Facebook
kontakt
logo
Strona główna > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA: Działy się rzeczy absolutnie nadzwyczajne od pierwszej do ostatniej sekundy
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

Z DOMIESZKĄ RETRO (28)

Dlaczego warto zaanektować telewizor?

Od razu, na dzień dobry, cokolwiek buntowniczy apel do chłopów: we wtorki i środy nie słuchajcie matek, żon i kochanek, aby oglądać z nimi Netfliksa. Stanowczym głosem przekażcie, że macie wtedy swoje preferencje. A przy jedynym telewizorze w chacie dokonajcie jego dwugodzinnego zawłaszczenia. Bo wam się to po prostu należy! (choć kiedyś niekoniecznie was miała na myśli Beata).


Całkiem poważnie, ale nie do końca… Liga Mistrzów już kompletnie zwariowała, co niemal równocześnie dotyczyło trzech metropolii. Madryt (nawet podwójnie), Londyn i Paryż - wszędzie tam działy się rzeczy absolutnie nadzwyczajne od pierwszej do ostatniej sekundy. Bo przecież gdyby rezerwowy Julian Brandt zamiast w spojenie słupka z poprzeczką trafił do siatki Atletico i uratował remis dla Borussii, spiąłby klamrą dosłownie na samej mecie frapujące momenty z najnowszych 48 godzin życia Champions League. A było tego na tony, zresztą na każdej z czterech scen.


Skojarzenie z teatrem jest absolutnie na miejscu, bo i tam zdarzają się czasem sytuacje nieprzewidywalne. Scenariusz przydziela role najczęściej zgodnie z rankingiem, z obligatoryjnym kierowaniem świateł rampy na gwiazdy świecące zazwyczaj najjaśniejszym blaskiem. W futbolu jest podobnie. Oczekuje się powszechnie, ale zarazem trochę naiwnie, że piłkarze najwięksi zawsze będą decydować o wszystkim. Jak przy drugim tytule dla Argentyny zrobił to dawno temu Diego Maradona, a w ostatnim mundialu Lionel Messi. Albo Michel Platini, dający tytuł Francuzom w EURO ’84. Tymczasem futbolowe życie lubi czasem płatać figle. I wtedy spycha herosów na dalszy plan, a czasem nawet na margines. Najczęściej chwilowo, ale jednak…


Niebiańsko piękny mecz Realu z Manchester City toczył się równolegle także na prywatnym gruncie. Po jednej stronie barykady Antonio Rüdiger, po drugiej Erling Haaland. Pozbawione niedomówień zderzenie atletów, dla których fizyczność stanowi atut o ogromnym znaczeniu, choć przecież nie jedyny. Z tych frapujących zapasów bez wątpienia zwycięski wyszedł niemiecki defensor, który bodaj tylko raz dopuścił się dostrzeżonego przez arbitra naruszenia przepisów. Poza tym faulem Rüdiger zneutralizował Haalanda całkowicie. Nawet do takiego stopnia, aby w pomeczowych ocenach wystawianych przez brytyjskich komentatorów zepchnąć Norwega na szary koniec listy sporządzonej przez Pepa Guardiolę.


Jak piekielnie ciężkie było to zadanie? Statystyki odnoszące się do snajperskich wyczynów norweskiego snajpera wciąż są oszałamiające, Haaland zaczął ten triumfalny pochód przed pięciu laty akurat w Lublinie, gdzie w młodzieżowych mistrzostwach świata trafił do siatki Hondurasu aż dziewięciokrotnie. I nader rzadko, choć oczywiście już nie na tak niebotycznym pułapie spuszcza nogę z gazu. Jak długo potrwa to odcięcie paliwa? Nie wiem, może tylko do najbliższej środy, gdy między dwiema wielkimi firmami dojdzie do rewanżu. Oby był równie fantastycznym spektaklem co przed chwilą. Gdy Phil Foden, Joško Gvardiol, a na koniec Fede Valverde grali w pokera o to, który z nich odpali potężniejszy pocisk. Manchester City (4-0 z Realem w poprzedniej edycji LM…) wydaje się silniejszy, Real jest cwany jak cholera. Może być i tak, że identycznie jak przed rokiem znów nie będzie miejsca na dialog. Za taką opcją z pewnością opowie się Haaland, niezależnie od chęci prywatnego wystawienia Rüdigerowi kwitu na zamianę ról.


Księciem Paryża z kolei nie został Kylian Mbappe, choć przedmeczowe prognostyki przemawiały za tym, że PSG weźmie górę nad cokolwiek rachityczną Barceloną. Mbappe jest fenomenalny, z innej planety, tak samo jak Haaland. I teraz Kylian przegrał, podobnie jak Erling, chociaż ten tylko w osobistym wymiarze. Mbappe może wszystko, mało kto umie dosłownie w chwili przewracać niby definitywnie ustalone układy. W zderzeniu z Barcą jednak znalazł się w cieniu, nie wywinął żadnej wolty, po której świat znów otworzyłby, ze szczerego zachwytu, usta. Tak prawdę powiedziawszy, zrobił dla drużyny znacznie mniej niż dla dobra Katalończyków uczynił Robert Lewandowski. Jeśli wnosiliśmy do „Lewego” wiele słusznych zastrzeżeń poprzednio, sugestie szły nawet w stronę przygotowań do emerytury, to za Paryż należy się polskiemu snajperowi gorący aplauz. Bo przecież nie tylko o wyborne przygotowanie gruntu pod strzelenie pierwszego gola przez Raphinhę chodzi… Lewandowski czuł się w głębi pola znakomicie. Pola… Kiedyś, na stare lata i u schyłku kariery, coś takiego dotyczyło … Ernesta Pola, wcześniej też egzekutora absolutnie najwyższego formatu.


Żeby nie było niedomówień. Me kibicowskie serce bić będzie za tym, aby w rewanżach ani Haalandowi, ani Mbappe akurat nie powiodła się sztuka błyskawicznego powrotu na główny szlak. Niech wracają, ale trochę później, w końcu chciałbym się doczekać w LM finału między Realem a Barceloną. W przypadku „królewskich” awans do półfinału będzie jednak karkołomnym zadaniem. Guardiola stanie na głowie, aby znów odprawić z kwitkiem Carlo Ancelottiego. I ma do tego armaty, z Haalandem włącznie.


Te kilka dni oczekiwań na prawdę jakoś przetrzymamy. Póki co warto uzbroić się w cierpliwość i posłuchać Luisa Fernandeza. Ten z pozycji emerytowanego piłkarza bezdyskusyjnie z najwyższej półki zaraz po końcowym gwizdku w Paryżu rozsądnie zaapelował - akurat w odniesieniu do Mbappe - aby po jednym słabszym występie nikogo nie przekreślać. Zwłaszcza gigantów, których stać dosłownie na wszystko.


Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy, jak w starej piosence… Pewne jest jedno. Za kilka dni matki, kochanki i żony będą zmuszone same oglądać Netfliksa.


JERZY CIERPIATKA


PS. Po wczorajszym trzęsieniu ziemi na Anfield (Liverpool - Atalanta 0-3) stało się jasne, że do wtorków i śród męska część populacji spokojnie może dopisać czwartki.

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty