „Iron Mike”. Też nielichy spec od toczenia rozmowy przy użyciu gołych pięści. Kto nie wierzy, zawsze może sięgnąć po zdjęcia z pokiereszowaną facjatą Mitcha Greena, który w Harlemie odważył się kiedyś pójść z Tysonem na solo. Mike zresztą sam nosił złamaną rękę na temblaku.

Istnieją zatem konkretne przesłanki, aby Gołota i Bowe byli do gali we Wrocławiu przygotowani wszechstronnie i perfekcyjnie zarazem. Nie da się ponadto wykluczyć, że autorsko rozszerzą arsenał środków, jakich do tej pory nie widziano w klatce. Przyznaję, w tym kontekście może mieć miejsce we Wrocławiu autentycznie wielki hit sezonu. A może nawet znajdą się podstawy do potraktowania walki Gołota - Bowe III w kategoriach zdarzeń niezaprzeczalnie wiekopomnych.

JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty