Justynie Kowalczyk nie tylko sędziowie rzucają kłody pod nogi. W środę rano nie została wpuszczona na parking przy trasie biegowej w Zakopanem przez polskich stróżów i ochroniarzy...
- Od powrotu do domu na święta Justysia szuka miejsca do treningów. W swojej Kasinie takich tras nie ma, więc postanowiła skorzystać z obiektu w Zakopanem, czyli 70 kilometrów od domu - opowiada jej trener Aleksander Wierietielny. - Pojechała tam w środę rano i okazało się, że nie chcą jej wpuścić na parking strzeżony w pobliżu tras, bo akurat trwają mistrzostwa Polski w skokach, a ona nie jest na nich... akredytowana!
Nasza najlepsza biegaczka została więc przed bramą i musiała szukać miejsca dużo dalej. - A przecież na trening zabiera sporo rzeczy i odległość ma w tym przypadku znaczenie! - irytuje się trener Aleksander Wierietielny.
Ten incydent nie zniechęcił jednak Justyny do dalszych treningów.
- Chciałam przyjechać na święta do domu, więc muszę sobie wszystko tak zorganizować, żeby było dobrze. Czasami trzeba też pokonywać niespodziewane trudności - mówi Kowalczyk.
Tymczasem trener Wierietielny został upomniany przez prezesa Apoloniusza Tajnera.
- Ostre wypowiedzi szkoleniowca o rzekomym spisku Skandynawów w niczym nie pomagają, a mogą jedynie zaszkodzić - stwierdził szef Polskiego Związku Narciarskiego.
Rafał Musioł, Dziennik Zachodni