Jerzy Dudek w meczu Realu Madryt z Auxerre złamał szczękę i musi pauzować półtora miesiąca. W przyszłości nie zamierza być selekcjonerem, ale w roli dyrektora kadry by się widział. Po zakończeniu kariery piłkarskiej chce wrócić do Polski, do Krakowa... Z bramkarzem "Królewskich" rozmawia Cezary Kowalski ("Polska The Times").
- Jest już Pan w stanie mówić po starciu z napastnikiem Auxerre Royem Contoutem w Lidze Mistrzów?
- Mogę próbować. Ale praktycznie nie otwieram ust. Jestem po operacji szczęki. W szpitalu lekarze wkręcili mi cztery śruby. Czuję ból, bo wbijają mi się one w dziąsła. Od paru dni jestem w stanie jeść tylko zupki.
- Podobno nie chciał Pan schodzić z boiska i próbował grać dalej...
- Zgadza się. Nie sądziłem, że mam złamaną szczękę. Myślałem, że ten chłopak z Auxerre wybił mi tylko zęby. Prosiłem lekarza, by mi je wyjął, bo czułem, że są nie w tym miejscu, co trzeba. Myślałem, że da mi jakieś znieczulenie i będę mógł grać dalej. Lekarz złapał mnie jednak za szczękę i od razu powiedział, że jest złamana. Nie było rady, musiałem pojechać do szpitala.
- Czyja to wina?
- Niczyja. Takie rzeczy po prostu się zdarzają. Pędziłem w kierunku piłki i on też. Nie widziałem go, bo miałem przed sobą jeszcze Raúla Albiola. Nasz obrońca w ostatniej chwili uciekł z tego sandwicza, jak to później określił. I z pełnym impetem wpadłem na Francuza. A właściwie to on na mnie. Nawet nie próbował hamować.
- Do tego momentu w doliczonym czasie pierwszej połowy bronił Pan bardzo dobrze. Po tak długiej przerwie było to zaskoczenie.
- Wiedziałem już wcześniej, że wystąpię i się specjalnie przygotowywałem, szlifowałem formę. Grało mi się bardzo dobrze i nagle coś takiego.
- Nie żal Panu tyle lat być jedynie rezerwowym w wielkim klubie, skoro mógłby Pan jeszcze śmiało grać na wysokim poziomie?
- Gdyby nie fakt, że do Realu przychodził właśnie José Mourinho, to pewnie mnie w tym klubie już by nie było. Ale skoro miałem okazję popracować z takim trenerem, to po prostu postanowiłem zostać jeszcze przez rok w Madrycie.
- Jaki jest ten wielki "Mou"?
- Fantastyczny facet. Jego wizerunek wykreowany na potrzeby mediów a to, jaki jest na co dzień, to zupełnie inna sprawa. Niby czasem arogancki, ale z drugiej strony niesamowicie opiekuńczy i wrażliwy. Po tej mojej kontuzji od razu chciał jechać do mnie do szpitala. Przyglądam się jego warsztatowi, analizuję ruchy. Traktuję pracę z nim jako kapitał na przyszłość, który mogę gromadzić. Tak samo podchodziłem do pracy z Rafaelem Benítezem pod koniec mojego pobytu w Liverpoolu. Przecież to najlepsi trenerzy na świecie. Wcześniej nie interesowałem się tak dogłębnie piłką jak obecnie. W ogóle nie pamiętam, co robiliśmy i jak trenowaliśmy w Feyenoordzie czy na początku w Liverpoolu u Gérarda Houlliera. Skupiałem się na sobie i swoim treningu. Teraz na futbol patrzę inaczej, chłonę taktykę, sposób pracy z zawodnikami, widzę, jaką rolę odgrywa przygotowanie mentalne, itd. To stało się moją pasją. Pewnie, że fajnie byłoby rozegrać parę meczów więcej i poprawić sobie statystykę, ale tu w Realu mogę skorzystać też w inny sposób.
- Madryckie media bardzo ciepło o Panu piszą. Piłkarze i trenerzy bardzo chwalą Pana także za sposób bycia. Dlatego wciąż przedłuża się kontrakt z Dudkiem. Czym Pan ich kupił?
