Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Mikrofon wcale nie musi dawać glejtu na nietykalność. Niedawno, podczas tzw. Gali MMA, niezbędne narzędzie pracy zostało wyrwane z rąk telewizyjnego speca od wywiadów. Sprawa miała o tyle wydźwięk międzynarodowy, że agresorem w stosunku do Polaka okazał się Anglik, konkretnie James Thompson. Świeżo po ogłoszeniu werdyktu walki rzekomo przegranej z Mariuszem Pudzianowskim Thompson przemówił do publiki. Sądząc po jej reakcji, doszło do skandalu.
Problem jednak w tym, że skandale były dwa. Terminów typu „fucking joke” nie powinno się używać również w ringu. Zwłaszcza że wokół niego zasiadały piękne panie w niewątpliwie bardzo kosztownych kreacjach. Damy niewątpliwie miały powody być zszokowane aż tak prostackim zachowaniem angielskiego gbura. Bo jakże może sportowiec przeklinać gorzej od szewca. To nie uchodzi, gdzie te maniery...
Szkopuł jednak w tym, że co najmniej brzydkie słowa Thompsona odbijały się od dna, choć przecież to nie Anglik zszedł w tym przypadku poniżej poziomu przyzwoitości. Bo nie ulega kwestii, że chwilę przed wątpliwym popisem Thompsona dokonał się na łódzkich salonach ohydny przekręt. Doszło do zaboru mienia, którym dla Thompsona powinno być zwycięstwo. Z tą kradzieżą było zresztą jak w życiu. Ekstra jest tylko wtedy, gdy zamiast okradania nas, to my okradamy... Przekrętowi, o czym warto pamiętać, towarzyszyła zakrojona na dużą skalę akcja promocyjna. Z tym, że promowano akurat nie Thompsona, tylko Pudzianowskiego, więc on musiał wygrać. Za wszelką cenę, dzięki skandalicznemu werdyktowi. Na chama i po trupach... Życzę powodzenia na przyszłość. Jeśli Pudzianowski ma „wygrywać” tak jak ostatnio, to należy zastanowić się wcześniej nad sensem kontraktowania pojedynków z kimkolwiek. W zamian trzeba tylko sprecyzować sposób, w jaki Pudzianowski musi triumfować. Najlepiej przed czasem, w pierwszej rundzie walki z cieniem.
Życie jednak ma czasem to do siebie, że z bez wątpienia idiotycznych decyzji trzeba się wycofywać. Jak w przypadku próby przehandlowania orzełka na koszulkach polskiej reprezentacji piłkarskiej. Skandal towarzyszący werdyktowi rewanżowej konfrontacji Pudzianowskiego z Thompsonem był na tyle duży, iż w okolicznościach wymuszonych spontanicznym oburzeniem zdecydowanej większości obserwatorów postanowiono zmniejszyć skalę skandalu. Rychło pojawiła się wersja o komunikacyjnych (?) kłopotach sędziów, zamiast zwycięstwa w rekordzie Pudzianowskiego pojawił się komunikat o uznaniu walki za nie odbytą. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, gówna nie dało się zamieść pod dywan. Sądzę, iż podobną klęską zakończą się następne próby uczynienia z Pudzianowskiego mistrza sztuk walki. On był najnormalniej świetny, kiedy dźwigał tony. Ale w „klatce” jest fatalny, choć i tak o niebo lepszy niż w chwili przebranżowienia się. Tych problemów nie ma natomiast Mamed Chalidow. Polak z czeczeńskim rodowodem zachwyca klasą, a nawet maestrią. Umie wyjść z najgorętszych opresji, zawsze znajdzie jakiś sposób, zachowa kapitalny styl, groźny jest w każdej sekundzie. Słowem klasa, w przeciwieństwie do Pudzianowskiego.
Środowej walce Krzysztofa Włodarczyka z Dannym Greenem w Perth towarzyszyły zdecydowanie ciekawsze okoliczności. Australijczyk rozbił kiedyś w puch Roya Jonesa Jr, choć warto pamiętać, że Amerykanin był już w wieku grubo emerytalnym. O tym, że czas ringowej świetności Greena też zbliża się do nieuchronnego końca świadczyła jego porażka z Antonio Tarverem, przed którym wywieszono białą flagę. Danny postawił „Diablo” bardzo twarde warunki. Potwierdziły się przewidywania, że silne i słabe strony Włodarczyka będą detalicznie rozpracowane przez obóz rywala. Z taktycznego punktu widzenia Green uczynił wszystko, aby pozbawić Polaka mistrzowskiego pasa wersji WBC w cruiserweight. Zabrakło natomiast mocy przerobowych, a konkretniej niezbędnych zasobów energetycznych. Po prostu paliwa... Włodarczyk, jak zwykle spięty ponad miarę, potrafił to wykorzystać. Zdążył uciec przed punktową porażką, którą zastąpił nokautem. Bezdyskusyjnie bardzo efektownym, siła ciosu kończącego walkę w 11. rundzie była porażająca. A co istotniejsze, „Diablo” pomógł sobie w niezwykle trudnym momencie. Przy pokonywaniu nader ostrego zakrętu życiowego, co ma znaczenie szczególnie ważne.
Za Włodarczykiem warto zatem trzymać kciuki. Pudzianowskiemu z kolei należy szczerze życzyć, aby przestał być obdarowywany prezentami pochodzącymi prosto z paserki. Bowiem to towar najnormalniej cuchnący nawet wtedy, gdy z konieczności zostaje mu przeklejona etykieta.
JERZY CIERPIATKA