Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Z niedawnej elekcji Lionela Messiego na najlepszego piłkarza świata wypływa optymistyczny wniosek, że czasem do objawienia wielkości wcale nie potrzeba naprężania muskułów. W przypadku Argentyńczyka zastępowane jest ono subtelnością zachowań. Messi gra przepięknie i czyni to lekko, jakby od niechcenia. Choć z zawsze posłuszną piłką przy nodze, osiąga prędkość ponaddźwiękową. Jest za szybki, aby dogonił go ktokolwiek.
I zbyt silny dla bezradnej konkurencji, co objawia się od lat przy rozdawaniu piłkarskich Oscarów. Ogłoszenie wyników stanowi czystą formalność, bo z góry wiadomo kto zgarnie główną pulę. Odpowiedź jest równie prosta jak kiedyś była w epoce filmu niemego, gdy w objęcia amanta Rudolfa Valentino chciała wpadać każda panienka na świecie. Messi, zdaje się, nie należy do elokwentnych facetów. Ale on wcale nie musi mówić. A nawet może milczeć jak grób. Do momentu gwizdka, wtedy zaczynają się popisy na skalę kosmiczną. Siła przekazu jest tak ogromna, że buty spadają. I nawet Madrytowi nie starcza argumentów, aby przynajmniej w tej sprawie kwestionować prymat Barcelony.
Naturalną koleją rzeczy coraz bardziej ożywa dyskusja, jakie znaleźć dla Messiego miejsce w historii futbolu. Gdzie uplasować go w hierarchii piłkarzy tworzących najbardziej frapujące rozdziały tej historii. Lionel czuje się tym cokolwiek zażenowany i wnosi o zachowanie umiaru. O wysłuchanie opinii Alfreda di Stefano, Pelego, Franza Beckenbauera, Johana Cruyffa, Diego Maradony, Michela Platiniego czy Zinedine Zidane’a, z obowiązkowo poważnym potraktowaniem głoszonych przez nich poglądów. Kokieteria? Nie sądzę. Raczej wrodzona skromność, która po prostu cechuje Messiego. Ale tak czy inaczej temat od dawna istnieje, bo dla nikogo nie podlega dyskusji, że Lionel to miejsce wśród gigantów już sobie wypracował. W przeciwieństwie do meteorów typu Ronaldinho przekroczył Rubikon, dzielący sytuacje przelotne od zjawisk. I nikt nie ma prawa choćby pomyśleć w duchu, że wobec Messiego pospieszono się z przybiciem placetu na wielkość.
Di Stefano przysłużył się okres niepodzielnego panowania Realu, w którym skarbnik Raimundo Saporta wcale nie oglądał przez lupę każdego grosza wykładanego na transferowe hity przez prezesa Santiago Bernabeu. Pele wkroczył z impetem na główną scenę jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności. Beckenbauer gwarantował intelekt stratega połączony z niemiecką pedanterią zachowania najwyższej staranności. Cruyff do zawału bardzo dbał o to, aby firmy papierosowe nie zbankrutowały, co wcale nie przeszkadzało Holendrowi w prowadzeniu gry na niebiańskim poziomie. Maradona był wprawdzie murowanym kandydatem do głównej roli w „Paradzie oszustów”, za to genialnym dryblerem, zwłaszcza na tle totalnie bezradnych angielskich defensorów. Platini nakrył czapką całą Europę akurat pod dachami Paryża, niemniej w Turynie też czuł się znakomicie. Zidane, jak Messi, był mruczkiem, który najlepiej przemawiał nogami.
Lionel spełnia wszelkie warunki, aby nie czuć się intruzem w tym nadzwyczaj ekskluzywnym towarzystwie. Co ciekawsze, przy niebywałej maestrii prowadzi pokaz z użyciem cokolwiek podwórkowych metod. Chcę być dobrze zrozumiany, w celu uniknięcia oskarżeń o wypisywanie herezji. Otóż łatwość „kiwki”, granie „na klepkę”, umiejętność rozgrywania akcji na ograniczonej przestrzeni, prowokowanie sytuacji opartych na grze z pierwszej piłki, zaś kończonych jej posłaniem do pustej bramki - w tych wszystkich elementach czuje się Messi jak ryba w wodzie. A jego fenomen polega na nieprawdopodobnym talencie, aby mały plan idealnie przenosić na wielką scenę. Przy wyzwaniach stawianych przez współczesny futbol jest to zadaniem piekielnie trudnym do wykonania. Messi jednak wymyka się temu standardowi bez najmniejszych kłopotów. Choć i on bywa bezradny. Jak w Kapsztadzie, gdy argentyński kult jednostki naiwnie próbował zderzyć się ze szczelnie postawionym murem niemieckiej konsekwencji.
W ciemno można założyć, że z niniejszymi peanami pod adresem Messiego nie zgadza się Ronaldo. W egocentrycznym układzie odniesienia Cristiano nie może być miejsca na zachwyty nad kunsztem Lionela. Ale to nie ma żadnego znaczenia dla świata. On wręczył Messiemu berło króla. Inaczej nie mógł postąpić, skoro władca może być jeden, a cała reszta musi być giermkami. Z Ronaldo włącznie.
JERZY CIERPIATKA