TEMPO
-
Od Piłkarza do Supertempa
Przeżyjmy to jeszcze raz
Redaktorzy naczelni
Tempo we wspomnieniach
Laureaci Złotego Pióra
Felietonowa ekstraklasa
Mistrzowie reportażu
Konkurs im. Jana Rottera
Na zagranicznych wyjazdach
Tempo kuźnią kadr
Nasza Specjalność: Skarby Kibica
Wydania jubileuszowe
Medal Kalos Kagathos
Wasze ulubione, stałe rubryki
Pod patronatem Tempa
Okno na Wielopolu
Nie tylko w Krążowniku
Gościli w redakcji
To też część naszej historii
Oni tworzyli tę gazetę
Z DOMIESZKĄ RETRO (53)
Nino Benvenuti: niedoszły rywal Drogosza
Wydawało się, że ktoś z twarzą filmowego amanta nigdy nie może zejść ze sceny. A jednak… Niedawnym newsem o śmierci Giovanniego „Nino” Benvenutiego zasmuciło się u nas niestety tylko nieliczne grono, bo kto jeszcze kojarzy włoskiego championa? Zaliczam się do tego kręgu. Kiedyś nawet pisałem w „Tempie” o uroczej fizjonomii Benvenutiego, bo taka okazja właśnie mi się przytrafiła.
To było w Moskwie jesienią 1989, podczas mistrzostw świata w boksie. W ringu działo się mnóstwo intrygujących zdarzeń, niekiedy o sensacyjnym charakterze. Na przykład kiedy startujący jeszcze w barwach NRD dżentelmen Henry Maske z zimną krwią wypunktował kubańskiego bombardiera Pablo Romero. Ale i w bezpośrednim sąsiedztwie przestrzeni okolonej linami też było ciekawie. Zwłaszcza na miejscach przeznaczonych dla gości specjalnych. Tak się akurat złożyło, że na wyciągnięcie ręki miałem ich dwóch. Rosjanin Andriej Abramow był w amatorskim boksie hegemonem wagi ciężkiej, z Polaków nie dali mu rady gdański marynarz Zbigniew Gugniewicz i bliski sercom krakusów waleczny Władzio Jędrzejewski. Abramow prezentował się teraz mało ciekawie. Miał na twarzy wyorane ślady walk, choć zdecydowaną większość z nich wygrywał. Na jego tle Nino, tylko trochę młodszy od Andrieja, wyglądał jak Apollo. Pięknie opalony, w nienagannie skrojonym garniturze, uśmiechający się wszem i wobec. W Europie w tym czasie padały mury. W pobliżu moskiewskiego ringu granica między bogatym Zachodem a siermiężnym Wschodem była jednak widoczna gołym okiem. O ile oczywiście sylwetki Benvenutiego i Abramowa brać za punkt odniesienia.
Benvenuti jeszcze na amatorskim ringu miał na rozkładzie obu Polaków, z którymi krzyżował rękawice. W Pradze podczas mistrzostw Europy poradził sobie z Tadeuszem Walaskiem. Dwa lata później, w kapiącej polskim złotem Lucernie, w najważniejszej walce decydującej o miejscu na podium zyskał większe uznanie u sędziów punktowych od Henryka Dampca. Ten werdykt został gwałtownie oprotestowany przez nasze publikatory. Mówiono wprost o krzywdzie jaka spotkała popularnego „Kawkę”. Czy tak w istocie było? Nie wykluczam, że Dampca rzeczywiście potraktowano niesprawiedliwie. Wiem jednak też, że śpiewka o oszustwach dokonywanych przez rozjemców kosztem naszych ulubieńców rozlegała się w mediach często. Nawet zbyt często, jakby polski boks nie potrafił sam bronić swoich pozycji. A przecież za epoki Feliksa Stamma robił to doskonale, na miarę absolutnej potęgi europejskiego, a nawet światowego boksu.
Bywa paradoksalnie, że najciekawsze konfrontacje mają miejsce wtedy, gdy… do nich w ogóle nie dochodzi. Trzy lata po Pradze i rok po Lucernie wszystkie drogi wiodły do Rzymu. W przeciwieństwie do obu wspomnianych imprez był to zlot na najważniejszym, bo olimpijskim szlaku. Zanim Benvenutiego uhonorowano Pucharem Vala Barkera dla najlepszego technika turnieju, mógłby przejść najpoważniejszy egzamin akurat w tej „dziedzinie”. W tej samej kategorii półśredniej torował sobie drogę do medalu nasz „Czarodziej ringu”, Leszek Drogosz. Arcymistrz schodzenia z linii ciosów, w ogóle sztuki obronnej pisanej przez duże, a raczej ogromne „S”. Drogosz miał już zapewnione miejsce na podium, ale jeszcze nie w finale. I na tej przeszkodzie niespodziewanie potknął się, przegrywając w mocno kontrowersyjnych okolicznościach z Jurijem Radoniakiem. Rosjanin był w finale słabszy od Benvenutiego, ale czy taki sam los musiałby spotkać Drogosza? Tego się nigdy nie dowiemy. Za to pewne jest, że uciekła nam sprzed nosa walka marzeń. Czarodzieja Leszka z boskim Nino. Zamiast uczty dla estetów trzeba było obejść się smakiem.
Drogosza zawsze mieć będziemy we wdzięcznej pamięci, Włosi to samo odnosić będą do Benvenutiego. Bo również na zawodowych ringach, a nawet przede wszystkim na nich, dał im masę niezapomnianych wrażeń i jeszcze więcej radości. Potrafił wedrzeć się na sam top. Wprawdzie z niego spadać, ale i nań wracać. W dramatycznej trylogii z Emile Griffithem wygrał, przegrał i znów wygrał, choć wszystkie pojedynki toczyły się w Nowym Jorku, włącznie z legendarnym obiektem Madison Square Garden. Ale i sam nie zawsze umiał wykorzystać atut własnego ringu. Tak było w przypadku boju z bliżej nieznanym Jose Chirino, lecz przede wszystkim z kimś, kto w apogeum kariery bił absolutnie za mocno dla całego świata. Fenomenalny Argentyńczyk Carlos Monzon najpierw znokautował Benvenutiego w Rzymie, a następnie szybko zakończył robotę w Monte Carlo. Trzy porażki z rzędu, z siedmiu łącznie, skłoniły 33-letniego Nino do zakończenia kariery. Te niepowodzenia nakrył czapką: dorobkiem 82 zwycięstw, tytułami zawodowego mistrza świata w dwóch kategoriach i honorowym biletem do bokserskiego Hall of Fame, gdzie miał do towarzystwa wyłącznie sławy największego formatu.
Umiał zainwestować pieniądze zarobione w ringu i na filmowym planie, tam również się udzielał. Podtrzymywał przyjaźń z dawnymi rywalami. Będącego kiedyś w materialnej potrzebie Griffitha wspierał finansowo, Monzona przede wszystkim duchowo, gdy ten w afekcie spowodował śmierć żony poprzez wyrzucenie jej z balkonu. Nino wsiadł do samolotu i odwiedził Carlosa w argentyńskim więzieniu. A później pojechał na jego pogrzeb, po fatalnym wypadku samochodowym Monzona, kiedy skazany był na przepustce. Nino uczynił to z potrzeby serca, nie wiedząc, że znacznie później i jego spotka tragedia rodzinna. Gdy popełni samobójstwo własny syn…
JERZY CIERPIATKA
Jerzy Cierpiatka
- Mecze TAURON Hokej Ligi online w TVP Sport
- Sobota, 17 stycznia 2026 r.
- Monte Carlo - rajd, który uczy pokory
- Piątek, 16 stycznia 2026 r.
- SIATKÓWKA. ZAKSA - SKRA (FOTO)
- Surinam ma nowego trenera
- Mikaela Shiffrin po raz 107!
- Jota Gonzalez wybrał osiemnastkę na EHF EURO 2026
- Czwartek, 15 stycznia 2026 r.
- Środa, 14 stycznia 2026 r.
- Wszystkie nagrody dla Bogdanki LUK Lublin (FOTO)
- Superpuchar dla Barcelony, gol Lewandowskiego
- KOSZYKÓWKA. Puchar Polski dla Ślęzy
- ZAKOPANE. Lanisek dedykuje zwycięstwo Stochowi
- Kolejny, historyczny sukces siatkarzy Bogdanki LUK Lublin: do kolekcji Puchar Polski
- HOKEJ. Mistrz pokonał lidera
- PIŁKA RĘCZNA. Remis z Serbami
- ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE. Sześć złotych medali!
- UNITED CUP. Do trzech razy sztuka, triumf biało-czerwonych!
- Wtorek, 13 stycznia 2026 r.
- Poniedziałek, 12 stycznia 2026 r.
- Krakowski finał Pucharu Polski siatkarzy: po raz pierwszy do Lublina czy po 39 latach znów do Rzeszowa?
- Klaudia Zwolińska laureatką Plebiscytu PS
- ZAKOPANE. Biało-czerwoni na podium
- ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE. Złota polska sobota
- PIŁKA RĘCZNA. Wygrana z Serbami
- Lindsey Vonn po raz 84
- UNITED CUP. Biało-czerwoni w finale!
- Dr Andrzej Dubiel nie żyje
- ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE. Dwa złote medale biało-czerwonych w pierwszym dniu ME
- HOKEJ. Udany rewanż Unii, zwycięstwo lidera z Sosnowca
- Małe boisko, wielkie emocje. To ma być rok socca
- Po raz czwarty z rzędu o Puchar Polski siatkarzy w TAURON Arenie Kraków: doborowy kwartet gotowy do gry
- Niedziela, 11 stycznia 2026 r.
- UNITED CUP. Biało-czerwoni w półfinale
- Michał Rakoczy odchodzi z Cracovii do Górnika
- Sobota, 10 stycznia 2026 r.
- Zmarł Martin Chivers
- Ampfutboliści zagrają w Japonii
- Nowy zarząd KS Cracovia
- Piątek, 9 stycznia 2026 r.
- LIGA MISTRZÓW. Resovia - Lüneburg 3:1 (FOTO)
- UNITED CUP. Biało-czerwoni w ćwierćfinale
- TCS. Domen Prevc ze Złotym Orłem
- Czwartek, 8 stycznia 2026 r.
- TENIS. Linette wygrała z V.Williams (akt.)
- AIPS. Duplantis i Bonmati najlepsi w Europie
- Środa, 7 stycznia 2026 r.
- TCS. Nikaido po raz pierwszy
- HOKEJ. Unia przerwała serię GKS Katowice
więcej wiadomości >>>


