Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Pamiętam tamten wieczór sprzed trzydziestu lat. Dyżur w redakcji „Tempa” i w drukarni, która również mieściła się jeszcze w „Krążowniku Wielopole”, skończył się zaskakująco wcześnie. Wpadłem do domu, wciąż trwała „Niedziela Sportowa”. Wszystkie najważniejsze informacje niby zdążono podać, Krzysztof Wyrzykowski już rozstawał się z telewidzami, kiedy nagle zadzwonił telefon. Po chwili przekazał redaktor, że właśnie powiadomiono go o tragicznej śmierci Bronisława Malinowskiego. Na komentarz, choćby najlapidarniejszy, nie było czasu ani ochoty. Na spokojny sen tym bardziej.
Wypadek na grudziądzkim moście, dziś noszącym imię Malinowskiego, miał miejsce zaledwie rok po największym triumfie znakomitego biegacza. W Moskwie, podczas olimpiady niestety naznaczonej piętnem polityki (Afganistan i jego reperkusje sportowe), mieliśmy tylko trzech polskich herosów. Starszy chorąży sztabowy Jan Kowalczyk wygrał na „Artemorze” hippiczny konkurs skoków przez przeszkody. Władysław Kozakiewicz zepchnął w cień Konstantina Wołkowa, przefrunął o tyczce rekord świata i jeszcze wykonał wobec radzieckich „przyjaciół” gest w stylu „a teraz możecie nam (Polakom) skoczyć...”.
W triumfie Malinowskiego polityczny patos ustąpił miejsca bezgranicznemu heroizmowi. Filbert Bayi uciekł na kilkudziesięciometrowy dystans, wyglądało, że Tanzańczykowi nikt nie zagrozi. Malinowski miał pełną świadomość, iż ta strata będzie systematycznie niwelowana (Bayi nie mógł wytrzymać niesamowitego tempa), ale nie wiedział czy zdąży doścignąć Filberta przed metą. W połowie ostatniego okrążenia gasnący w oczach Bayi został „połknięty” przez wciąż świeżego Polaka. I stało się jasne, że bieg na Łużnikach, ze względu na nieprawdopodobną dramaturgię, od razu znajdzie należne miejsce w panteonie olimpijskiej chwały.
Wkrótce znaczącą postacią na światowej arenie biegów przez przeszkody został Bogusław Mamiński, lecz przed Malinowskim mieliśmy dwóch prawdziwych herosów steeplechase. Można nawet powiedzieć, że Malinowski stanowił wspaniałe uzupełnienie polskiego tryptyku w tej fascynującej konkurencji. Jeszcze w czasach szalonej popularności przełajowych biegów "L'Humanite” ziarno zasiał Jerzy Chromik, inżynier górnik z Mysłowic, który uciekał rywalom żwawo, lecz czasem kończył zwycięski bieg na ostatnich nogach (ME w Sztokholmie). Domeną Zdzisława Krzyszkowiaka, nieznacznie starszego od Chromika zawodnika z Bydgoszczy, był z kolei finisz, czym po Sztokholmie zauroczył w trakcie igrzysk w 1960 publiczność rzymskiego Stadio Olimpico. Malinowski nie miał lekkości biegu Chromika, bardziej był podobny do Krzyszkowiaka. Czyli tak samo jak „Krzyś” wytrwały i cierpliwy, choć ustępował mu skutecznością na finiszowych metrach.
Kiedy bodaj po raz pierwszy zwróciłem uwagę na Malinowskiego? Ano w 1970, kiedy przywiózł z Paryża tytuł mistrza Europy juniorów w biegu na dystansie dwóch kilometrów, oczywiście z przeszkodami. Warto wiedzieć, że nastąpiło to w okresie, kiedy po sukcesach Chromika, Krzyszkowiaka i Kazimierza Zimnego o polskiej szkole biegów długich wprawdzie nie zdążono zapomnieć, za to od niej odzwyczaić. Malinowski więc tchnął ducha, pozwolił ogarnąć przyszłość w optymistycznych kategoriach. Jaka ona była? Ano zgodna z oczekiwaniami. W Monachium był Malinowski czwarty, prawie zaraz za bezkonkurencyjnym duetem kenijskich biegaczy, z Kipchoge Keino na czele. Później wygrał rzymskie ME w Rzymie i cztery lata później skopiował ten wyczyn na praskiej bieżni stadionu na Strahovie. W tzw. międzyczasie był olimpijski start w Montrealu, skąd Malinowski przywiózł srebrny medal. Szweda Andersa Gärderuda, którego pokonał w Rzymie, nie był w stanie prześcignąć. Gwoli sprawiedliwości sądzę, że to samo dotyczyłoby Franka Baumgartla, gdyby ten nie przewrócił się na ostatniej przeszkodzie, bo inaczej sam Gärderud byłby w nielichym kłopocie sprawionym przez biegacza z NRD.
Moskwa grubo przedwcześnie spięła klamrą piękną karierę syna żołnierza spod Monte Cassino i Szkotki. Most w Grudziądzu stanowił przeszkodę nie do pokonania i niestety definitywnie ostatnią. Bronisław Malinowski imponował zwycięstwami. Czy jednak tylko nimi? Zawsze zachowam w pamięci zdecydowanie przegrany bieg z belgijskim ogrodnikiem z Louvain, Emielem Puttemansem, podczas halowych ME w Rotterdamie. Puttemans był wtedy absolutnie poza konkurencją, wiedział o tym każdy z Malinowskim włącznie. Bieg bezpieczny, bez porywania się z motyką na słońce, pewnikiem gwarantowałby srebrny medal. Malinowskiego jednak taki układ nie interesował wcale. Jako jedyny wytrzymał tempo narzucone przez Puttemansa bodaj do ostatniego okrążenia. Na ostatnich metrach przegrał Malinowski z wszystkimi, ale wygrał zdecydowanie ważniejszą sprawę. Walkę o sens sportowej rywalizacji, w której styl porażki stanowi czasem jądro problemu.
JERZY CIERPIATKA