- Nic specjalnego nie robię. Może chodzi o to, że jako rezerwowy nie zlewam tej roboty. Cały czas przygotowuję się do sobotniego meczu, tak jakbym miał w sobotę zagrać, choć wiem na 99 procent, że nie zagram. Z jednej strony spalam się psychicznie, z drugiej myślę, że moja postawa wzbudza szacunek wśród ludzi. Oni tu na początku myśleli, że jako zdobywca Pucharu Europy będę uważał się za nie wiadomo kogo i będę robił wszystko, aby zniszczyć pozycję ich ukochanego Ikera Casillasa. Wcześniej mieli tu w szatni nadętych Włochów, którzy wszystkich chcieli po kątach rozstawiać. A ja przecież wiedziałem w jakiej roli tu przychodzę. Miałem być człowiekiem do pomocy. A nie wrogiem. Owszem, muszę walczyć o swoje, ale nie psuję atmosfery. Przeciwnie, staram się wspierać tych w większości młodszych od siebie chłopaków. Do największej liczby spięć między zawodnikami dochodzi podczas treningów po meczach. Uczestniczą w nich ci, którzy nie grali. W większości zawiedzeni i sfrustrowani. Godzę ich, rozładowuję napięcia. I pewnie stąd ta dobra opinia. Jak mnie sprowadzali z boiska po tej kontuzji, to dostałem brawa na stojąco na Santiago Bernabéu. Nie sądziłem, że rezerwowy bramkarz może być tak uhonorowany.
- Po zakończeniu sezonu poszuka Pan innego klubu czy zakończy karierę?
- Nie wiem. Pewnie to będzie tak, że zdecyduje jakiś impuls i wybiorę przyszłość w ciągu jednego, dwóch dni. Na pewno na koniec wrócę do Polski, bo budujemy dom pod Krakowem. Mimo 37 lat czuję się dobrze i jestem przekonany, że jakaś robota nawet tu w Hiszpanii by się dla mnie znalazła. Jordi Codina, który u nas w Realu nie miał większych szans, aby wygrać nawet rywalizację o numer 2, świetnie teraz spisuje się w Getafe.
- Po migawkach telewizyjnych można wywnioskować, że przyjaźni się Pan z Cristiano Ronaldo.
- Nie mniej niż z Xabim Alonso czy Kaką. Lubię wszystkich. Real to nie jest klub, w którym o jakimkolwiek piłkarzu można powiedzieć, że jest z niego kawał ch... A to nie jest reguła. Z Cristiano spędzam mnóstwo czasu, bo często zostajemy na treningu, a on ćwiczy te swoje petardy z 30 metrów.
- Nie jest nieco przereklamowany? Real zapłacił za niego prawie 100 mln euro.
- On jest wart każdego eurocenta, którego za niego dali. Tak jak Messi jest przykładem takiego wielkiego talentu, którego wzięto gdzieś z ulicy i oszlifowano, tak Cristiano jest produktem z fabryki futbolu. On jest jak maszyna. Codziennie niesamowicie haruje na sukces. Wszystko ma wypracowane i zaplanowane co do minuty. Na boisku sprawia wrażenie aroganckiego, bo taki ma styl gry. Natomiast poza nim to przemiły chłopak, z którym można rozmawiać na wiele tematów, wcale nie sportowych.
- Trenuje więcej niż inni?
- Osiągnął już wiek, w którym jest świadomy swego ciała i potrzeb. Mourinho nie zarządza ćwiczeń na siłowni. Jest właściwie tylko piłka. Cristiano, który wiele lat grał w Anglii i potrzebuje tego typu treningu, robi to indywidualnie. Przyjeżdża pierwszy do klubu.
- Barcelona rzeczywiście jest aż o pięć bramek lepsza o Realu?
- Oni zagrali zapewne jeden z najlepszych meczów w historii. A my odwrotnie. Myślę, że byliśmy za bardzo napompowani tym spotkaniem. Była taka mobilizacja, tak wszyscy uważnie słuchali trenera i wykonywali jego polecenia, że zabrakło w tym wszystkim zdrowego dystansu. Teoretycznie byliśmy rozgrzani jak hutniczy piec. Z tym, że na boisku nie było widać złości. Przecież na początku my nawet ich nie faulowaliśmy.
- Frankowski został trenerem napastników kadry. Może ma Pan ochotę zostać trenerem bramkarzy?
- Trener bramkarzy to najlepsza fucha na świecie. Za nic nie odpowiada. Numer jeden i tak wybiera pierwszy trener. Mam większe ambicje.
- Chce Pan zostać selekcjonerem?
- (śmiech) Na razie nie. Ale w roli dyrektora kadry bym się widział. Co nieco profesjonalnego futbolu już liznąłem.
- Jak długo będzie się Pan leczył?
- Półtora miesiąca. Mourinho dał mi wolne na święta. Ale jak pomyślę, że zamiast tych wszystkich wigilijnych przysmaków w Polsce będę pił zupę, to się przykro robi.
Cezary Kowalski, "Polska The Times"